www.mateusz.pl/czytania

5 LIPCA 2009

XIV niedziela zwykła

 

Dzisiejsze czytania: Ez 2,2-5; Ps 123,1-4; 2 Kor 12,7-10; Łk 4,18; Mk 6,1-6

Rozważania i homilie: Oremus · ks. M. Pohl · ks. E. Staniek · O. Gabriel od św. Marii Magdaleny OCD

 

(Ez 2,2-5)
Wstąpił we mnie duch i postawił mnie na nogi; potem słuchałem Tego, który do mnie mówił. Powiedział mi: Synu człowieczy, posyłam cię do synów Izraela, do ludu buntowników, którzy Mi się sprzeciwili. Oni i przodkowie ich występowali przeciwko Mnie aż do dnia dzisiejszego. To ludzie o bezczelnych twarzach i zatwardziałych sercach; posyłam cię do nich, abyś im powiedział: Tak mówi Pan Bóg. A oni czy będą słuchać, czy też zaprzestaną - są bowiem ludem opornym - przecież będą wiedzieli, że prorok jest wśród nich.

(Ps 123,1-4)
REFREN: Do Ciebie, Boże, wznoszę moje oczy

Do Ciebie wznoszę oczy,
który mieszkasz w niebie.
Jak oczy sług są zwrócone
na ręce ich panów.

Jak oczy służebnicy
na ręce jej pani,
tak oczy nasze ku Panu, Bogu naszemu,
dopóki nie zmiłuje się nad nami.

Zmiłuj się nad nami, zmiłuj się, Panie,
bo mamy już dosyć pogardy.
Ponad miarę nasza dusza jest nasycona
szyderstwem zarozumialców i pogardą pysznych.

(2 Kor 12,7-10)
Aby zaś nie wynosił mnie zbytnio ogrom objawień, dany mi został oścień dla ciała, wysłannik szatana, aby mnie policzkował - żebym się nie unosił pychą. Dlatego trzykrotnie prosiłem Pana, aby odszedł ode mnie, lecz /Pan/ mi powiedział: Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali. Najchętniej więc będę się chlubił z moich słabości, aby zamieszkała we mnie moc Chrystusa. Dlatego mam upodobanie w moich słabościach, w obelgach, w niedostatkach, w prześladowaniach, w uciskach z powodu Chrystusa. Albowiem ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny.

(Łk 4,18)
Duch Pański spoczywa na Mnie, posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę.

(Mk 6,1-6)
Jezus przyszedł do swego rodzinnego miasta. A towarzyszyli Mu Jego uczniowie. Gdy nadszedł szabat, zaczął nauczać w synagodze; a wielu, przysłuchując się, pytało ze zdziwieniem: Skąd On to ma? I co za mądrość, która Mu jest dana? I takie cuda dzieją się przez Jego ręce. Czy nie jest to cieśla, syn Maryi, a brat Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? Czyż nie żyją tu u nas także Jego siostry? I powątpiewali o Nim. A Jezus mówił im: Tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich krewnych i w swoim domu może być prorok tak lekceważony. I nie mógł tam zdziałać żadnego cudu, jedynie na kilku chorych położył ręce i uzdrowił ich. Dziwił się też ich niedowiarstwu. Potem obchodził okoliczne wsie i nauczał.

 

 

Znajomość Jezusa wymaga dla równowagi uświadomienia sobie nieznajomości Jezusa. Okazuje się, że Jezus nie może w swojej miejscowości zdziałać cudu, bo jest zbyt znany! Oto poznanie Jezusa utrudnia ludziom spotkanie z Nim. Ci ludzie, o których usłyszymy, nie wiedzieli jednak, że nie wiedzą o Jezusie wszystkiego. Zatwardziałość serca to niedostatek przestrzeni w nim, to przekonanie, że już nic więcej nie ma i nie może się zdarzyć. Oczy wzniesione ku Bogu poszerzają przestrzeń serca...

O. Piotr Włodyga OSB, „Oremus” lipiec 2003, s. 25

 

To tylko cieśla

Kolejna Ewangelia, która jest adresowana bezpośrednio do nas i z której koniecznie powinniśmy wyciągnąć praktyczne i aktualne dziś wnioski. Warto przy tej okazji zauważyć, jak uniwersalna jest Ewangelia, że obejmuje najróżniejsze dziedziny życia i ma najróżniejsze zastosowania: od wiary, przez moralność aż po politykę.

