25 PAŹDZIERNIKA 2009
XXX niedziela zwykła
Dzisiejsze czytania: Jr 31,7-9; Ps 126, 1-6; Hbr 5,1-6; 2 Tm 1,10b; Mk 10,46-52
Rozważania i homilie: Oremus · ks. M. Pohl · ks. E. Staniek · O. Gabriel od św. Marii Magdaleny OCD
(Jr 31,7-9)
To bowiem mówi Pan: Wykrzykujcie radośnie na cześć Jakuba, weselcie się pierwszym wśród narodów! Głoście, wychwalajcie i mówcie: Pan wybawił swój lud, Resztę Izraela! Oto sprowadzę ich z ziemi północnej i zgromadzę ich z krańców ziemi. Są wśród nich niewidomi i dotknięci kalectwem, kobieta brzemienna wraz z położnicą: powracają wielką gromadą. Oto wyszli z płaczem, lecz wśród pociech ich przyprowadzę. Przywiodę ich do strumienia wody równą drogą - nie potkną się na niej. Jestem bowiem ojcem dla Izraela, a Efraim jest moim synem pierworodnym.
(Ps 126,1-6)
REFREN: Pan Bóg uczynił wielkie rzeczy dla nas
Gdy Pan odmienił los Syjonu,
wydawało się nam, że śnimy.
Usta nasze były pełne śmiechu,
a język śpiewał z radości.
Mówiono wtedy między poganami:
„Wielkie rzeczy im Pan uczynił”.
Pan uczynił nam wielkie rzeczy
i ogarnęła nas radość.
Odmień znowu nasz los, Panie,
jak odmieniasz strumienie na Południu.
Ci, którzy we łzach sieją,
żąć będą w radości.
Idą i płaczą
niosąc ziarno na zasiew,
lecz powrócą z radością
niosąc swoje snopy.
(Hbr 5,1-6)
Każdy arcykapłan z ludzi brany, dla ludzi bywa ustanawiany w sprawach odnoszących się do Boga, aby składał dary i ofiary za grzechy. Może on współczuć z tymi, którzy nie wiedzą i błądzą, ponieważ sam podlega słabościom. I ze względu na nią powinien jak za lud, tak i za samego siebie składać ofiary za grzechy. I nikt sam sobie nie bierze tej godności, lecz tylko ten, kto jest powołany przez Boga jak Aaron. Podobnie i Chrystus nie sam siebie okrył sławą przez to, iż stał się arcykapłanem, ale /uczynił to/ Ten, który powiedział do Niego: Ty jesteś moim Synem, jam Cię dziś zrodził, jak i w innym /miejscu/: Tyś jest kapłanem na wieki na wzór Melchizedeka.
(2 Tm 1,10b)
Nasz Zbawiciel Jezus Chrystus śmierć zwyciężył, a na życie rzucił światło przez Ewangelię
(Mk 10,46-52)
Gdy Jezus wraz z uczniami i sporym tłumem wychodził z Jerycha, niewidomy żebrak, Bartymeusz, syn Tymeusza, siedział przy drodze. Ten słysząc, że to jest Jezus z Nazaretu, zaczął wołać: Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną! Wielu nastawało na niego, żeby umilkł. Lecz on jeszcze głośniej wołał: Synu Dawida, ulituj się nade mną! Jezus przystanął i rzekł: Zawołajcie go! I przywołali niewidomego, mówiąc mu: Bądź dobrej myśli, wstań, woła cię. On zrzucił z siebie płaszcz, zerwał się i przyszedł do Jezusa. A Jezus przemówił do niego: Co chcesz, abym ci uczynił? Powiedział Mu niewidomy: Rabbuni, żebym przejrzał. Jezus mu rzekł: Idź, twoja wiara cię uzdrowiła. Natychmiast przejrzał i szedł za Nim drogą.
