CHAT’OWE UZALEŻNIENIE
Leszek K. Talko
Tekst pochodzi z Magazyny Gazety Wyborczej
Każdy słyszał o oszustach kradnących numery kart kredytowych albo o hakerach znających sposoby łamania kodów. Większość ludzi uważa, że to ich nie dotyczy. Nie robią zakupów w sieci, hakerzy się nimi nie interesują. Błąd - pisze Leszek K.Talko. - Przestępcą komputerowym może być każdy, kto ma połączenie z siecią. Przed ekranem siadają: mordercy, pedofile, gwałciciele, faszyści, terroryści. Klik i już są w sieci. Klik i już się do kogoś podłączyli. Anonimowi i wszechwładni. Internet to dla nich nowy wspaniały świat. Dżungla, w której grasują.
Ostatnio byłem Ritą, 12-latką z małego miasteczka, szukałem przygody i przyjaciół. Moje miasteczko nie miało nazwy. Leżało gdzieś w Polsce B, daleko od świata i straszyło nie remontowanymi domami i sypiącymi się blokami. Mieszkałem w M-2 z wielkiej płyty, chodziłem do szkoły albo i nie, i marzyłem (marzyłam) o innym życiu.
Codziennie łączyłem się z Internetem i odwiedzałem chat-room, w którym tyle się dzieje.
- Naprawdę masz 13 lat - indagował Peter.
- Gdzie mieszkasz? - pytał John.
- Mam 17 lat. Mogę pożyczyć samochód i wpaść do ciebie wieczorem - proponował Jeff.
Samochód? Z pewnością nie zdążyłby samochodem z Chicago do Warszawy. Ale nie mogłem mu powiedzieć, że jestem na innym kontynencie.
- Co myślisz o małym numerku? - zapytał Bob.
Co na to pytanie odpowiedziałaby prawdziwa dziewczynka? Nie miałem pojęcia.
Nie chciałem kończyć rozmowy, ale przecież nie mogłem się zgodzić.
- Muszę odrobić lekcje - wyjaśniłem dyplomatycznie. - A poza tym rodzice nie wypuszczą mnie z domu.
- Powiedz, że idziesz na spacer - poradził Jeff.
Poznaję wspaniałą dziewczynę, która może być wąsatym facetem, który sądzi, że robi wspaniały kawał. Po drugiej stronie może siedzieć ktokolwiek: na przykład łowca ludzkich organów szukający zdrowej wątroby, policjant albo po prostu osoba bardzo przywiązana do swojej anonimowości.
Miliony ludzi na całym świecie włączają codziennie komputer i wchodzą do Internetu. Nawet nie wiedzą, jak bardzo ryzykują. Czasem tylko to, że przygodny znajomy z sieci nie przysłał książki, choć pieniądze zostały wysłane.
Każdy słyszał o oszustach kradnących numery kart kredytowych albo o hakerach włamujących się do komputerów, znających sposoby łamania kodów. Większość ludzi uważa, że to ich nie dotyczy. Nie robią zakupów w sieci, hakerzy się nimi nie interesują.
Błąd. Przestępcą komputerowym może być i coraz częściej jest każdy, kto ma połączenie z siecią. Przed ekranem siadają: mordercy, pedofile, gwałciciele, faszyści, terroryści. Klik i już są w sieci. Klik i już się do kogoś podłączyli. Anonimowi i wszechwładni. Internet to dla nich nowy wspaniały świat. Dżungla, w której grasują.
Uczą się, jak prostym sposobem zrobić bombę. Gdzie kupić broń. Bez wychodzenia z domu zamówić narkotyki.
W cyberprzestrzeni toczą się bitwy i całe wojny. Ci, którzy popierali Miloszevicia, niszczyli serwery Albańczyków. Albańczycy walczyli w cyberprzestrzeni z Jugosławią. Izraelczycy zwalczają Palestyńczyków, a ci odpłacają się tym samym.
- Spotkasz się ze mną?
- Czy myślisz już o seksie?
- Jak chcesz, prześlę ci swoje zdjęcia.
- Taka duża dziewczynka jak ty na pewno ma jakieś odważne zdjęcia.
