www.mateusz.pl/chat

CHAT’OWE UZALEŻNIENIE

Świadectwa

 

 

Czułem się bezpiecznie, bo w końcu siedziałem tylko przed monitorem

Wszystko zaczęło się bardzo niewinnie – zainstalowałem sobie Gadu-Gadu. Służył on mi pomocą w kontaktowaniu się z konkretnym przyjacielem, który często bywał w różnych rejonach kraju ale miał dostęp do internetu. Więc był to tani sposób komunikowania się.

Pewnego dnia otrzymałem przez GG wiadomość, w której ktoś pytał „co tam u mnie słychać” używając do tego celu tego samego pseudonimu co zwykle mój przyjaciel – więc z początku myślałem, że właśnie z nim rozmawiam. Sprawa wyjaśniła się dopiero po kilkunastu minutach niestety miłej rozmowy. I tak się zaczęło – ja pewny siebie, stabilny emocjonalnie mąż zawarłem internetową znajomość z kobietą. Rozmowy były raczej „górnolotne” i ambitne – na tematy raczej egzystencjalne. Na ich podstawie widziałem znaczną różnicę w poglądach na fundamentalne dla mnie sprawy takie jak wiara, małżeństwo itp. Mimo to rozmawiałem próbując tę osobę do czegoś przekonać. Wspomniałem o tych rozmowach małżonce – ale gdy spotkałem się z jej strony z „bezsensownymi” zarzutami(tak wtedy myślałem) postanowiłem nic więcej na ten temat nie wspominać – i tu był pierwszy podstawowy błąd – coś czego sobie nie uświadamiałem: otwarcie furtki do nieszczerości względem współmałżonki.

Oczywiście wtedy było to dla mnie zwykłe odcięcie się od niepotrzebnych aluzji i komentarzy. Nawet nie wiem kiedy, ale stało się faktem, że internetowe rozmowy z tematów ogólnych przeszły na bardziej osobiste. Jak się okazało nie potrafiłem przerwać rozmowy, gdy druga strona coraz odważniej zadawała pytania z dziedziny erotycznej. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że byłem wtedy zadufany w sobie – czułem się bezpiecznie, bo w końcu siedziałem tylko przed monitorem – nie ważne, że moje emocje związane z odczuciami erotycznymi były autentyczne. Człowieka faktycznie bardzo pociągają rzeczy zakazane, szczególnie gdy mają pozory nieszkodliwych i czynionych niewinnie w ukryciu przed światem. Dzisiaj mogę powiedzieć, że zacząłem prowadzić podwójne życie – to normalne i internetowe, do którego zacząłem tęsknić. Moment przełomowy nastąpił, gdy tym razem z mojej inicjatywy nawiązałem kontakt telefoniczny – tak się złożyło, że ten nowy (tajemniczy dotąd) głos w słuchawce zniewolił mnie całkowicie. Coraz bardziej rosła we mnie ciekawość jak wygląda ta osoba i z biegiem czasu ciekawość ta przerodziła się w pragnienie spotkania się.

Nie chcę wnikać w szczegóły ale aranżując spotkanie z przyjacielem doprowadziłem do spotkania z tą osobą. Zresztą z tym przyjacielem się również spotkałem i byłem już tak zaślepiony, że mimo, iż ostrzegał mnie on, że zna osobiście już kilka nieszczęśliwych przypadków zdrad małżeńskich zainicjowanych znajomością internetową – nie docierało to do mnie. Innym to się mogło zdarzyć ale nie mi – ja jadę się tylko spotkać, porozmawiać w cztery oczy o różnych trudnych i wzniosłych tematach.