Tym, co jakby zatrzymuje działanie Boga w naszym życiu, jest granica naszego zaufania do Niego. Stawiamy ją najczęściej tam, gdzie doświadczenie uznaje jakieś działanie za niemożliwe do przeprowadzenia. W postawie Bartymeusza ujęło Jezusa to, że gdy nakazano mu milczeć, on wołał jeszcze głośniej: „Synu Dawida, ulituj się nade mną”. Msza święta jest niezwykłym spotkaniem z Chrystusem, w którym mamy pełne prawo wołać, nawet wbrew nadziei, o cud patrzenia z wiarą: „Rabbuni, żebym przejrzał”.
ks. Mariusz Jedliczka, „Oremus” październik 2003, s. 104
Żeby dobrze zrozumieć przesłanie dzisiejszej Ewangelii i wyciągnąć z niej praktyczne wnioski, warto wczuć się w postać i sytuację Bartymeusza. Z pozycji człowieka zadowolonego z życia, sytego, zdrowego i pewnego siebie, nie da się bowiem wykrzesać z siebie autentycznego krzyku modlitwy i wiary.
Bartymeusz był pozbawiony wszystkiego: najpierw wzroku, potem środków do życia, wreszcie ludzkiej życzliwości. Skazany był na ciemność, żebraninę i ludzkie drwiny bądź litość. Kto wie, może wielu z nas dostrzeże pewne podobieństwa między Bartymeuszem, a swoją własną sytuacją? Jak wielu z nas żyje w wewnętrznych ciemnościach: skołowania sprzecznymi ideologiami, reklamą, fałszem bądź półprawdami, zaślepienia grzechem, rozpaczą, nienawiścią, pożądaniem.
To skołowanie i zaślepienie powoduje, że stajemy się niezdolni do samodzielnego i odpowiedzialnego życia. Przejawia się to w bierności, bezrobociu, zamykaniu się w sobie, rozmaitych ucieczkach w alkohol, seks, narkotyki. Dość dobrym obrazem takiej postawy jest bezczynne siedzenie przy drodze swego życia. Nic dziwnego, że ta bierność skazuje nas na żebraninę: zamiast samemu decydować o sobie, jesteśmy zdani na innych, na to, co nam dadzą, podsuną, łaskawie rzucą do kapelusza. Nie stać więc nas na samodzielne myślenie, opinie, poglądy, decyzje. Ktoś to robi za nas, a my to przyjmujemy, bo nie stać nas na samodzielność. Kto wie, czy sytuacja Bartymeuszów XX wieku, nie jest trudniejsza od tej sprzed dwóch tysięcy lat.
Czy wobec tego nie mamy wyjścia i jesteśmy skazani na taką marną wegetację? Nie, jeśli tylko potrafimy tak jak Bartymeusz wykorzystać swoją życiową szansę. Tą szansą jest Jezus Chrystus. Brzmi to dość ogólnikowo, jak reklamowy slogan. Zobaczmy więc, co się za tym hasłem kryje.
W swojej beznadziejnej sytuacji Bartymeusz usłyszał pewnego dnia, że w pobliżu przechodzi Chrystus. Musiał już o Nim wcześniej słyszeć, a teraz nadzieje stały się realne. Zaczął z całych sił krzyczeć. Wyobraźmy sobie, że zabłądziliśmy w górach w czasie śnieżycy i wzywamy pomocy: od tego, czy nas ktoś usłyszy, zależy nasze życie. Właśnie tak należy się modlić: z taką nadzieją i determinacją, jakby od tego zależało nasze życie. Tak właśnie zaczął krzyczeć Bartymeusz, bo od tego faktycznie zależało jego życie.