Wydarzenie to możemy sobie łatwo wyobrazić: Jezus, którego na pewno wyprzedziła sława i rozgłos Jego czynów, przychodzi do swojej rodzinnej wsi. Musiała to być nie lada sensacja. Wszyscy spodziewali się specjalnego „programu”: liczyli, że po znajomości należą się im szczególne względy i prawo do nadzwyczajnych cudów. Ale Jezus nie przyszedł z rozrywkowym show ani magiczną różdżką do robienia sztuczek. Przyszedł z prawdą i mądrością, przyszedł ze Słowem Bożym. Chciał dać to, co najcenniejsze i najważniejsze w życiu. Tylko że oni tego nie chcieli. Mieli swój własny scenariusz i oczekiwania, przykrojone na własną miarę.

Kazanie Jezusa w Synagodze potraktowali zrazu jako wstęp do zasadniczego „pokazu”. Ale w trakcie tej mowy zaczęło się nagle wkradać w ich serca najpierw pewne zniecierpliwienie, a potem jawne oburzenie. Jakim prawem ten Jezus tak się wymądrza! Kimże On jest?! Przecież Go dobrze znamy! On chce nas pouczać? Nic dziwnego, że Jezus z taką goryczą skarży się, że prawda i mądrość przestają się liczyć, jeśli tylko wynikają z nich jakieś wymagania, ograniczenia czy choćby potrzeba pokory.

Dotyczy to także życia społecznego i wzajemnych, międzyludzkich relacji. Z trudem przychodzi nam wyzwolić się z myślenia w swoich prywatnych kategoriach, dostrzec coś więcej niż tylko własny interes. Dlatego też tak trudno nam zjednoczyć się wokół jednego celu, bo każdy ma swoje własne. I może nawet nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że takie subiektywne myślenie zaślepia nas na obiektywną prawdę i wprowadza zazdrość, nieufność i bałagan w życiu społecznym.

Chyba dobrze to znamy: gdy ktoś nagle zaczyna wyrastać ponad przeciętną, objawia szczególne talenty, zdobywa sławę, wyróżnia się, gdy komuś się powiedzie – wtedy natychmiast zaczynamy to traktować jako zagrożenie dla siebie. Uznajemy to za niesprawiedliwość: a co to, czy ja jestem gorszy? A mnie się nie należy,? Oczywiście, że nie chcemy dostrzec jego wysiłku, pracy i nakładów, jakie musiał ponieść; widzimy tylko ostateczny sukces i zauważamy, że to nam powinien przypaść on w udziale. I dlatego nie chcemy go uznać, dlatego szukamy dziury w całym, by zakwestionować jego wartość. Jak często naszą dewizą jest: mogę sam nie mieć, byle i on nie miał. Zamiast poprzeć się i wspólnie zyskać, wolimy wspólnie stracić.

W ten sposób oczywiście nigdy niczego nie zbudujemy. Jeśli będziemy prześladować wyróżniające się jednostki i nie damy im sposobności służby dla wspólnego dobra, jeśli nie potrafimy uznać autorytetu naturalnych przywódców, jeśli nie zechcemy zjednoczyć się wokół wyższych idei i wspólnych zadań, zawsze będziemy tylko niezorganizowanym, podatnym na demagogię i puste obietnice tłumem.

Pewne cele można osiągnąć tylko wspólnym wysiłkiem, uznając pierwszeństwo jednych zadań przed drugimi i zwierzchnictwo jednych ludzi nad innymi, rezygnując z własnych, niezdrowych ambicji. Oczywiście, trzeba najpierw rozeznać, czy chodzi o prawdziwe dobro społeczne, czy tylko o kolejną manipulację i aferę. Bez tego zawsze będziemy przegrywać. A przecież mamy z niedalekiej przeszłości wiele przykładów, że wspólne działanie w imię społecznego dobra przynosi nadzwyczajne rezultaty. Czy potrafimy jeszcze kiedyś tę lekcję powtórzyć?