Niestety jak się okazało nasze wcześniejsze (choć wcale nie dominujące) rozmowy na tematy erotyczne znalazły w końcu odbicie w tym fizycznym spotkaniu, które wtedy chyba ciągle traktowałem „cyfrowo”. Zaczęło się od niewinnego pocałunku, który jak wszystko co zakazane był bardzo podniecający i wydawał się wyjątkowy. Jak teraz sobie o tym wszystkim myślę, to stwierdzam, że byłem chyba opętany – ale sam do tego dopuści zdrada małżeńska. Żadna rozmowa się już później nie kleiła – byłem jak zupełnie pijany – choć nie było ani kropli alkoholu. To uczucie jest nie do opisania – zasłona spada zaczyna dochodzić do człowieka totalna porażka jaką poniósł. Myślałem o samobójstwie i innych takich rzeczach.

Na szczęście jest ktoś, kto nie brzydzi się tak zepsutymi i zakłamanymi grzesznikami jak ja. Uratował mnie Sakrament Pojednania. Jednak rana trwa do dziś – choć już minął rok czasu. Tamta znajomość został od tamtego czasu zupełnie zerwana – choć świadomość ciągle pozostaje i nie daje spokoju sumieniu tym bardziej, że współmałżonka nadal nic o tym nie wie, ponieważ nie potrafię sobie wyobrazić jak jej to przekazać i czy w ogóle warto – sam jedynie cierpię, że nie mogę tak jak kiedyś być z nią do końca szczery. Zniszczyłem coś fundamentalnego w małżeństwie i mogę jedynie ufać, że Jezus w mocy Sakramentu Małżeństwa pomoże nam przetrwać i pomoże również kiedyś mojej żonie przebaczyć mi ten cios który zadałem naszej miłości.

Podejrzewam, że to świadectwo niewielu jest w stanie przekonać o podstępnej działalności złego nawet pod pozorami dobra – ale ja tego osobiście doświadczyłem i straciłem zupełnie zaufanie do siebie. Więc życzę wszystkim korzystającym z różnych form internetowego komunikowania się aby w porę potrafili rozeznawać zło – a na pewno nie jest to możliwe bez działania Ducha Świętego – naprawdę – nam się tylko wydaje, że sami z siebie jesteśmy silni.

Pozdrawiam

XYZ

 

Moje doświadczenie z chat’a

Już kilka lat temu zaczęłam zaglądać na chat, ale to było całkiem normalne i niewinne. W przerwach w nauce wchodziłam do witryn tematycznych i towarzyskich, chcąc podyskutować i porozmawiać na różne tematy i denerwowałam się, że ludzie mówią tam o jakiś kompletnych bzdurach lub od razu chcą mnie poderwać. Cieszyłam się, gdy udało mi się znaleźć towarzysza do konkretnej rozmowy. Wtedy po raz pierwszy poczułam jak bardzo chat jest wciągający i jak bardzo poruszające jest spotkanie z drugą osobą siedzącą gdzieś przy komputerze,  a przede wszystkim jak czas szybko leci przy tym zajęciu. Ze względu na ilość pracy, którą miałam postanowiłam wtedy nie zaglądać tam za często.

Minęło trochę czasu i nieco zmieniła się moja sytuacja osobista. Przyszedł czas bardzo trudnych doświadczeń dla mnie. Często czułam się sama, nie miałam co ze sobą zrobić, nie radziłam sobie z ilością problemów. Do tego doszło pewne nieuporządkowanie w sprawach sexu, łatwość wchodzenia w wyobrażenia, męczące pożądanie, uleganie „niewinnym” pokusom. I tu pojawił się chat jak wybawiciel. Doskonale zapełniał dziurę w moich niespełnionych potrzebach (łatwego kontaktu z kimś, zajęcia sobie czasu i myśli, zabawy, odprężenia i wreszcie flirtu i nadziei na spotkanie).

Wchodziłam na różne portale, prawie za każdym razem z nowym nickiem. Zawsze udawałam kogoś innego niż jestem. Początkowo nikogo nie zagadywałam, rozmawiałam na „forum” czekając, aż ktoś zagada do mnie. Coraz częściej wchodziłam na strony, na których pewna byłam spotkać chętnego do flirtu faceta, potem już tylko obsesyjnie myślałam jak poprowadzić grę by znaleźć kogoś odpowiedniego do umówienia się na jedną noc. Obmyślałam strategie selekcji. Pisałam ogłoszenia kogo szukam na forum i czekałam na odzew, potem odrzucałam tych, którzy wydawali mi się „nieodpowiedni”. Po jakimś czasie okazało się, że nie zawsze było ważne z kim rozmawiam, ważny był ten szmerek podniecenia, który prawie zawsze odczuwałam.