Było to zarazem wyznanie wiary w Jezusa – Mesjasza. Nie wszystkim takie głośne wyznanie wiary przypadło do gustu: może naruszało ich głębokie „poczucie tolerancji”, może stanowiło wyrzut sumienia z powodu własnej słabej wiary, może obawiali się konfrontacji wiary z rzeczywistością? Dość, że woleli, aby Bartymeusz milczał. W tym względzie do dziś nic się nie zmieniło: publiczne przyznawanie się do wiary jest nadal niemile widziane, i to zarówno przez niewierzących, jak i tych, którzy uważają się za wierzących. Oczywiście, że można sobie wierzyć, ale po co przesadzać, po co zaraz wszyscy mają o tym wiedzieć.
Ale jeśli komuś zależy na pełni życia, a nie tylko na marnej wegetacji, jeśli ktoś wie, że tylko Chrystus może tę pełnię dać, to takie argumenty zdrowego rozsądku nic nie znaczą. To jest jeden ze sprawdzianów prawdziwej wiary: czy damy sobie wmówić, że lepiej siedzieć cicho. Jeśli damy, to znaczy, że nasz bóg jest słaby i nic nie może; jeśli nie damy, to znaczy że od tego Boga naprawdę coś może zależeć, więc warto z Nim trzymać, warto postawić wszystko na tę jedną kartę.
Tak właśnie uczynił Bartymeusz: nie dał się uciszyć, dopóki nie stanął przed Jezusem i nie wypowiedział swej prośby. I nie omylił się w swoich rachubach: Chrystus go wysłuchał. Wysłucha także i nas.
Ks. Mariusz Pohl
Miał czterdzieści pięć lat i wyższe wykształcenie. Wiele udzielał się w pracy społecznej. Lekarze odkryli, że na jego żołądku rośnie guz. Pobrano wycinek do analizy. On przerażony uwierzył, że ma raka. Uwierzył. Nie pomogły perswazje. Załatwiał wszystkie sprawy tak, by je wykończyć i oddać w cudze ręce. Porządkował mieszkanie. Oddawał rzeczy pożyczone. Stopniowo wyłączył się z wszelkiej pracy. Był coraz słabszy, nie wychodził z domu, nie mógł jeść, coraz częściej leżał i czekał na zbliżającą się śmierć. Lekarze bezradnie rozkładali ręce. Wiedzieli, że nie jest chory, ale wiedzieli również, że jeśli nie uwierzy, że jest zdrowy, to wkrótce umrze. Do dziś nie wiadomo, kto lub co wpłynęło na zmianę jego podejścia — uwierzył, że nie ma raka. Po miesiącu wrócił do zdrowia i pracy. Uwierzył, że może żyć, i żyje. Od tego głębokiego kryzysu upłynęło ponad piętnaście lat, a on cieszy się pełnią zdrowia i sił.
Wiara to wielka siła przebicia decydująca o ziemskich losach człowieka. W trudnościach przegrywają ci, którzy nie wierzą, którzy opuszczają ręce i nie widzą perspektywy życia. Wszystkie wielkie dzieła na tej ziemi są zbudowane na wierze. Sportowiec musi wierzyć w zwycięstwo, samotna matka w możliwość wychowania dzieci, lekarz w szansę wyleczenia pacjenta... Ta wiara czyni cuda. Nie ma nic smutniejszego, jak spotkać ludzi „niewierzących” w możliwość zmiany sytuacji. Taka niewiara jest chorobą śmiertelną i bardzo zaraźliwą.
Wiara religijna, polegająca na utrzymaniu kontaktu z żywym Bogiem, oparta jest na wierze naturalnej. Sięga dalej. Skoro u Boga nie ma rzeczy niemożliwych, to tam, gdzie po ludzku biorąc nie ma żadnych szans na zmianę sytuacji, w oparciu o Boga i z Nim można tę sytuację zmienić. Wiara religijna stanowi ukoronowanie wiary naturalnej. Jeśli jednak nie ma co ukoronować, trudno mówić o wierze religijnej. Ona stanowi zawsze najwyższe piętro zawierzenia. Wtedy, gdy się wyczerpią ludzkie możliwości, zostaje wiara w tę jedną, w Boga, który jest wszechmocny.
