www.mateusz.pl/chat

CHAT’OWE UZALEŻNIENIE

Słownik

Kluczowe wątki w naszej chorobie

 

 

Oderwanie się

Na czacie zapominamy kim jesteśmy: o wartościach, którymi staramy się kierować w życiu, o naszym systemie etycznym, o naszych problemach, obowiązkach,  aspiracjach, o Bogu (ci którzy w niego wierzą). Zapominamy o łączących nas relacjach. Nie myślimy o naszych najbliższych (współmałżonku, chłopaku, dziewczynie, ludziach bliskich). Nie obchodzi nas również kim jest druga strona „rozmowy”. Nie interesują nas jej problemy (nie chcemy ich poznać, choć przypadkiem może się zdarzyć, że nawiążemy kontakt na takim poziomie) jej życie wewnętrzne, losy, nadzieje, troski. Wiek, wygląd obchodzą nas wyłącznie pod kątem atrakcyjności dla naszych seksualnych gustów. Jesteśmy bardzo zainteresowani numerem telefonu albo adresem zamieszkania. Obcujemy zatem  z wyobrażeniem drugiej osoby. Z jakimś strzępkiem osobowości.

„Spotykamy się” na jednej wypreparowanej płaszczyźnie – seksu. Jest to kontakt bezosobowy. W naszym życiu doświadczamy co prawda innych sytuacji, które koncentrują się określonej płaszczyźnie i są w pewnym sensie bezoosobowe (uczeń, pracownik, klient). Zgadzamy się, że tak musi być, że nie możemy i nie możemy cali wchodzić w każdą relację. Na czacie erotycznym, taki sposób kontaktu zaczyna stawać się naszą pasją, przyjemnością, ulgą. Znajdujemy komfort w bezosobowym kontakcie. Ale czy znajdujemy go naprawdę?

Konsekwencją tego stylu wchodzenia w relacje staje się nasze oderwanie od siebie i innych również poza czatem, w realnym życiu. Stajemy się coraz mniej dostępni dla innych i dla samych siebie. Amok, który nas ogarnia staje się więzieniem: zostajemy odgrodzeni od uczuć innych niż pożądanie i ciekawość (nawet lęk topnieje z miarę upływu czasu). Budujemy mur wyobraźni – świat poza nim wydaje się nieatrakcyjny, niezobowiązujący, męczący. W gruncie rzeczy skazujemy się na samotność.

 

Ucieczka

Czat jest ucieczką od problemów. Sprawy wobec których czujemy się bezsilni uciskają nas i niepokoją. Mogą to być zranienia emocjonalne, poważne wątpliwości dotyczące sensu życia, wiary w Boga, trafności naszych życiowych decyzji. Czasami czat staje się po prostu forma relaksu od zmęczenia, przepracowania, nadmiaru odpowiedzialności.

Czat traktowany narkotycznie, jako ucieczka od problemów staje się narkotykiem. Jest to narkotyk tym silniejszy, że znieczula nas oraz pobudza podwójnym „strzałem”: wciągającą siłą wyobraźni oraz hajem erotycznym. Ucieczka w wyobraźnie jest kojącym na chwilę doświadczeniem. Jest to bezpieczny świat, nad którym mamy kontrolę, której bezpieczeństwa nie zakłóci „nieoheblowana” rzeczywistość. Kojąca siła wyobraźni zostaje wzmocniona erotycznymi treściami, które bardzo intensyfikują „odlot”. Narkotycznej atrakcyjności dodaje też fakt, że nasze fantazje mogą się spełnić rzeczywiście z ta właśnie osobą którą mamy na łączach i naszej głowie.

 

„Kontrola”

Co prawda w wielu wypadkach tego spełnienia w tzw realu chce tylko część nas oderwana od naszej wewnętrznej prawdy. Początkowo nie mamy zamiaru zabrnąć za daleko, nie bierzemy poważnie stania się anonimowym kochankiem na jedną noc. „Bawi nas” chodzenie po granicy, ekscytuje fakt, że na wyciągnięcie ręki jest skok, którego  jednak (tak myślą przynajmniej niektórzy z nas) oczywiście nie wykonamy. Dla wielu z nas taki szybki jednorazowy  numer wydaje się być czymś ubliżającym naszej godności. A jednak okazuje się, że przy mocno obudzonej zmysłowości potrafimy przekroczyć granice, które sobie początkowo stawialiśmy. Jak pokazuje doświadczenie niektórych z nas, przekroczenie granic, załamanie się iluzji, że będziemy potrafili powiedzieć „stop” wcale nas nie trzeźwi. Nierzadko pierwsza wpadka staje się początkiem drogi wciąż powtarzanych zachowań. Zostajemy ogarnięci obsesją zdobycia następnej ofiary. Szukamy kolejnej okazji.