Przez te wizyty na chacie często chodziłam całe dni półprzytomna, z nadmiernie rozbudzonymi pragnieniami i pożądaniami. Przestałam panować nad myślami i nad wyobraźnia, zaczęłam snuć coraz śmielsze plany i kilka razy otarłam się o ich realizację. Wiem, że gdybym weszła w fazę realizacji to byłoby to już poważne obsunięcie, prawdopodobnie byłby to niekończący się ciąg wchodzenia coraz głębiej i w coraz większe poniżenie. Widziałam z jaką prędkością przekraczam własne granice (granice przekonań i własnej godności) na chacie. Działo się to z nieprawdopodobną prędkością i łatwością.

Postanowiłam, że nie będę wchodzić na chat. Ale nic z tego nie wyszło. Wiele razy zaglądałam na strony z odnośnikami do chatów mówiąc sobie, że szukam jakichś informacji (oczywiście w tle wiedząc po co tam zaglądam) - i wchodziłam; czasem mówiłam sobie „tylko tam zajrzę zobaczyć czy kogoś nie ma znajomego, lub tylko zobaczę ile jest osób” – i wchodziłam; czasem też robiłam cokolwiek innego na komputerze i strona z chatem „sama” się otwierała, „nie wiadomo kiedy”. Nie dawałam sobie też rady z myślami i wyobraźnią. Takie jazdy napędzających się myśli i napięcia zaczęły się pojawiać coraz częściej. Często w ciągu minuty potrafiły roznieść w pył moje postanowienia, zasady, stawałam się zupełnie innym człowiekiem.

W końcu musiałam uznać, że nie potrafię nad tym panować, że jest w tym cos nienormalnego. Zdałam sobie sprawę do czego to prowadzi – że wciąż chce się więcej i nie ma w tym końca, że może mnie doprowadzić tylko do prawdziwego upadku (który przecież nie wydawał się taki straszny, a wręcz kuszący). Tylko fakty – jak bardzo mogłoby to rozbić moje życie, zniszczyć przyjaźnie i całkiem zabić już i tak nadwątlone poczucie wartości -jakoś do mnie dotarły. A chat był narkotykiem, który mnie w to wciągał. Dopiero zdanie sobie sprawy, że to jest jakiś chory mechanizm, nad którym nie mam już kontroli, i że nie ma dla mnie możliwości wchodzenia na chat „na chwilę” lub z jakimiś stawianymi sobie ograniczeniami, a także rozmowa z osobą, która miała ten sam problem, pozwolił mi podjąć odpowiednie, wreszcie konstruktywne postanowienia. Powiedziałam przyjacielowi o tym, co robiłam na chacie i w jaki sposób, zlikwidowałam fikcyjne konta e-mail, omijam strony na których są chaty (niestety nie udało się zablokować do nich dostępu w moim komputerze). Nie było łatwo. Przez jakiś czas w ogóle nie mogłem się skupić podczas pracy na komputerze, wciąż chcąc zajrzeć na chat, a internet prawie całkiem stracił swój blask. Ale się trzymam tego postanowienia i nie żałuję straty, bo powoli zaczynam odzyskiwać przytomność umysłu i nie czuję już takiego przymusu i bezbronności wobec chęci wejścia tam znowu. Wiem, że nieuporządkowanie w sferze seksualności wymaga ode mnie jeszcze przyjrzenia się mu i pracy, ale przynajmniej nie wchodzę w niekontrolowane jazdy myśli i planów związanych z chatem. Czuję się przez to wolniejsza i spokojniejsza, no i cieszę się, że nie wpadłam w to dużo głębiej.