Ewangeliczna scena uzdrowienia niewidomego żebraka Bartymeusza mówi o potędze wiary. Jego usilne wołanie: „Synu Dawida, ulituj się nade mną!” zostało przez Jezusa przyjęte jako wyznanie wiary. „Twoja wiara cię uzdrowiła”. W jak beznadziejnej sytuacji, sądząc po ludzku, znajdował się ten niewidomy żebrak, a nawet z niej jego wiara znalazła możliwość wyjścia. Wierzył w cud i cudu doświadczył. Gdybyśmy potrafili uwierzyć, jak on uwierzył, uwierzyć tak, by Syn Boga mógł pochwalić naszą wiarę, i w naszym życiu pojawiłyby się cuda.
Niewielu zdaje sobie sprawę z tego, że wcale nie trzeba walczyć z wiarą religijną, by zniszczyć jej twórcze działanie. Wystarczy jeno osłabić w ludziach wiarę w możliwość zmiany sytuacji na lepsze. Wmówić w nich, że nic się nie da zmienić. Wtedy stają się słabi, zaczynają chorować na niewiarę. Mogą jeszcze chodzić do kościoła, mówić pacierze, ale nie są już w stanie niczego dokonać. Zniszczono w nich siłę przebicia. Jest to perfidna metoda zniewalania człowieka.
Okazuje się, że można być niewidomym i można być żebrakiem, a wierząc przebić się przez te wielkie ograniczenia. Można nie tylko uśmiechnąć się do życia, lecz i dokonać wielkich dzieł. Bóg potrzebuje ludzi, którzy wierzą w możliwość budowania lepszego świata; ludzi bez bielma na oczach, o odważnym spojrzeniu w przyszłość, i bez żebrania, które ubliża godności człowieka. Z takimi ludźmi pragnie współpracować. Wie bowiem, że oni nie zmarnują Jego łaski, oni potrafią ją wykorzystać twórczo.
Człowiek wierzący to człowiek twórczy. Wiara to twórczość, bez niej ani człowiek nie urośnie, ani nie dokona żadnych wielkich dzieł. Wiara to twórczość — i dlatego ma tak wielu przeciwników.
Ks. Edward Staniek
Wielu Polaków chciałoby Polski amerykańskiej. Amerykański styl życia, propagowany przez środki masowego przekazu, idealizowany przez tych, którzy przywozili do kraju z różnych wyjazdów dolary, jest dziś tak mocny, iż zagraża tożsamości narodowej. Tendencje tego typu obejmują wszystko, i można je również śledzić w szukaniu nowego wzorca dla kapłana. Jego zasadniczą cechą jest bliski kontakt z ludźmi, a ponieważ ci mają tendencje do odpływania z Kościoła, do laicyzacji lub szukania „łatwiejszych” form chrześcijańskiego życia niż te, jakich wymaga Kościół katolicki, kapłani, aby ich nie tracić, są gotowi „łagodzić” wymagania. Głównym celem kapłańskiego działania staje się wówczas ułatwienie ludziom życia przez obniżanie wymagań stawianych przez Syna Bożego w Ewangelii.
Problem jest bardzo poważny. „Każdy kapłan z ludzi brany, dla ludzi bywa ustanawiany w sprawach odnoszących się do Boga, aby składał dary i ofiary za grzechy”. Słabości i tendencje społeczeństwa są zawsze w pełni obecne i widoczne w szeregach jego kapłanów. Oni się z tego społeczeństwa wywodzą. Rozumienie ludzi jest bardzo istotnym elementem kapłańskiego życia. Może on współczuć z nimi, „ponieważ sam podlega słabościom”, ale nie może się zgodzić na pełnienie ich woli, na dostosowanie bogactwa prawdy objawionej przez Boga do ich wymagań. Został bowiem ustanowiony przez Boga do reprezentowania Jego firmy zbawienia. On jest tylko pracownikiem w tej firmie. Ilekroć nie spełni dokładnie wymagań, jakie stawia Właściciel tej firmy, tyle razy naraża na stratę siebie i tych, którzy się chcą w sposób nieuczciwy w tej firmie ubezpieczyć.