Ks. Mariusz Pohl

 

Cieśla z Nazaretu

Św. Marek w swej Ewangelii usiłuje sformułować odpowiedź na pytanie: Kim jest Jezus? W kronikarskim zapisie przytacza szereg wypowiedzi, które w sumie ukazują tajemnicę Chrystusa. Czytając tę najkrótszą z Ewangelii dowiadujemy się kim był Jezus dla Boga Ojca, dla Jana Chrzciciela, dla duchów nieczystych, dla niewiasty cierpiącej na krwotok, dla setnika stojącego pod krzyżem. Dla mieszkańców Nazaretu — według Marka — Jezus był cieślą. „Czy nie jest to cieśla, syn Maryi?”.

Jezus wychowywał się w rodzinnym kręgu, dzieląc los swoich rówieśników, niczym się nie różniąc od innych chłopców Nazaretu. Tkwił w nurcie życia swego miasteczka i jeśli zwracał na siebie uwagę, to chyba jedynie tym, że miał już trzydzieści lat, a nie szukał żony i nie zamierzał zakładać rodziny. Był znanym w Nazarecie stolarzem, bo słowo „cieśla” bardziej się nam kojarzy z budowniczym domów z drewna niż z tym zawodem, jaki pod okiem św. Józefa opanował Jezus.

Chętnie byśmy dziś podziwiali dzieła rąk Jego. Fachowcy oceniliby solidność roboty, a dla nas wierzących byłaby to cenna pamiątka. Mieszkańcy Nazaretu musieli mieć sporo rzeczy wykonanych przez Jezusa, skoro Ten pracował w swoim zawodzie blisko piętnaście lat. Niestety, do naszych czasów potomni nie przekazali nic z doczesnych dzieł Mistrza z Nazaretu. Nie da się więc urządzić muzealnej izby pamięci gromadzącej wyroby z warsztatu Jezusa. Zostawmy jednak żale z powodu braku tego rodzaju pamiątek po Cieśli z Nazaretu. Mamy jedyną izbę pamięci ciągle żywą. Wieczernik otwarty wszędzie tam, gdzie kapłan bierze do rąk chleb i wino i użycza Jezusowi swoich ust wypowiadając słowa: „Bierzcie i jedzcie, to jest Ciało Moje”.

Warto jednak uświadomić sobie, że połowę swego życia na ziemi Jezus spędził przy pracy jako cieśla. Zdecydowana większość ludzi może i powinna Go naśladować przede wszystkim w tej pracy. Powołanie kapłańskie należy do wyjątków, a i ono winno być oparte na dobrze opanowanej pracy zawodowej.

My sobie nie możemy wyobrazić, by Syn Boga mógł ślęczeć całymi godzinami przy warsztacie mocując się z opornym materiałem, jakim jest drewno. Gdybyśmy weszli do Jego warsztatu, to w imię naszej troski o Niego odebralibyśmy Mu narzędzia, a Jego poprowadzili na ucztę. Przecież do wykonania drzwi czy stołu nie trzeba być Synem Boga, to może zrobić każdy inny stolarz... Tego typu praca według nas ubliża godności Bożej. I tu popełniamy błąd. Ciągle chcemy z Bogiem świętować, podczas gdy On chce z nami pracować. Zamiast odrywać Go od pracy, trzeba zapytać, w czym Mu pomóc, i radować się z okazji, że możemy w Jego warsztacie uczyć się pracy, przez którą wielbimy Stwórcę i w której odnajdujemy siebie.

Jeśli chrześcijanin nie spotka się z Jezusem w jego warsztacie stolarskim i nie spędzi z Nim kilkunastu lat, nigdy nie odkryje właściwych proporcji Ewangelii. Publiczne nauczanie Jezusa, trwające niespełna trzy lata, jest głęboko zakorzenione w tej cichej pracy cieśli w Nazarecie. Rozumieli to doskonale Apostołowie. Po zmartwychwstaniu Mistrza pracują nadal w swoim zawodzie łowiąc całą noc ryby, a Paweł, wielki misjonarz, nie rozstaje się z igłą szyjąc namioty. Ewangelia, jeśli ma wydać owoce, musi być zakorzeniona w życiu rodzinnym i zawodowym. Gdy tego zabraknie, początkowo może zdumiewać i radować szybkim wzrostem, ale próby czasu nie wygra, z braku korzenia skarłowacieje i nie wyda owoców.

