www.mateusz.pl/czytania

8 LISTOPADA 2009

XXXII niedziela zwykła

 

Dzisiejsze czytania: 1 Krl 17,10-16; Ps 146,6c-10; Hbr 9,24-28; Mt 5,3; Mk 12,38-44

Rozważania i homilie: Oremus · ks. E. Staniek · O. Gabriel od św. Marii Magdaleny OCD

 

(1 Krl 17,10-16)
Prorok Eliasz poszedł do Sarepty. Kiedy wchodził do bramy tego miasta, pewna wdowa zbierała tam sobie drwa. Więc zawołał ją i powiedział: Daj mi, proszę, trochę wody w naczyniu, abym się napił. Ona zaś zaraz poszła, aby jej nabrać, ale zawołał na nią i rzekł: Weź, proszę, dla mnie i kromkę chleba! Na to odrzekła: Na życie Pana, Boga twego! Już nie mam pieczywa - tylko garść mąki w dzbanie i trochę oliwy w baryłce. Właśnie zbieram kilka kawałków drewna i kiedy przyjdę, przyrządzę sobie i memu synowi [strawę]. Zjemy to, a potem pomrzemy. Eliasz zaś jej powiedział: Nie bój się! Idź, zrób, jak rzekłaś; tylko najpierw zrób z tego mały podpłomyk dla mnie i przynieś mi! A sobie i twemu synowi zrobisz potem. Bo Pan, Bóg Izraela, rzekł tak: Dzban mąki nie wyczerpie się i baryłka oliwy nie opróżni się aż do dnia, w którym Pan spuści deszcz na ziemię. Poszła więc i zrobiła, jak Eliasz powiedział, a potem zjadł on i ona oraz jej syn, i tak było co dzień. Dzban mąki nie wyczerpał się i baryłka oliwy nie opróżniła się według obietnicy, którą Pan wypowiedział przez Eliasza.

(Ps 146,6c-10)
Refren: Chwal, duszo moja Pana, Stwórcę swego.

On wiary dochowuje na wieki,
uciśnionym wymierza sprawiedliwość,
chlebem karmi głodnych,
wypuszcza na wolność więźniów.

Pan przywraca wzrok ociemniałym,
Pan dźwiga poniżonych,
Pan kocha sprawiedliwych.
Pan strzeże przybyszów.

Ochrania sierotę i wdowę,
lecz występnych kieruje na bezdroża.
Pan króluje na wieki,
Bóg twój, Syjonie, przez pokolenia.

(Hbr 9,24-28)
Chrystus wszedł nie do świątyni, zbudowanej rękami ludzkimi, będącej odbiciem prawdziwej /świątyni/, ale do samego nieba, aby teraz wstawiać się za nami przed obliczem Boga, nie po to, aby się często miał ofiarować jak arcykapłan, który co roku wchodzi do świątyni z krwią cudzą. Inaczej musiałby cierpieć wiele razy od stworzenia świata. A tymczasem raz jeden ukazał się teraz na końcu wieków na zgładzenie grzechów przez ofiarę z samego siebie. A jak postanowione ludziom raz umrzeć, a potem sąd, tak Chrystus raz jeden był ofiarowany dla zgładzenia grzechów wielu, drugi raz ukaże się nie w związku z grzechem, lecz dla zbawienia tych, którzy Go oczekują.

(Mt 5,3)
Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.

(Mk 12,38-44)
Jezus nauczając mówił do zgromadzonych: Strzeżcie się uczonych w Piśmie. Z upodobaniem chodzą oni w powłóczystych szatach, lubią pozdrowienia na rynku, pierwsze krzesła w synagogach i zaszczytne miejsca na ucztach. Objadają domy wdów i dla pozoru odprawiają długie modlitwy. Ci tym surowszy dostaną wyrok. Potem usiadł naprzeciw skarbony i przypatrywał się, jak tłum wrzucał drobne pieniądze do skarbony. Wielu bogatych wrzucało wiele. Przyszła też jedna uboga wdowa i wrzuciła dwa pieniążki, czyli jeden grosz. Wtedy przywołał swoich uczniów i rzekł do nich: Zaprawdę, powiadam wam: Ta uboga wdowa wrzuciła najwięcej ze wszystkich, którzy kładli do skarbony. Wszyscy bowiem wrzucali z tego, co im zbywało; ona zaś ze swego niedostatku wrzuciła wszystko, co miała, całe swe utrzymanie.