Kapłan musi bardzo jasno określić wymagania stawiane przez Boga, które mają na celu wieczne dobro człowieka. Jeśli tego nie uczyni, sami ludzie zaczną lekceważyć i jego, i firmę, którą prezentuje. To właśnie w tym tkwi w wielkiej mierze główny powód kryzysu kapłańskiego powołania. Tam, gdzie nie ma wymagań, ludzie szukający wartości nie przyjdą.
Drugi powód jest jeszcze ważniejszy. Kapłan chcąc zapalić innych, sam musi płonąć ogniem Bożym. Tylko wtedy, gdy będzie przeżywał obecność Boga, a równocześnie znał skalę ludzkiej słabości, potrafi postawić Boże wymagania, równocześnie ukazując możliwość ich realizacji nawet w odległej perspektywie. Sam kapłan winien żyć Bogiem, który go powołał do pracy w firmie zbawienia, sam winien tego zbawienia doświadczać i żar swego serca przekazywać innym. Tego oczekuje dziś wielu ludzi zagubionych w doczesnych obliczeniach.
Autor Listu do Hebrajczyków przypomina, iż godności kapłańskiej „nikt sam sobie nie bierze, lecz tylko ten, kto jest powołany przez Boga jak Aaron”. To w odpowiedzi na to wezwanie ukryta jest tajemnica szczęśliwego kapłaństwa. Ten, kto zostaje kapłanem nie dlatego, że sam chce nim być, nie dlatego, że inni sobie tego życzą, lecz dlatego, że chce tego Bóg, pozostanie do Jego dyspozycji. Jeśli o tym zapomni, unieszczęśliwi siebie i wielu z tych, którym będzie przewodził. Tożsamość kapłańskiego powołania wymaga radości płynącej ze zgody na Boże wołanie, na zatrudnienie w firmie Bożego zbawienia.
Kapłan nie może być ani polski, ani niemiecki, ani słowacki, ani amerykański, musi być wyłącznie Chrystusowy. Nie może się zgodzić na żadne pomijanie przepisów obowiązujących w firmie Bożego Zbawienia, bo wówczas jego posługa z jego winy okaże się nieważna i przez Boga nie zostanie uznana. Ponieważ chodzi o odpowiedzialność za wieczne losy człowieka, dramat pełnienia przez kapłana woli ludzi a nie Boga będzie brzemienny w następstwa.
Ks. Edward Staniek
Kościół dzisiaj obchodzi liturgię światła, radości, wiary; światło i radość z powrotu narodu wybranego z wygnania (I czytanie: Jr 31, 7-9). Bóg pamiętał o “reszcie Izraela”, która pozostała Mu wierną, i On sam stał się jego przewodnikiem w czasie podróży do ojczyzny. Wszyscy powracają, nawet najbardziej dotknięci kalectwem i cierpiący, także “niewidomy i chromy” (tamże 8), kiedy bowiem prowadzi Bóg, niewidomi są oświeceni, a chromi nie utykają. Piękny obraz wewnętrznego nawrócenia z ciemności i bezdroży grzechu. Po ślepocie duchowej i ciągłym chromaniu między dobrem a złem człowiek, oświecony światłem Bożym, może postępować prostą drogą wiodącą go do Boga. Powrót jego jest radosny jak powrót Izraela: “Wśród pociech ich przyprowadzę. Przywiodę ich do strumienia wody równą drogą — nie potkną się na niej. Jestem bowiem ojcem dla Izraela” (tamże 9). Tak Pan przemawia do swego ludu i tak przemawia do każdego człowieka, który się do Niego nawraca. Choć pierwsze kroki powrotu mogą być przykre i trudne, to Bóg jako miłościwy Ojciec wychodzi naprzeciw swojemu stworzeniu, pokrzepia je żywą wodą łaski, podtrzymuje w walce, usprawnia do drogi.