Mężczyźni sądzą, że to oni są myśliwymi. Są doświadczeni, wiele razy wystukiwali na klawiaturze te same zdania. Wiedzą, że to działa na dziewczynki, że często się udaje zdobyć adres, telefon, a nawet od razu umówić. Na początek w jakimś publicznym miejscu, żeby dziecko nie czuło się zaniepokojone. Może być restauracja McDonald'sa albo pasaż handlowy.
Nie wiedzą, że tym razem to oni stali się zwierzyną.
Ellen sama ma dzieci i ściśle współpracuje z lokalną policją w ściganiu pedofilów. Pierwszym upolowanym przez nią pedofilem okazał się szanowany nauczyciel z miejscowej szkoły, który wieczorami w Internecie usiłował podrywać nastolatki.
- Ludzie myślą, że internetowy pedofil to obleśny staruch w brudnym ubraniu - mówi Ellen. - Przeważnie jest to dobrze zarabiający, elegancki mężczyzna na stanowisku. Często żonaty i mający dzieci.
Oficjalne dane to potwierdzają. Wśród zatrzymanych internetowych podrywaczy są prawnicy, lekarze, wykładowcy, nawet policjanci.
W grudniu zeszłego roku FBI aresztowało Patricka Naughtona, 34-letniego menedżera z Disneya, który przez Internet poznał 13-letnią dziewczynkę i przyjechał do niej, nie ukrywając swoich erotycznych zamiarów. Dziewczynka okazała się podstawionym agentem FBI.
- Od sześciu lat badam zjawisko pedofilii internetowej i stwierdzam, że rodzice wciąż nie rozumieją, jakim zagrożeniem dla dzieci może być Internet - mówi Donna Rice, autorka książki "Kids Online" ("Dzieci w sieci").
Innocent Images (Niewinne Zdjęcia), jednostka FBI walcząca z wykorzystaniem dzieci w Internecie, zanotowała, że w 1994 r., kiedy oddział powołano do życia, wykryto 194 przypadki internetowej pedofilii, w 1998 r. było ich już 702, a rok później 1500.
FBI już w 1994 r. otworzyło specjalne biuro w New Calverton w Maryland. Nie przypominało ono żadnego innego oddziału FBI. Zatrudnieni agenci nigdy nie wychodzili z biura, praktycznie nie opuszczali komputerów. A mimo to rosła wykrywalność jak w żadnym innym oddziale.
Zadaniem 20 agentów jest wyłącznie odwiedzanie chat-roomów. W Internecie udają nastoletnich chłopców i dziewczynki (amerykańskie prawo zezwala na taką prowokację, pod warunkiem że policjanci nie prowokują propozycji, lecz tylko odpowiadają na zaczepki pedofilów). Ale nawet najbardziej niewinne ogłoszenie zamieszczane przez policję może okazać się pułapką.
Dwa lata temu FBI umieściło w Internecie ogłoszenie o treści: "rozwódka z trojgiem dzieci (dziewczynki w wieku 7-12 lat) poszukuje partnera". W odpowiedzi na anons przyszły oferty od mężczyzn zainteresowanych nie matką, ale dziewczynkami. Na umówionym spotkaniu agenci aresztowali mężczyznę zainteresowanego dziećmi.
Praca internetowych detektywów wygląda na aż zbyt monotonną. Agent loguje się do Internetu jako dziecko, zostaje zasypany niemoralnymi propozycjami. Jeden z mężczyzn proponuje, że przyjedzie i odwiedzi dziecko. Agent zgadza się, ale najpierw pyta, po co. Mężczyz-na proponuje uprawianie seksu albo robienie zdjęć pornograficznych. Agent wyraża zgodę, mężczyzna przyjeżdża, ekipa FBI wkracza do akcji i dokonuje aresztowania.
Amerykańskie prawo nie zabrania korespondowania z nieletnimi. Nawet jeśli korespondencja koncentruje się na seksie. Wolność słowa gwarantuje konstytucja. Inaczej jest w Kanadzie. Tu za wymianę podobnych listów można trafić do więzienia. Amerykańskie prawo zakazuje za to przyjeżdżania do innego stanu w celu odbywania seksu z nieletnimi. Zabrania również przesyłania pornograficznych zdjęć dzieci poza granice stanu. Pedofilów dzieli się więc na "przesyłaczy" i "podróżników". Na tych drugich na miejscu czekają już agenci FBI.