Jadwiga, 20 lat

 

Odkryłem chat...

...niedawno, jakieś półtora roku temu. Stały dostęp do komputera sprawił, że w sumie nudne przeglądanie stron, nabrało całkiem nowego charakteru – w końcu można pogadać, spotkać się z kimś „naprawdę”. A co najważniejsze, możliwa jest całkowita anonimowość, która dodaje jakiegoś „smaczku”, ale pozwala też oderwać się od szarej czasem rzeczywistości. Początkowo czatowanie nie miało złego charakteru, choć było w nim już sporo niepokojących sygnałów. Przede wszystkim udawanie kogoś innego, choć same rozmowy były poważne i rzeczowe.

Jednak szybko to się zmieniło, bo znów zaczęło być nudne, ale przede wszystkim dlatego, że spotkałem na chacie dziewczynę z która rozmowa układała się jakoś inaczej. Zaproponowałem telefon, zgodziła się. Rozmowa była niewinna, choć rodziło się już we mnie podniecenie. Kolejny telefon w jakiś dziwny sposób przeobraził się we wspólne flirtowanie, opowiadanie o seksualnych preferencjach, namiętne nakręcanie się. Wtedy przełamałem w sobie jakąś barierę wstydu (nigdy przedtem tak „bezpośrednio” z nikim nie rozmawiałem), podniecające było też to, że i ktoś drugi ze mną tą barierę pokonał.

Potem ruszyła lawina. Coraz częściej wchodziłem na czat szukając podobnych znajomości, podniecające było pozostawanie w wirtualnej rzeczywistości bez żadnych zobowiązań, bez kompleksów. Podobny scenariusz powtarzał się wielokrotnie, prowadząc do często wielogodzinnych sesji rosnącego podniecenia. Był to jakiś nowy bodziec, coś co – przynajmniej na początku – wyglądało bardziej niewinnie od pornografii, w którą wcześniej wchodziłem bardzo często. Odkryłem, że tym, co mnie tak pociąga jest ciekawość, chęć „poznania” jeszcze kogoś, „poświntuszenia” z kimś nowym. Wielokrotnie odczuwałem jak cały dzień mija z tą jedną myślą, która była gdzieś na dnie umysłu, aby wieczorem poczatować. Wielokrotnie też rozpoczynało się od tego, że jedynie na chwilę wchodziłem w Internet, żeby tylko odebrać pocztę, a tak naprawdę, żeby wskoczyć na czat. Opracowałem całą strategię wyszukiwania takich dziewczyn, które poszukiwały podobnej znajomości, ale także omijania wszelkich oszustów podszywających się za dziewczyny. Gdy i to jakoś zaczęło mnie nudzić rozpocząłem poszukiwanie tą drogą dziewczyn, z którym czatowanie – wzajemne podniecanie się - mógłbym kontynuować przez telefon. Na początku było to delikatne przemycanie takiego pomysłu na priv-ie, ale potem coraz bardziej nachalne pytania wprost. Tak było aż do nie dawna.

Przez cały ten czas, ok. roku, oczywiście nie czułem się z tym dobrze. Na początku „wciągnięcia” przez czat pojawiały się stosunkowo rzadko, ale potem coraz częściej okazywało się, że nie jestem w stanie odmówić sobie „oderwania” nawet następnego dnia po całonocnej sesji. Narastało zmęczenie fizyczne (zdarzały się całe noce bez nawet chwili snu przed pracą). Przede wszystkim jednak udręczenie spowodowane tym, że robię coś, co mnie rozdziera, co może przynosi tak „miły” szmer podniecenia, ciekawości, ale odziera mnie z pokoju, przejrzystości, pozostawiając tylko pogłębiającą się niechęć do siebie, do pracy, do czegokolwiek . Próbowałem skończyć z tym, po każdej porażce podejmując postanowienie, że to już był ostatni raz. Bezskutecznie. Może trochę rzadziej, ale wciąż powtarzał się ten sam scenariusz.