Przez długi czas oszukujemy samych siebie, że mamy kontrolę nad naszym używaniem czatu. Wcale nie musimy tam się pojawiać. Wpadamy tam, gdy mamy na to ochotę. Kłamstwo kontroli odwiedzin czatu potrafi więzić nas przez długie miesiące a nawet lata. Nie umiemy przyznać, że dawno już to czat ze swoimi „atrakcjami” przejął kontrolę nad naszym życiem.

 

„Okazja”

To magiczne słowo. Czekamy na okazję, szukamy jej, staramy się ją sprowokować. Służy temu dobór nicków, dialogów, zagajeń, całe budowanie strategii. Okazją mógł się okazać nowy czat o bardziej jednoznacznej wymowie, inny pokój.

Wszystko po to, żeby nasza zmysłowość mogła zawołać: oto niebywała okazja, nie mogę jej stracić! Pojawienie się na horyzoncie okazji zabija w nas resztki zdrowego rozsądku, odlatujemy zupełnie. Jeśli tylko „obiekt” naprawdę wyda się nam atrakcyjny jego dostępność staje się niebywałym afrodyzjakiem i strzałem energii. Nie liczy się już nic, tylko wykorzystanie nadarzającej się okazji. Przestajemy wtedy kierować własnym życiem i postępowaniem – władzę nad nami przejmuje Wielka Okazja!

 

Zaprzeczanie

Jest istotną częścią tego schorzenia. Dla uniknięcia bolesnej diagnozy, że „coś w nas nie gra” zaprzeczamy wielu faktom dotyczących naszej „czatowej przygody”. Nie chcemy i nie umiemy zobaczyć „żelaznego następstwa” czynionych przez nas kroków: że za każdym razem samo otwarcie czatu wciąga nas w „jazdę” na całego. To zaprzeczenie pozwala nam mówić sobie tysiące razy – tylko zajrzę, tylko zobaczę jaka będzie reakcja na nowy nick, tylko na chwilę, zaraz wyjdę itp. Nie chcemy zobaczyć przewidywalnych konsekwencji naciśnięcia guzika: że zawsze uruchomimy cały „program”. Zaprzeczamy, że przygody składające się na nasze czatowanie są bliźniaczo do siebie podobne, co dla średnio trzeźwego i uczciwego umysłu od razu nasuwa podejrzenie niewoli rządzącego nami mechanizmu.

Bywały chwile kiedy mówiliśmy sobie – koniec – przecież to chore! Ale już tego samego dnia „zawieszała się” nasza pamięć i wchodziliśmy na czat.

Kiedy ludzie zwracali nam uwagę, że jesteśmy dziwnie zamknięci, kłamaliśmy, że to w wyniku różnych problemów, ale nie umieliśmy przyznać że jesteśmy w niewoli czatu.

Robiliśmy przeróżne sztuczki, żeby ukryć przed innymi nasz problem. Chowaliśmy się w kafejkach internetowych, wydając niemałe pieniądze, byle nie rzucił się w oczy naszym bliskim nasz nałóg. Dbaliśmy o to, żeby zacierać ślady wizyt na czacie, czy też wędrówek po stronach pornograficznych (u wielu z nas te rzeczy szły w parze).

U niektórych z nas czat pojawił się jako kolejna faza nieuporządkowania w sferze seksu. Nie chcieliśmy przyznać, że wciąż znajdujemy się w szponach chorych zachowań seksualnych. Czat traktowaliśmy jako „zabawę”, coś w gruncie rzeczy niewinnego w porównaniu z wcześniejszymi „sekscesami”. Fakt, że nie „upijaliśmy się” na umór romansami, wizytami w agencjach itp. pozwalał nam traktować codzienną czatową „nietrzeźwość”, jako dopuszczalną.

Zdarzało się nam podczas wizyt na czacie rozpoznawać jego stałych bywalców. Myśleliśmy wtedy – ta dziewczyna, facet zawsze tu siedzi – musi być uzależniona! O sobie nie potrafiliśmy tak pomyśleć.

Czasami widząc obsceniczne dialogi na forum byliśmy zażenowani wulgarnością i jednoznacznością składanych tam ofert. My byliśmy subtelniejsi. Raziły nas wyzywające nicki, podczas, gdy my zachowywaliśmy „klasę”. Porównując się z innymi oszukiwaliśmy się że nie jedziemy na tym samym wózku.

Spektakularne ruchy takie jak niszczenie kartek z telefonami zdobytymi na czacie, lub zrywanie zawartych tam znajomości podtrzymywał w nas poczucie, że jesteśmy gorliwi w walce ze słabością i że zatrzaskujemy pootwierane furtki dla „grzechu”. Wciąż jednak nie umieliśmy jasno powiedzieć, że staliśmy się w dosłownym tego słowa znaczeniu niewolnikami czatu i jego miraży. Nie umieliśmy bezwzględnie przyznać się do bezradności wobec jego miażdżącej siły.