- To niesamowite - mówi jeden z agentów. - Umawiają się z nami i zjawiają z torbami pełnymi kajdanek, kamer i wibratorów.
Na etacie biura w Maryland znajduje się kilku psychologów, których jedynym zadaniem jest utrzymywanie w formie agentów zmęczonych udawaniem dzień w dzień kilkunastoletnich dziewczynek.
Praca jest monotonna. Każda rozmowa wygląda przecież niemal identycznie.
Przestępca najpierw stara się zaprzyjaźnić. Opowiada kilka anegdotek. Dopytuje się agenta, co w domu i w szkole. Agenci odpowiadają zwykle, że mają kłopoty - to mobilizuje internetowych przestępców do zaoferowania pomocy. Przestępca pociesza agenta, przekonuje, że rodzice i nauczyciele są niedzisiejsi i głupi. Dowiaduje się, jak wygląda rozkład dnia, kiedy wracają rodzice. Wreszcie przysyła zdjęcia pornograficzne.
- Robią to po to, żeby przekonać dziecko, że seks nie jest czymś złym, i wiele innych dzieci uważa to za normę - opowiada psycholog zatrudniony w biurze FBI. Wreszcie umawia się z dzieckiem, zwykle w miejscu publicznym, żeby nie przestraszyć ofiary.
Tysiące dzieci dają się na to nabrać. Na miejscu zamiast fajnych kumpli czekają mężczyźni, którzy chcą je wykorzystać.
- Znane od lat zbrodnie są teraz popełniane na nowe sposoby - twierdzi Pirro. - Od zawsze powtarzaliśmy dzieciom, żeby nie chodziły same do parku albo do lasu i nie rozmawiały z obcymi. Z Internetem jest tak samo. Nie można pozwolić, żeby dzieci wchodziły do Internetu same i w dodatku rozmawiały z nieznajomymi. Przecież w prawdziwym życiu to nie do pomyślenia, by dzieci przez nikogo nie kontrolowane błądziły po pustym parku i przyjmowały cukierki od spotkanych tam ludzi.
Kiedy prokurator Pirro wydała walkę pedofilom, natychmiast ich wykrywalność zwiększyła się o 100 proc. Pani prokurator również udawała 14-letnią dziewczynkę - oczywiście tylko po to, żeby zwabić i zamknąć zboczeńców. Wyniki przeszły jej najśmielsze oczekiwania. - Niekiedy wystarczyło pomyszkować w sieci godzinę, żeby natknąć się na pedofila - opowiada Pirro.
Agenci FBI z Maryland uczestniczący w sieciowych prowokacjach podają jeszcze bardziej alarmistyczne dane.
- Pewnego razu zalogowałem się jako nastoletnia dziewczyna do chat-roomu - opowiada jeden z nich. - Byłem 23. uczestnikiem rozmowy na tym kanale. Okazało się, że 22 pozostałe osoby to mężczyźni udający nastolatków albo nastolatki i czyhający na łatwą zdobycz.
Potwierdza to detektyw James McLaughlin: - Kiedy po raz pierwszy udawałem 13-latkę, w ciągu kilku minut dostałem tyle propozycji uprawiania seksu, że zawiesił mi się komputer.
Entuzjazmu prokurator Pirro nie podzielają jednak urzędnicy wyższego szczebla. - Złapani przestępcy to tylko wierzchołek góry lodowej - uważa Bob Flores z Departamentu Stanu. - Internet stał się schronieniem dla wszystkich maniaków seksualnych.
- Internet to marzenie każdego zboczeńca - twierdzą rodzice pokrzywdzonych dzieci. - Nigdy jeszcze omamienie dziecka nie było aż tak proste.
Pedofile nawet w więzieniu są zagrożeniem. George Chamberlain osadzony za rozpowszechnianie dziecięcej pornografii w Internecie nadal prowadził swój proceder, korzystając z więziennego komputera.
- Rodzice sądzą, że niebezpieczeństwo czyha tylko na ulicy. Nic bardziej błędnego. Sądzą też, że niebezpieczeństwo omija dorosłych.