 

 

Trudno jest zrezygnować ze swoich praw i oddać coś, co uważamy za swoją własność, nawet gdy skłania nas ku temu sumienie. Słowo Boże głosi dziś pochwałę dwóch ubogich wdów, hojnie obdarowujących Boga i ludzi tym, co posiadały. Takiej postawy uczy nas również sam Jezus, który ofiarował samego siebie dla zgładzenia naszych grzechów. Obyśmy przyjmując Go w Eucharystii, nie rezygnowali z Jego aprobaty, pokoju, bliskości dla drobiazgów niewartych więcej niż garść mąki, kropla oliwy czy dwa drobne pieniążki.

Mira Majdan, „Oremus” listopad 2006, s. 58

 

„Wrzuciła wszystko...”

Na ogół dzisiejszą Ewangelię wykorzystuje się jako pretekst i okazję do poruszenia tematu ofiarności i utrzymania Kościoła. Faktycznie, jest to bardzo istotny temat i uboga wdowa stanowi dla wielu niedościgły wzór. Ma też dziś wielu naśladowców: obecnie Kościół utrzymuje się bowiem przede wszystkim z ofiar ludzi ubogich, których dochody oscylują w granicach socjalnego minimum. Bogaci wolą sponsorować bardziej spektakularne akcje niż tydzień miłosierdzia, remont dachu czy rachunek za ogrzewanie kościoła.

A są to wszystko sprawy niezbędne dla funkcjonowania parafii. Ich zakwestionowanie czy niedofinansowanie grozi bowiem zachwianiem całej posługi duszpasterskiej. Po prostu: Kościół potrzebuje pieniędzy, i to w nominałach wprost proporcjonalnych do inflacji. „Waryński” wrzucony do koszyka stanowi co prawda dokładny odpowiednik jednego grosza z dzisiejszej Ewangelii, ale z drugiej strony to tylko równowartość paru zapałek... Z takim budżetem dużo się nie zdziała. To istny cud, że przy tak skromnych możliwościach materialnych, Kościół robi aż tak wiele. (Ubiegłoroczne dochody i rozchody Diecezji Kaliskiej zamykały się w kwocie kilku miliardów zł. Nie znam danych dotyczących budżetu województwa, ale sądzę, że jest to kilka bilionów. Mechanizm jest chyba dość prosty: kto ma mało, ten szanuje to, co ma. Drugi czynnik to wkład osobisty wielu osób z dużym poczuciem odpowiedzialności.)

Ale nie to jest głównym tematem Ewangelii. Otóż kluczem do jej zrozumienia są słowa Chrystusa o ofierze wdowy: „wrzuciła całe swoje utrzymanie”. Nie było to wiele – jeden grosz, ale dla niej było to wszystko. O czym to świadczy? O nieograniczonym zaufaniu do Boga. Gdyby ta reszta pieniędzy została przeznaczona na jakieś głupstwo, byłaby to lekkomyślność; jeśli na chleb, byłoby to tragiczne. Ale to była ofiara. Ofiara to zewnętrzny wyraz zaufania do Boga: rezygnuję z części swego utrzymania, żeby symbolicznie pokazać Bogu, że liczę na Jego pomoc, że On jest dla mnie ważniejszy nad życie.

Uboga wdowa pokazała to w sposób nie symboliczny, lecz dosłowny. Oddała wszystko Bogu, bo wiedziała, że w Nim ma wszystko, a nawet jeszcze więcej. Wiedziała, że na Nim może polegać bardziej, niż na swoim ostatnim groszu. Sama z siebie nie miała i nie mogła nic, ale skoro tak, swoim zaufaniem zmuszała niejako Boga do pomocy. Albowiem Bóg, jako kochający Ojciec, wie, że potrzebujemy niezbędnych środków do życia i nikogo, kto Mu ufa, ich nie pozbawi. Podobnie postąpi tata ze swoimi dziećmi: zaopiekuje się szczególnie tym, które ma najmniej i jest najsłabsze.