Ks. Edward Staniek

 

Nie ma braci bez Ojca

Zamienić istniejącą wspólnotę w życzliwą i wzajemnie się wspierającą rodzinę — oto jedno z najpiękniejszych, ale i najtrudniejszych zadań, jakie można podjąć na ziemi. Ktokolwiek jednak usiłował tego dokonać, przekonał się, i to szybko, że dzieło przerasta możliwości nawet najlepiej usposobionych ludzi. Wystarczy dokładniej prześledzić rodziny oparte na więzach pokrewieństwa, złożone zaledwie z kilku osób — ojciec, matka, dwoje lub troje dzieci, by się przekonać, że takich szczęśliwych rodzin jest stosunkowo niewiele. Podobnie jest w środowiskach ściśle religijnych, które tworzą ludzie powołani. Stosunkowo łatwo można w nich spotkać jednostki szczęśliwe, ale o spotkaniu całych domów, w których udało się wprowadzić ducha prawdziwego braterstwa, jest trudno, a nawet bardzo trudno.

Jakby na ironię w naszych czasach objawia się inna twarz rodzinnego domu, ukazana w serii filmów pod znakiem „Ojciec chrzestny”. Jest to karykatura rodziny. Pokrewieństwo zastępuje w niej wtajemniczenie w czynienie zła, a celem jej istnienia jest zdobywanie pieniędzy. Jeszcze jedna próba niszczenia podstawowej wartości, jaką jest pragnienie tworzenia i należenia do szczęśliwej rodziny.

Wchodząc z Chrystusem do Nazaretu warto postawić pytanie: dlaczego tak trudno stworzyć na ziemi wspólnotę braterską, dlaczego tak trudno zamienić środowiska nawet religijne w szczęśliwą rodzinę? Syn Boga w tym celu przyszedł na ziemię. Jego pragnieniem jest zamiana ludzkości w kochającą się rodzinę. Już na początku swej publicznej działalności przybył do Nazaretu. Było tu sporo Jego krewnych, a wszyscy byli bliskimi znajomymi. Przez trzydzieści lat do społeczności Nazaretu należał On, Jego Matka i Ojciec, który Go adoptował. W Nazarecie najprawdopodobniej żyły rodziny Maryi i Józefa, a więc był ewangeliczny zaczyn ludzi wielkiego ducha promieniujących na otoczenie. Nazaret był małym miasteczkiem. Wydawałoby się, że sama obecność Syna Bożego, Niepokalanej Jego Matki i ich najbliższe otoczenie winno już przemienić serca nazaretańczyków i otworzyć na budowę wspólnoty w duchu Bożej Rodziny. Tymczasem nic z tego. Wystąpienie Jezusa w synagodze zakończyło się Jego klęską, co bardzo dokładnie ukazuje w swej Ewangelii św. Łukasz. Jezus ledwo uszedł z życiem. Ratuje się po przyprowadzeniu Go na miejsce straceń.

W tej sytuacji tym ostrzej staje przed nami pytanie: dlaczego tak trudno na ziemi połączyć ludzi w braterską wspólnotę? Odpowiedź jest stosunkowo prosta. Nie ma braterstwa bez Ojca. Braterstwo jawi się tylko tam, gdzie ludzie odnajdują się jako dzieci jednego Ojca. Ono jest kwiatem wyrosłym z korzenia głęboko przeżytej więzi z Ojcem. Jeśli tego zabraknie, nie da się spojrzeć na drugiego człowieka jak na brata. Ta więź z Ojcem decyduje również o mądrym i twórczym przeżyciu wszelkich napięć, jakie powstają między braćmi. Ojciec ma w nich głos decydujący, a mówiąc ściśle miłość do Ojca stanowi klucz do ich przezwyciężenia.

Ks. Edward Staniek

 

Oczy nasze są zwrócone do Ciebie, Panie, dopóki się nie zmiłujesz nad nami (Ps 123, 2)

Dzisiejsze czytania pomagają zastanowić się nad poważnymi następstwami odrzucenia słowa Bożego i nad obowiązkiem przyjęcia go nawet wówczas, kiedy je podają posłańcy prości i skromni.