W Internecie zdarzają się dokładnie te same przestępstwa co w życiu. Najstarszym z aresztowanych był chyba 60-letni Harry Ginyard, który wyłudził ponad 100 tys. dolarów od ośmiu kobiet. Jego metoda była bardzo prosta. Zawierał znajomości ze starszymi paniami spędzającymi czas w sieci i zaprzyjaźniał się z nimi, a potem prosił o pożyczkę. W zamian obsypywał je komplementami (choć nigdy ich nie widział na żywo). Z kilkoma nawet się zaręczył, zanim doprowadził je do bankructwa.
W Internecie roi się nie tylko od maniaków seksualnych. Po strzelaninie w Littleton w Colorado, w której dwóch uczniów otworzyło ogień do nauczycieli i kolegów, okazało się, że nastoletni zabójcy studiowali również robienie bomb na podstawie instrukcji ściągniętych z Internetu.
- Jeśli czegoś nie zrobimy, to nastolatki zaczną popełniać morderstwa i zbrodnie na tle seksualnym, wzorując się na rzeczach, które widziały w sieci - alarmuje Bob Flores.
Tylko że nikt nie ma pojęcia, co zrobić, bo przecież nie sposób ocenzurować Internetu, mimo że pojawiły się już takie pomysły. Nie pomoże nawet specjalistyczne oprogramowanie, którego zadaniem jest filtrowanie danych i niedopuszczenie dzieci do miejsc zawierających treści obsceniczne. Zawodzi, ponieważ na pierwszy rzut oka trudno odróżnić miejsca bezpieczne od niebezpiecznych.
- Na przykład Treehouse Kids Club wygląda zupełnie niewinnie, jak miejsce spotkań nastolatków. Tymczasem właścicielami tej domeny są miłośnicy małych chłopców - twierdzi Dennis Perry zajmujący się ochotniczo wykrywaniem sieciowych pedofilów.
Rzeczywiście internetowy Klub dla Dzieci wygląda podejrzanie. Strona główna pełna jest animowanych maskotek kiwających łapkami i listów od dzieci zachwyconych klubem. Ale wystarczy kliknąć dalej, żeby na ekranie pojawiła się wypięta damska pupa w kusej spódniczce. Czyżby było to dzieło 10-letnich członków klubu? Czy rzeczywiście jest to zakamuflowane miejsce spotkań internetowego półświatka?
Nie wszystkie dochodzenia kończą się sukcesem. Dennis Perry wspomina, że namierzył kiedyś w Internecie miejsce, gdzie wymieniano się dziecięcą pornografią. Ślad prowadził ze Stanów Zjednoczonych do Niemiec, stamtąd do Korei, a trop urywał się w Rosji. - Wysłałem list do rosyjskiej ambasady, ale do dziś nie dostałem odpowiedzi - ubolewa Perry.
Kontrolą chat-roomów zajmują się policjanci, rodzice albo ochotnicy, jak Flores. Sami właściciele chat-roomów nie są w stanie zapanować nad setkami tysięcy użytkowników.
- Cenimy wartości rodzinne i nie chcemy, żeby w naszej sieci grasowali pedofile, ale nie jesteśmy w stanie kontrolować wszystkiego - wyznaje Rich d'Amato, rzecznik amerykańskiego giganta AOL. - Rodzice muszą po prostu kontrolować, co robią w sieci ich dzieci.
Najprościej jest udawać rówieśnika, można udawać dobrego wujka albo starszego kumpla. Albo indiańskiego szamana.
- Znałam 13-latkę - opowiada Donna. - Umarła właśnie jej matka, dziewczynka zwierzyła się z tego pewnemu spotkanemu w chat-roomie mężczyźnie. Ten dołączył ją do swojej listy przyjaciół, co umożliwiło mu śledzenie jej w sieci. Wiedział, kiedy była w Internecie i co robiła. Po kilku tygodniach mężczyzna ponownie skontaktował się z dziewczynką, tym razem przedstawiając się jako indiański szaman, który nawiązał kontakt z jej zmarłą matką. Ponieważ śledził jej poczynania, zaskoczył ją znajomością jej życia. Twierdził, że zna jej myśli, a na dowód opowiedział jej, co oglądała w Internecie w czasie swoich ostatnich wizyt.