Ale tu nie chodzi tylko o opiekę i pomoc Boga w sprawach doczesnych, lecz o zbawienie. Tu człowiek jest zupełnie bezsilny, bo tylko Bóg może nas zbawić. Wymaga to jednak naszego całkowitego zaufania i oddania się Bogu. Właśnie to uczyniła bohaterka dzisiejszej Ewangelii. I na pewno nie zawiodła się na Nim. Bóg nigdy nie zawiedzie tych, którzy Mu ufają i oddają swoje życie i sprawy w Jego ręce.

Oczywiście, taka ofiara i zaufanie, wymagają dużo pokory i wiary. Człowiek nie lubi zawdzięczać innym zbyt wiele. Woli raczej być niezależny i sam zapewnić sobie utrzymanie. W dziedzinie życia doczesnego jest to zdrowa tendencja, ale niestety, przenosi się ona często na zakres życia duchowego i religijnego. Człowieka ogarnia wtedy zgubna pewność siebie, która szybko przeradza się w pychę: sam sobie poradzę, nie potrzebuję niczyjej łaski, nawet Boga! Towarzyszy temu przeświadczenie o własnej doskonałości i samowystarczalności. Jej rzekome zewnętrzne wyrazy zaczyna się więc pomnażać. Tą drogą poszli faryzeusze i pewnie wielu z nas. Ale te pozory nikogo nie zbawią, a Bogu skrępują ręce.

Ks. Mariusz Pohl

 

„Całe swe utrzymanie”

W czasie wspinaczki górskiej w Himalajach dwóch alpinistów utknęło w ścianie. Gwałtowna zmiana pogody uniemożliwiła akcję ratunkową. Bezradni, czekali na wybawienie. Mieli dość czasu, by zrobić dokładny rachunek sumienia. Życie ich wisiało na włosku, wszystko zależało od wytrzymałości liny i pogody. Jeden wybiegał myślą do rodzinnego domu, gdzie czekała na niego żona i dwoje dzieci, drugi wiedział, że nikt na niego nie czekał. Był samotnym człowiekiem. I właśnie on miał ze sobą tabliczkę czekolady. Jedyny pokarm, jaki posiadali. Drugi nie miał nic. Pod koniec dnia właściciel czekolady postanowił podać połowę tabliczki koledze. Sam udał, że je, a w rzeczywistości swoją połowę zostawił na jutro. W drugim dniu wieczorem połamał tę połowę i część podał koledze. Sam nie wziął nic do ust. W trzecim dniu oddał mu resztę. Wyszedł z założenia, że kolega jako mąż i ojciec winien mieć większą szansę przeżycia tej przygody. On, skoro nikt na niego nie czeka, może umrzeć. Czwartego dnia pogoda się poprawiła i koledzy dotarli do nich niosąc ratunek. Wrócili z wyprawy szczęśliwie. Ale ten, który oddał swą czekoladę koledze, wrócił inny. Odkrył, na czym polega tajemnica dobroci. Zawsze mu się wydawało, że dobroć polega na przekazaniu innym tego, co mamy w nadmiarze. Teraz odkrył, że dobroć polega na podzieleniu się ostatnią kromką chleba. To jest troska o cudze dobro wyrażona w geście ofiary, w oddaniu tego, co człowiek potrzebuje. Trzeba przekroczyć granice własnej miłości i objąć troską drugiego. Taki gest świadczy o wielkości człowieka.

Tę właśnie postawę pochwala Jezus, gdy zwraca uwagę Apostołom na ubogą wdowę, która wrzuciła do świątynnej skarbony dwa pieniążki. „Wrzuciła najwięcej ze wszystkich, którzy kładli do skarbony. Wszyscy bowiem wrzucali z tego, co im zbywało; ona zaś ze swego niedostatku wrzuciła wszystko, co miała, całe swe utrzymanie”. Przekroczyła dla Boga granicę swej miłości własnej. Ponieważ uczyniła to dla Boga, wyraziła w tym geście całą swoją miłość. Została bez środków do życia, oddała Bogu wszystko.