Ewangelia z dnia (Mk 10, 46-52) podejmuje temat w dwojakim aspekcie: uzdrowienia i nawrócenia do Chrystusa pewnego niewidomego. Jezus wychodzi z Jerycha, Bartymeusz zaś, który siedział przy drodze żebrząc, woła do Niego: “Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną” (tamże 47). Niektórzy chcą go uciszyć, lecz on woła jeszcze mocniej. Niewidomy na ciele, widzi w duchu i poznaje w Jezusie Mesjasza, “Syna Dawida”. Wiara nie pozwala mu milczeć; jest pewien, że w Jezusie znajdzie zbawienie. Zwrócony do Niego, zaledwie Mistrz go zawoła, odrzuca płaszcz, zrywa się na nogi i staje przed Nim. Pan go zapytuje: “Co chcesz, abym ci uczynił?” A on: “Rabbuni, żebym przejrzał” (tamże 51). Dialog niezmiernie krótki, lecz istotny, wyrażający ze strony Jezusa wszechmoc, a ze strony Bartymeusza wiarę. Zetknięcie się tych dwóch sił wywołuje cud: “natychmiast przejrzał” (tamże 52). Zgaszone oczy niewidomego rozjaśniają się i widzą Jezusa, widzieć Go i iść za Nim to jedno. Światłu zewnętrznemu odpowiada światło wewnętrzne i Bartymeusz idzie za Panem. Chrześcijanin jak on jest “oświecony” przez Chrystusa; wiara otworzyła mu oczy: dała mu poznać Boga i Syna Bożego, który stał się człowiekiem. Lecz czy wiara ta jest w nim tak żywa, aby go pociągnąć na serio do służby Bogu, do naśladowania Chrystusa?
Drugie czytanie (Hbr 5, 1-6) porusza inny temat: kapłaństwo, a w szczególności kapłaństwo Chrystusa. Chrystus jest najwyższym i wiecznym Kapłanem z woli Ojca, który udzielił Mu tej godności, ustanawiając Go Pośrednikiem między sobą a ludźmi. Nie można dojść do Boga nie przechodząc przez ten pomost łączący ziemię z niebem, przez główną drogę, jaką jest Pan Jezus. Nie można żyć wiarą niezależnie od Niego, On bowiem “w wierze nam przewodzi i ją wydoskonala” (Hbr 12, 2). Źródłem i pokarmem dla wiary jest słowo Jezusa, ono oświeca świat i daje “światło życia” (J 8, 12); jest Eucharystia, w której On daje jako pokarm wzmacniający i oświecający swoje Ciało niepokalane na zbawienie ludzi. Każde sprawowanie Eucharystii jest tajemnicą wiary. W niej wierzący spotyka Jezusa-Kapłana i ofiarę, która go posila i prowadzi do Ojca.
O. Gabriel od św. Marii Magdaleny, karmelita bosy
Żyć Bogiem, t. III, str. 367
albo
Rocznica poświęcenia własnego kościoła
Dzisiejsze czytania: Ez 43,1-2.4-7a; 1 Krn 29, 10-12; 1 Kor 3,9b-11.16-17; 2 Krl 7,16; J 2,13-22
Rozważania i homilie: Oremus
(Ez 43,1-2.4-7a)
Anioł poprowadził mię ku bramie, która skierowana jest na wschód. I oto chwała Boga Izraela przyszła od wschodu, a głos Jego był jak szum wielu wód, a ziemia jaśniała od Jego chwały. A chwała Pańska weszła do świątyni przez bramę, która skierowana była ku wschodowi. Wtedy uniósł mię duch i zaniósł mię do wewnętrznego dziedzińca. A oto świątynia pełna była chwały Pańskiej. I usłyszałem, jak ktoś mówił do mnie od strony świątyni, podczas gdy ów mąż stał jeszcze przy mnie. Rzekł do mnie: Synu człowieczy, to jest miejsce tronu mojego, miejsce podstawy mych stóp, gdzie chcę na wieki mieszkać pośród Izraelitów.