Momentem krytycznym okazał się dzień, kiedy bliska mi osoba powiedziała mi, że widzi moje udręczenie, mój problem. Nie mam pojęcia skąd się dowiedziała. Nic nie powiedziałem, było mi wstyd. Jednak był to pierwszy taki moment, w którym – choć na chwilę – spojrzałem na siebie i całą sytuację obiektywniej. Skapitulowałem, wiem że nie jestem w stanie wyjść sam z tego bagna, w które tak lekkomyślnie, stopniowo, wpadłem. Ale wiem, że to jest możliwe, bo bezradny, oddałem się Bogu. Wiem, że muszę podjąć ta walkę, aby ocalić i odbudować to co we mnie jest piękne. Te ostatnie dni sprawiły, że zacząłem patrzeć inaczej na tą samą szarą codzienność. Jest we mnie nowa radość i siła, ale już nie tak bardzo „moja”. Nie wiem, czy teraz mi się uda. Wierzę w to, że przyznanie się do bezradności, czuwanie nad nawet najdrobniejszymi poruszeniami, w końcu wsparcie od innych osób, które wpadły w to samo lub podobne bagno oraz oddanie się Bogu poprowadzi mnie na tej drodze.

Jak wielka jest radość znów czystych myśli...

Tomek, 29 lat

 

Czatowe zniewolenie

Moje zniewolenie czatem jest częścią wcześniej rozpoczętego błędnego koła wciągnięcia się w pornografię oraz w jednorazowe kontakty seksualne z kobietami. Ten ciąg trwał półtorej roku: odwiedzanie porno stron, podrywy na jedną noc i wizyty w agencjach towarzyskich. Wszystko to suto pokropione alkoholem.  Z chwilą kiedy odstawiłem alkohol, na ponad rok ustały moje seksualne ekscesy. Ustały aż do momentu, w którym odkryłem czat. Anonimowe kontakty przez internet zaczęły się od odwiedzania erotycznych pokoi. Pierwsze rozmowy budziły we mnie skrępowanie – wprowadzenie konwersacji na tory erotyczne dokonywało się początkowo z dużymi oporami. Odkryłem jednak z czasem, że hasło – poświntuszymy? nie budziło oburzenia, ani niesmaku z drugiej strony. Ruszyła lawina wyobraźni – interaktywny sex bez żadnych ograniczeń. Wymyślne scenariusze erotycznych przygód, nakręcanie reakcjami i wątkami wprowadzanymi przez moje czatowe partnerki. Czat szybko wciągnął mnie w wielogodzinne nasiadówy i poruszającą grę wyobraźni. Gdy o trzeciej, czwartej na d ranem kładłem się spać czułem się wykończony i skacowany moralnie. Po przebudzeniu był jeszcze gorzej. Dzień mijał w podświadomym oczekiwaniu na wieczór, kiedy to znów będę mógł wyruszyć w barwną wędrówkę ścieżkami wirtualnego seksu. Jakaś cześć mnie buntowała się przeciw tym eskapadom i krzyczała, ale stan haju, zamroczenia i zmęczenia wywołanego niedospaniem  skutecznie tłumił ten głos. Znów zacząłem zaglądać na porno strony, szybko uciekając stamtąd, lecz stan wychylenia w kierunku doświadczeń seksualnych był cały czas podtrzymywany.

Podczas którejś sesji na czacie moja propozycja spotkania (którą traktowałem jako element podniecającej gry, nie mającej szans się spełnić w rzeczywistości) została podjęta. Pojechałem na umówione miejsce przekonując samego siebie, że tylko sprawdzę z daleka czy dziewczyna przyszła naprawdę. Nie przyszła. Ale ja chciałem żeby się pojawiła.