Przy naszym wyrachowanym myśleniu, wielu taką kobietę uznałoby za nieroztropną. My bowiem widzimy w jej dłoni pieniądz i jej pusty żołądek, a nie dostrzegamy serca. Bóg zaś spogląda w serce i zna wielkość czynu, w którym człowiek potrafi przekroczyć bariery miłości własnej. Bóg raduje się ze wzrostu serca. Wspomniany na początku alpinista z perspektywy czasu odkrył, że groźna sytuacja, w jakiej się znalazł, była tylko narzędziem w ręku Boga dla ułatwienia mu odkrycia tajemnicy dobroci. Dostrzegł, że dla ludzkiego serca nawet sprawiedliwość jest za mała. Ono rośnie dopiero wówczas, gdy zdobywa się na gesty bezinteresownej dobroci. Sprawiedliwość jest wyrachowana, utrzymuje człowieka w świecie liczb, dopiero bezinteresowna dobroć daje sercu prawdziwą wolność.

Spotykając ewangeliczną wdowę należy postawić dwa pytania: Ile rzeczy moglibyśmy oddać z tego, co nam zbywa? Do życia nie potrzeba za wiele. W jakiej sytuacji potrafimy podzielić się z innymi tym, co jest naszym utrzymaniem?

Ewangelia zdumiewająca jest ze względu na zawartą w niej wielkość skali różnorodnych sytuacji, w jakich może znaleźć się człowiek. Trzeba spokojnie usiąść z Jezusem obok skarbony świątynnej i wysłuchać Jego pouczenia o ubogiej wdowie. Jest to świetny wykład na temat przeciwległego bieguna materializmu. Trzeba z wdową i jej groszem zestawić pouczenie Jezusa o wielbłądzie i uchu igielnym. Dwa bieguny tej samej rzeczywistości. Młodzieniec odszedł od Jezusa smutny, bo miał majątku wiele, a serce niezdolne do przekroczenia bariery miłości własnej. Uboga wdowa odeszła ze świątyni głodna, lecz z sercem bogatszym niż cała świątynna skarbona. To nie przypowieść, to konkretny człowiek, uboga wdowa objawiająca wolność od jakiejkolwiek formy materializmu. W Ewangelii doskonalszy w ubóstwie od niej jest tylko Chrystus, oddający przed ukrzyżowaniem swą szatę.

Ewangelia mówi o konkretnych sytuacjach, o ludziach, którzy realizowali ideał życia religijnego i sięgali po szczyty dojrzałości człowieka. Uboga wdowa to żywy komentarz do wszystkich wypowiedzi Jezusa na temat ubóstwa i wolności ludzkiego serca od dóbr tego świata.

Ks. Edward Staniek

 

„... a potem sąd”

„Postanowione ludziom raz umrzeć, a potem sąd”. Słowa Listu do Hebrajczyków. Dwie prawdy, jedna doświadczalnie sprawdzalna, druga objawiona, dostępna dla wierzących. Śmierć nasza jest oczywistością. Nic nie jest bardziej pewne na tej ziemi niż to, że każdy z nas ją opuści wchodząc w bramę śmierci. Tego nie trzeba dowodzić. Paradoks jednak polega na tym, że ta najpewniejsza prawda posiada niezwykle mały wpływ na nasze codzienne życie. Prawie nikt nie liczy się ze śmiercią. Programując życie, niewielu bierze pod uwagę możliwość śmierci. Pojawia się ona, i to raczej sporadycznie, u ludzi ciężko chorych lub wyraźnie tracących siły w swej starości. Tymczasem człowiek winien zawsze mieć na uwadze swoje odejście. Świadomość tego faktu winna kształtować wszystko. Tego domaga się mądrość.

Tu nie chodzi o to, by nie planować swej przyszłości, by nie podejmować działań rozłożonych na dziesiątki lat. Człowiek winien mieć jasny program wybiegający poza osiemdziesiąt lat jego życia na ziemi. Realizacja tego programu winna jednak być tak ustawiona, że w każdej godzinie może być przerwana lub przekazana innym. Mądry człowiek nie może być zaskoczony swą śmiercią, nie może się dziwić, że nadeszła ona tak szybko, że nie zdążył się do niej przygotować.