(1 Krn 29, 10-12)
REFREN: Chwalimy, Panie, Twe przesławne imię
Bądź błogosławiony o Panie, Boże ojca naszego, Izraela,
na wieki wieków.
Twoja jest o Panie, wielkość, moc, sława, majestat i chwała,
bo wszystko, co jest na niebie i na ziemi, jest Twoje.
Do Ciebie, Panie, należy królowanie
i ten, co głowę wznosi ponad wszystkich.
Bogactwo i chwała od Ciebie pochodzi,
Ty nad wszystkim panujesz, a w ręku Twoim moc i siła,
i ręką Twoją wywyższasz i utwierdzasz wszystko.
(1 Kor 3,9b-11.16-17)
Wy zaś jesteście uprawną rolą Bożą i Bożą budowlą. Według danej mi łaski Bożej, jako roztropny budowniczy, położyłem fundament, ktoś inny zaś wznosi budynek. Niech każdy jednak baczy na to, jak buduje. Fundamentu bowiem nikt nie może położyć innego, jak ten, który jest położony, a którym jest Jezus Chrystus. Czyż nie wiecie, żeście świątynią Boga i że Duch Boży mieszka w was? Jeżeli ktoś zniszczy świątynię Boga, tego zniszczy Bóg. Świątynia Boga jest świętą, a wy nią jesteście.
(2 Krl 7,16)
Wybrałem i uświęciłem tę świątynię, aby moja obecność trwała tam na wieki.
(J 2,13-22)
Zbliżała się pora Paschy żydowskiej i Jezus udał się do Jerozolimy. W świątyni napotkał siedzących za stołami bankierów oraz tych, którzy sprzedawali woły, baranki i gołębie. Wówczas sporządziwszy sobie bicz ze sznurków, powypędzał wszystkich ze świątyni, także baranki i woły, porozrzucał monety bankierów, a stoły powywracał. Do tych zaś, którzy sprzedawali gołębie, rzekł: Weźcie to stąd, a z domu mego Ojca nie róbcie targowiska! Uczniowie Jego przypomnieli sobie, że napisano: Gorliwość o dom Twój pochłonie Mnie. W odpowiedzi zaś na to Żydzi rzekli do Niego: Jakim znakiem wykażesz się wobec nas, skoro takie rzeczy czynisz? Jezus dał im taką odpowiedź: Zburzcie tę świątynię, a Ja w trzech dniach wzniosę ją na nowo. Powiedzieli do Niego Żydzi: Czterdzieści sześć lat budowano tę świątynię, a Ty ją wzniesiesz w przeciągu trzech dni? On zaś mówił o świątyni swego ciała. Gdy więc zmartwychwstał, przypomnieli sobie uczniowie Jego, że to powiedział, i uwierzyli Pismu i słowu, które wyrzekł Jezus.
Kościół jest miejscem wydzielonym spośród całego kosmosu, w którym Bóg działa w inny sposób niż poza jego murami. Jest to miejsce formowania świątyni wnętrza każdego z modlących się chrześcijan, a także miejsce formowania się nadprzyrodzonych więzów łączących te wewnętrzne świątynie we wspólnotę Kościoła powszechnego. Podczas konsekracji – poświęcenia kościoła – Bóg dokonuje wyłączenia budynku należącego do porządku kosmicznego i włącza go w porządek świata nadprzyrodzonego.
ks. Mariusz Jedliczka, „Oremus” październik 2003, s. 108
» Przypominamy o możliwości bezpłatnej elektronicznej prenumeraty „Czytań na każdy dzień” – szczegóły na stronie Prenumerata.
» Powrót na stronę główną „Czytań”
© 1996–2009 www.mateusz.pl