Znów godziny spędzane na czacie. Ogarnęła mnie obsesyjna myśl, że być może spotkanie jednak jest możliwe – że wirtualna sesję da się skonsumować naprawdę. Odtąd wiodącą intencją wizyt na czacie stała się chęć sprawdzenia, czy takie spotkanie może dojść do skutku. Odkryłem, że niektóre dziewczyny niechętnie odnoszą się na nachalnych propozycji spotkania w celach erotycznych wysuwanych zaraz na początku rozmowy. Opracowałem więc strategię powolnego oswajania ofiary. Przez pierwsze kilkanaście dialogó udawałem wyluzowanego, inteligentnego pana po trzydziestce. Sypały się żarty, błyskotliwe riposty oraz rzucane niby od niechcenia uwagi typu: czat to ciekawa sprawa – nigdy nie wiadomo co się tu może zdarzyć. Ta nieprzewidywalność mnie podnieca...Gdy wyczuwałem, że dziewczyna patrzy na mnie z zainteresowaniem pojawiały się powoli tematy naszych temperamentów seksualnych, doświadczeń, oczekiwań itp. Stąd już łatwo było przejść do fantazji typu – co bym zrobił, gdybyś teraz była przy mnie. Tu już ruszała lawina wyobraźni – starannie konstruowanych opisów scen erotycznych. Wreszcie padała propozycja: a może się spotkamy: kiedy – teraz!. Po jednej z takich rozmów propozycja została podjęta. Wsiadłem w samochód i pojechałem na umówione miejsce.  Byłem przerażony i podekscytowany widząc, że w umówionym miejscu czeka w swoim samochodzie atrakcyjna dziewczyna – mężatka, w trakcie rozwodu (tak przynajmniej twierdziła). Pojechaliśmy do lasu. W trakcie tej podróży, gdy jechała za mną swoich samochodem krzyczałem do siebie – uciekaj! – ale nie uciekłem, było mi „głupio” tak zwiać. Na miejscu, po ostrej już grze wstępnej okazało się że nie mam prezerwatyw. Posiedzieliśmy przez chwilę, schodziło z nas podniecenie. Nie żałowałem, że ich nie kupiłem. To pozwoliło mi zachować poczucie, że nie upadłem, że to był tylko poślizg. Miałem poczucie, że jestem już dużo silniejszy niż przed półtorej roku, kiedy konsumowałem te kontakty w pełnym wymiarze.

Podobna sytuacja powtórzyła się jakiś czas potem: po namiętnym wirtualnym seksie doszliśmy z moja czatową partnerką, że możemy to spotkanie dokończyć na żywo. Przyjechałem do biura w którym pracowała po godzinach. Sympatyczna dziewczyna, rozochocona naszym namiętnym spotkaniem w wirtualnym świecie. Od razu, niemal bez słów przeszliśmy do czynu. Zaczęliśmy współżycie z którego po chwili  ja się wycofałem. Bałem się że nie będę mógł spojrzeć sobie w oczy, jeśli dojdę do końca. I nie tylko sobie...

Czułem się w pewien sposób dumny z tego, że umiałem się wycofać. Nie umiałem na to spojrzeć jak na chore zachowanie – na sam ten fakt, że do niej przyszedłem i zaczęliśmy „się kochać”. Od tego momentu zaczęło mnie podniecać doprowadzanie do sytuacji, w  której miałbym już adres w kieszeni i mógłbym pojechać „tylko sprawdzić” czy dziewczyna jest gotowa do sexu i czy jest ładna. Ocena atrakcyjności partnerki zaczęła się zresztą już na poziomie wymiany zdjęć, których prawdziwości oczywiście nie byłem pewien. Ja sam wysyłałem swoje fikcyjne zdjęcia: znajdowałem w internecie chłopaka dosyć podobnego do siebie w niewyraźnym ujęciu. Stwierdziłem, że wymiana zdjęć zwiększa szanse spotkania. Wmawiałem sobie, że do niczego nie dojdzie. W chwili jednak, kiedy już miałem namiary podniecenie było tak silne a rozum tak zmącony, że wyrywało mnie z domu z siła huraganu. Gdy już znajdowałem się na progu przychodziła chwila przytomnej refleksji – co robisz, człowieku co robisz – nie pamiętasz jak się czułem w te wszystkie chwile, kiedy już było po?