Pierwsze czytanie (Ez 2, 2-5) przypomina niedowiarstwo synów Izraela wobec proroka obowiązanego głosić zburzenie Jerozolimy jako karę za ich grzechy. Bóg zna zatwardziałość tego ludu „o bezczelnych twarzach i zatwardziałych sercach” (tamże 4), który od dawna buntował się przeciw Niemu, mimo to posyła Ezechiela: „Oni czy usłuchają, czy nie — są bowiem ludem opornym — przecież będą wiedzieli, że prorok jest wśród nich” (5). Oto słowa, które ukazują, jak wstrętny jest w oczach Boga bunt, który tak zatwardza serce, iż staje się nieczułe na jakiekolwiek wezwania. Bóg jednak nie przestaje oświecać, napominać przez swoich proroków; lecz właśnie ich obecność i ich napomnienia zwiększają grzech tego, kto trwa w niedowiarstwie. Fakt ten, nie odosobniony, powtarza się nieustannie w historii, nawet kiedy Bóg posyła ludziom nie proroka, lecz swojego Boskiego Syna. „Przyszedł do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli” (J 1, 11).

To właśnie zdarzyło się w Nazarecie (ewangelia z dnia: Mk 6, 1-6), gdy Jezus przyszedł do synagogi nauczać. Nazaret był Jego domem, ojczyzną, gdzie żył od dzieciństwa, gdzie miał krewnych i był dobrze znany; to powinno było uczynić Jego nauczanie łatwiejszym niż gdzie indziej, a tymczasem stało się wręcz inaczej. Kiedy minęło pierwsze zdumienie wobec Jego mądrości i cudów, niewierni Nazaretańczycy odrzucają Go: „Czy nie jest to cieśla, syn Maryi...? I powątpiewali o Nim” (tamże 3). Ukryta pycha, nędzna i głupia, przeszkodziła im przypuścić, aby ktoś podobny do nich, wzrastając w ich oczach i wykonując pokorny zawód, mógł być prorokiem, owszem, wprost Mesjaszem, Synem Boga. Skromność i pokora Jezusa są kamieniem zgorszenia, o który się potykają, zamykając dla wiary. A Jezus zauważa ze smutkiem: „Tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich krewnych i w swoim domu może być prorok tak lekceważony” (tamże 4). Niedowiarstwo Jego ziomków przeszkadza Mu czynić w ojczyźnie wielkie cuda, jakich dokona gdzie indziej. Bóg bowiem używa swojej wszechmocy tylko na pożytek tych, którzy wierzą. Ktoś jednak — a prawdopodobnie spośród najbiedniejszych — musiał uwierzyć również w Nazarecie, Marek bowiem zauważa: „jedynie na kilku chorych położył ręce i uzdrowił ich” (tamże 5). Dowodzi to, że Jezus jest zawsze gotowy zbawić tego, kto przyjmuje Go jako Zbawiciela.

Drugie czytanie (2 Kor 12, 7-10) wiąże się z tematem innych czytań o tyle, że poprzez wyznanie św. Pawła kreśli wzór postępowania proroka, apostoła. Chociaż posłany przez Boga i obdarzony szczególnymi łaskami, prorok winien pamiętać, że nie przestaje być człowiekiem słabym jak inni. Paweł, świadomy otrzymanego „ogromu objawień”, przyjmował z pokorą ten „oścień dla ciała” — może chorobę lub pokusę czy też utrapienia apostolskie — jakie Bóg zesłał na niego, aby się nie wynosił (tamże 7). Podobnych „ościeni” nie brak nikomu, apostoł zaś właśnie dzięki nim winien zdobyć większą pokorę i ufność w Bogu: „Najchętniej więc będę się chlubił z moich słabości, aby zamieszkała we mnie moc Chrystusa” (tamże 9). Owszem, zamiast zniechęcać się trudnościami, na jakie napotyka, powinien przyjąć je jako nieodzowny składnik swojego posłannictwa: „Mam upodobanie w moich słabościach, w obelgach, w niedostatkach, w prześladowaniach, uciskach, z powodu Chrystusa. Albowiem ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny” (tamże 10).

O. Gabriel od św. Marii Magdaleny, karmelita bosy
Żyć Bogiem, t. II, str. 361

 

 

» Przypominamy o możliwości bezpłatnej elektronicznej prenumeraty „Czytań na każdy dzień” – szczegóły na stronie Prenumerata.

» Powrót na stronę główną „Czytań”

 

 

© 1996–2009 www.mateusz.pl