 

Nakręcanie się

Wchodząc na czat często robiliśmy to by „spuścić” z siebie jakieś napięcie. najczęściej było to napięcie seksualne, ale nie zawsze tak musiało być. Dawaliśmy sobie do tego prawo, bo „przecież trzeba się trochę rozerwać i odreagować”. I rzeczywiście działało – przynosiło chwilową ulgę. Ale przecież zaraz potem okazywało się, że chcemy wciąż więcej, że nie wystarcza nam ten jeden krok, który zrobiliśmy na samym początku. Kiedy próbowaliśmy zatrzymać machinę (np. kończąc rozmowę w połowie, gdy dotarło do nas, że posunęliśmy się dalej niż chcieliśmy) okazywało się, że jest jeszcze gorzej niż było zanim weszliśmy na czat. Pomimo tego, że kolejne przekraczanie granic przynosiło ulgę, po wyłączeniu komputera czuliśmy się napięci do granic, zmęczeni i pobici. Nawet jeśli doszło do realizacji naszych erotycznych pragnień, to nigdy nie był koniec i nie przynosiło to ukojenia na dłużej niż na chwilę. Ta jazda nie miała końca.

 

Przekraczanie barier

Początkowo było to zaskakujące i niepojęte jak to się stało, że np. potrafiliśmy udawać kogoś innego, okłamać, wchodzić w rozmowy, które normalnie wydawałyby nam się poniżające i „nie dla nas”. Potem stawało się to przygodą. Przekraczanie własnych barier, ograniczeń i skrępowania stawało się czymś pociągającym i podniecającym. Jakże niezwykłe było granie macho, gdy w rzeczywistości nasze doświadczenia seksualne były niewielkie, jakże czarowne granie kogoś niewinnego i niedoświadczonego, podczas, gdy byliśmy już czatowymi ekspertami. Wielu z nas wchodziło na czat także po to by udowodnić sobie, że potrafią być inni niż w rzeczywistym świecie i w prawdziwych, niewirtualnych kontaktach - wcale nie tacy jak myślą o nas inni (mniej: wstydliwi, nieśmiali, niedoświadczeni, „zahamowani”, samotni, „nieatrakcyjni”). Otwarta rozmowa o sprawach seksu i własnych preferencjach (gdy dla wielu z nas w rodzinie i wśród znajomych to temat tabu) była czymś nowym, pociągającym i „wyzwalającym”. Nie zauważaliśmy tylko tego, że to wszystko to jednak iluzja. Nawet jeśli dziś jesteśmy internetowymi Casanovami, to nie oznacza, że jutro znikną nasze codzienne problemy, a bliscy i ludzie na ulicy spojrzą na nas inaczej. Wręcz odwrotnie – stawaliśmy się dla nich jeszcze bardziej niedostępni i „nieatrakcyjni” (co jeszcze bardziej budziło w nas chęć ucieczki – zamykało nas w zaklętym kole). Najczęściej nie byliśmy świadomi tego dlaczego przekraczanie niektórych barier tak bardzo nas wciągało. Na trzeźwo widzimy, że są to nasze rzeczywiste problemy w kontakcie z innymi ludźmi – kompleksy, rzeczy, które nas zawstydzały, umniejszały naszą wartość w oczach nas samych, nieprzepracowane problemy z dzieciństwa itp. Dostrzegamy, że czat nie jest na nie żadnym lekarstwem i nawet ulgę daje tylko chwilową. Problemy trzeba rozwiązywać, a nie przed nimi uciekać i cieszyć się szalonym zaprzeczeniem - udowadnianiem sobie nieistnienia naszych ograniczeń przez jazdę w wirtualnej rzeczywistości.

 

Strach przed „odstawieniem”

Często mówiliśmy sobie: „zrezygnować z czatu – żaden problem”, a jednak nie byliśmy w stanie tego zrobić. Wiele razy mówiliśmy sobie „to już ostatni raz”, ale potem wracaliśmy stwierdzając „to mój wolny wybór, mam prawo zmienić zdanie”. Dzieło się to także dlatego, że wewnętrznie nie potrafiliśmy już sobie wyobrazić życia bez czata. Świat bez wędrówek w wirtualną rzeczywistość wydawał się szary i pusty. Czat był jedną z najlepiej znanych nam rozrywek. Baliśmy się też, że rezygnując z tej drogi „ujścia” seksualnej energii, sprawimy, że zacznie się ona w nas kumulować i popchnie nas do czynów, których nie chcemy, lub, że po prostu zwariujemy. Tymczasem czat wiódł nas coraz dalej, prowadząc nieuchronnie do tego „czego nie chcieliśmy” i nie dawał wcale ulgi – wywoływał coraz większe napięcie. Po rezygnacji z niego tylko przez jakiś czas odczuwaliśmy wzrost niepokoju i napięcia, potem okazało się, że walka ze swoimi seksualnymi pragnieniami i nieuporządkowaniem jest dużo łatwiejsza, gdy nie uruchamiamy mechanizmu „samonakręcania się” przez wchodzenie na czat.

 

 

© 1996–2002 www.mateusz.pl