Trzy razy udało mi się nie pojechać na umówione spotkanie. Takie „zwycięstwa” dawały mi poczucie siły i przyzwolenie na kolejne „podboje” i fantazje. Chęć spotkania – stwała się moją obsesją. Zaczynało mi brakować cierpliwości – od razu pytałem o telefon, proponowałem spotkanie. Były chwile kiedy naprawdę byłem już gotów pójść na całość, ale akurat wtedy nie wychodziło.

Rozmowa na czacie miała więc swoje następujące etapy: zagajenie, udawanie błyskotliwego mężczyznę, wymiana zdjęć, wirtualny sex, wymiana telefonów, rozmowa przez telefon i wreszcie oferta spotkania.

Dwie czatowe znajomości doprowadziły do umówienia się i spotkania. W trakcie wirtualnej gadki mówiłem, że czuje się sam i po prostu chce się tylko spotkać i pogadać. Liczyłem na to, że dziewczyna, która zgadza się na spotkanie późnym wieczorem z facetem w rzeczywistości pragnie tego samego co ja. Do niczego nie doszło: tylko rozmowa ukrywająca moje rzeczywiste wychylenie, gotowość na przygodę. Odwoziłem dziewczynę do domu 40 km od Warszawy – dwukrotnie w nocy.

 Kiedy na czacie nie udało się z nikim umówić snułem się po Warszawie samochodem w nadziei, że trafi się jakaś okazja. Wracałem z ulgą że się nie trafiła.

Kolejna czatowa znajomość przerodziła się w istną wirtualną orgię, przenosząc się po jakimś czasie na telefoniczne łącza. Mogłem zadzwonić w każdej chwili ruszając lawinę zmysłowości. Byliśmy już umówieni – raz – odwołałem – nie była to moja zasługa – sprawa się wydala przed przyjacielem. Po jakimś czasie odgrzałem ten kontakt z taką samą intensywnością. Znów o krok od spotkania. Nakłamałem, że mam dziewczynę, że chce być z nią. I znów satysfakcja, że się nie daję, że walczę, że umiem być tak radykalny. Że potrafię się wycofać, nie zrobić ostatecznego kroku.

Po drodze jeszcze dwie sytuacje doprowadzone już do umówienia się w domu dziewczyn. Znów ten sam schemat – czat, telefon, gadka szmatka, poczucie się ze sobą bezpiecznie, rozmowa na tematy naszych temperamentów seksualnych i oferta, że przyjadę. Po odłożeniu słuchawki – walka, rzut na taśmę do kaplicy i ulga, że się oparłem pokusie....

Powstrzymywał mnie strach przed konsekwencjami – ale nie była to świadomość powagi chorobliwych zachowań, zwyciężających mnie za każdym razem, gdy pozwalałem sobie na pierwszy krok.

Wiele razy obiecywałem sobie że już koniec z czatem, po czym pod byle pretekstem wchodziłem tam: miałem pomysł na nowy nick, lub strategie zachowania się na czacie. Zawsze kończyło się to popłynięciem na fali pożądania.

 

Pierwsze otrzeźwienie przyszło wtedy, gdy przyznałem się przyjacielowi do swojego napięcia i gotowości, żeby znów wskoczyć na czat. Ważny był fakt, że on miał podobne doświadczenie. Rozmowa o tym spuściła ze mnie to spiętrzone  powietrze. Przełom nastąpił następnego dnia, gdy ów przyjaciel określił swoje stany jako chore – na tyle dziwne, że domagające się jakichś konkretnych, praktycznych kroków, rozwiązań, pomocy. Padła propozycja poszukania takiego światła w materiałach Anonimowych Erotomanów – w ich doświadczeniach. Przez to zestawienie jego i moich problemów po raz pierwszy nazwałem swoje stany, swoje jazdy i swoje przygody właśnie mianem problemu. Już pobieżna lektura materiałów AE pomogła mi nazwać ten problem chorobą – uzależnieniem, miażdżącym kołem mechanizmów, którym przez lata podlegałem. W pierwszej alkoholowej fazie traktowałem swoje jazdy jako wynik pijaństwa. Nie jako odrębny problem, nie jako rozwijającą się równolegle chorobę.