Z pedofilami walczą nawet hakerzy. Ich grupa, która nazwała się Etyczni Hakerzy przeciw Pornografii, pomaga policji w wychwytywaniu przestępców.
Z dziecięcą pornografią w sieci zmaga się w Stanach Zjednoczonych wiele organizacji i fundacji.
- Internet jest wspaniały - twierdzi prezes Narodowej Koalicji na rzecz Ochrony Dzieci i Rodzin Ray Schatz - ale nie możemy chować głowy w piasek i udawać, że wszystko jest w porządku. To tak jakby zachę- cać kogoś do zwiedzania wspaniałej puszczy i ani słowem nie wspomnieć, że żyją w niej również niedźwiedzie grizzly.
Niedźwiedzie to przeważnie mężczyźni szukający w Internecie zdobyczy. Policja zwalcza tych wabiących nastolatki. Nikt nie jest w stanie poradzić sobie z tymi, którzy polują na dorosłych.
- Poznałam w sieci wspaniałego faceta - opowiada Miriam Leconte z Kalifornii zatrudniona w kancelarii prawniczej. - James był czuły, romantyczny, cytował dziewiętnastowieczną poezję francuską. Żaden z moich chłopaków nawet się do niego nie umywał. Podała mu swoje prawdziwe nazwisko, numer telefonu, wreszcie adres.
Pierwsze spotkanie było wspaniałe, drugie również. Na trzecie James przyprowadził dwóch kolegów. Miriam została pobita, James zabrał jej samochód.
- Tak naprawdę nie jesteśmy w stanie poznać ludzi spotkanych w Internecie - tłumaczy psycholog Kevin Warwick. - James poderwał Miriam na wiersze francuskie. Prawdopodobnie spisywał je z książki. Gdyby spotkali się w kawiarni, James nie potrafiłby udawać, że jest znawcą poezji. A gdy rozmawiał w Internecie, mógł dostosować się do oczekiwań.
Dlatego Internetu coraz bardziej obawiają się dorośli. W zeszłym roku co piąta sprawa dotycząca przestępstw seksualnych w Nowym Jorku dotyczyła molestowania przez Internet.
Terry Gudaitis, która zajmowała się wcześniej terroryzmem w Centralnej Agencji Wywiadowczej, a obecnie walczy z molestowaniem przez sieć, uważa, że zmieniły się środki techniczne, ale przestępcom chodzi wciąż o to samo.
- Kiedyś przestępcy sami śledzili swoje ofiary - mówi Gudaitis. - Teraz śledzą twoje kroki w sieci. Wiedzą, co kupujesz i kiedy wracasz do domu.
Kurt Schwartz z biura prokuratora okręgowego w Massachusetts wspomina przypadek kobiety wymieniającej listy z poznanym w Internecie mężczyzną. Kobieta uważała, że znajomość jest na tyle anonimowa, że wyjawiła znajomemu miasto, z którego pochodzi, i prawdziwe imię.
Po pewnym czasie znajomy pochwalił bluzkę, która ostatnio kupiła w sklepie. Okazało się, że odkrył jej nazwisko, adres i numer telefonu. Nękał ja przez pocztę elektroniczną, dzwonił, często przechodził obok jej domu. Kobieta musiała się przeprowadzić.
Niekiedy śledztwo przynosi wyniki, jak w przypadku zaginionego dziesięcioletniego George'a Stanleya Burdynskiego z Maryland. Policja dotarła do dwóch mężczyzn, którzy poznali chłopca w sieci. Typowa sprawa, jakich w Stanach zdarzają się tysiące. Mężczyźni umówili się z chłopcem w centrum handlowym. Potem wyszli. Zjedli z nim hamburgera. Zaprowadzili do swojego domu, zrobili zdjęcia i zabili.
MAGAZYN nr 45 dodatek do Gazety Wyborczej (GW) nr 261, wydanie waw (Warszawa) z dnia 2001/11/08, str. 25
http://wyborcza.gazeta.pl/info/artykul.jsp?xx=526589&dzial=011204
© 1996–2002 www.mateusz.pl