Również całej serii późniejszych doświadczeń nigdy nie nazwałem chorym zachowaniem. Nie widziałem ich ciągłości, powtarzalności tego samego schematu. Za każdym razem jakbym zaczynał od nowa wmawiając sobie, że właśnie w tej chwili podlegam słabości wchodząc w zachowanie, nad którym trudno może mi być utrzymać kontrolę. Wciąż żyłem w przekonaniu, że posuwam się za daleko, że nie chcę, a powinienem mieć na tyle prawości, żeby powiedzieć stop  w danej chwili. Te chwile, w których umiałem jednak się zatrzymać utwierdzały mnie w przekonaniu, że mogę wchodzić w ten żywioł jedną noga. Nie powinienem co prawda, bo to głupie i osłabiające, ale że w chwilach słabości mogę sobie pozwolić na małą sesję chodzenia po granicy. Nie potrafiłem zauważyć tej oczywistej rzeczy, że zawsze tę granicę przekraczałem, że za każdym razem stawałem się łupem nieprzytomnego stanu mojego nastawienia na nowe doświadczenie seksualne.

Przebudzony tymi myślami i lekturą broszurek AE podjąłem decyzję o kapitulacji: jest we mnie obszar choroby: prawdziwej i wyniszczającej choroby, działającej z taką samą siła i żelazna konsekwencją jak wcześniej zdiagnozowany alkoholizm. Z tą chorobą nie mam szans. Każde wejście na jej teren skończy się przegraną. Zawsze tak było i zawsze tak będzie. Każda zgoda na flirt, każde jego rozpoczęcie uruchamiało we mnie i wiem już, że zawsze będzie uruchamiać fale która mnie porwie w odmęty iluzji.

Skapitulowałem wobec choroby. Uznałem, że jestem wobec niej bezradny. Jedyne co mogę to powierzyć ten nazwany bez niedomówień problem, chorobę Bogu, Jego Matce rodzącej do miłości. Jedyne co mogę to powierzać chore pragnienia drugiemu człowiekowi, który rozumie o czym mówię, ponieważ sam doświadczył wciągającej siły chorych zachowań w dziedzinie swojej seksualności. Jedyne co mogę to nie robić pierwszego kroku, który zawsze skończy się biegiem na oślep w krainę narkotycznie wciągającej iluzji. Dając choćby mały kawałek siebie choremu zachowaniu i pragnieniu zatracę siebie w całości. Ta część mnie, która szuka piękna, dojrzałości i oddania się w miłości innym pozostanie brutalnie oderwana ode mnie i porzucona na brzegu; moje ciało, emocje, wyobraźnia odpłyną na fali pożądania, nigdy nienasyconego głodu bliskości, przyjemności, nowych doznań i wrażeń.

Uczciwe nazwanie problemu, ogłoszenie swojej bezradności i gotowość skorzystania z pomocy Boga miłości oraz innych ludzi noszących podobne znamię okazało się potężną energią: wypchnęła mnie ona z podwodnego świata na powierzchnie. Ze zdumieniem oglądam ten świat jakbym widział i czuł go po raz pierwszy. Widzę nad swoją głową niebo, słońce. Z nową wrażliwością zaczynam widzieć i czuć innych ludzi. Przebudzenie to dobre słowo. Mam nadzieję na Wielką Miłość. Jej wołanie pozwala mi wreszcie odsuwać się od świata chorych zachowań zamiast przebywać w ich bliskości i zależności. Zabieram manatki – idę za głosem wołającej mnie miłości. Mam na nią wielka chrap....Nadzieję.

Marek, 30 lat

 

 

© 1996–2002 www.mateusz.pl