Druga prawda, dostępna dla ludzi wierzących, dotyczy sądu, czyli wzięcia pełnej odpowiedzialności za całość swego życia na ziemi. Za czyny, słowa, nawet wewnętrzne decyzje. Chodzi tu zresztą nie tylko o to, co się stało, lecz o rozliczenie z możliwości. Bóg każdemu daje odpowiednią ilość darów i czeka na ich twórcze wykorzystanie, na ich pomnożenie.

Duża część ludzi na sądzie będzie najbardziej zaskoczona odkryciem zmarnowanych możliwości, jakimi dysponowali w życiu. Samo rozliczenie ze zmarnowanego czasu może już niejednego przyprawić o zawrót głowy. Spoglądam na siedzących w pociągu pasażerów, dwie trzecie jedzie, bezmyślnie tracąc czas. Niektórzy czytają książki, prasę. Jeden uczy się obcego języka słuchając taśmy przez założone słuchawki, kobieta robi na drutach szalik. Reszta traci czas na pustą gadaninę lub drzemie. Może wśród nich ktoś zmęczony odpoczywa, trzy twarze w wagonie zdradzają takie zmęczenie, oni wykorzystują godzinę jazdy na odpoczynek. A ile czasu tracą ludzie w pracy? Ile w domu gapiąc się w ekran telewizora...? Czas to nie jedyna możliwość, z której Bóg nas skrupulatnie rozliczy, do nich należą zdolności, siły fizyczne, duchowe...

Czekające nas rozliczenie winno nas mobilizować do twórczego przeżycia każdego dnia. Czy można się do tego rozliczenia odpowiednio przygotować? To pytanie, postawione w gronie kilkunastu młodych ludzi z dużą inicjatywą, znalazło bardzo szybko trafną odpowiedź. Jeden z nich prowadzi sklep. Każdego dnia ponad godzinę przeznacza na dokładne komputerowe rozliczenie towarów, które zostały sprzedane i nabyte. Musi w ten sposób kontrolować swe działanie i możliwie szybko poprawiać błędy, by coraz lepiej programować dzień jutrzejszy. To rozliczenie zmusiło go do robienia podobnego rozliczenia z minionego dnia przed Bogiem: moje kłamstwa, nieuczciwości, obowiązki ojca i męża, moja modlitwa. Dopiero tak podsumowany dzień pozwala spokojnie zasnąć. Tak, nie tylko zasnąć, lecz i umrzeć. Sąd wówczas nie będzie żadnym zaskoczeniem. Do dobrze prowadzonego sklepu może wtargnąć niespodziewana komisja, jej kontroli nie należy się obawiać. Podobnie i dobrze prowadzone życie, rozliczane każdego dnia wieczorem, może być zamknięte i skontrolowane przez Boga o każdej porze dnia i nocy.

Ks. Edward Staniek

 

Panie, spraw, abym płakał z tymi, którzy plączą (Rz 12, 15)

W dzisiejszych czytaniach widzimy dwie postacie kobiece, dwie biedne wdowy odznaczające się wiarą i wielkodusznością. Pierwsze czytanie (1 Krl 17, 10-16) mówi o niewieście z Sarepty, doprowadzonej do nędzy wskutek posuchy i nieurodzaju. A jednak na żądanie proroka Eliasza nie tylko podaje mu wodę do picia, lecz także chleb upieczony z ostatniej garści mąki. Miała zaspokoić nim głód własny i swojego syna. „Zjemy to, a potem pomrzemy” (tamże 12), powiedziała niewiasta przedstawiając swoje dramatyczne położenie. Jednak poganka okazuje zadziwiającą wiarę w słowa proroka zapewniającego ją w imieniu Boga izraelskiego: „Dzban mąki nie wyczerpie się i baryłka oliwy nie opróżni się aż do dnia, w którym Pan spuści deszcz na ziemię” (tamże 14). Dzięki tej obietnicy oddaje swój chleb. Chleb to niemała rzecz, kiedy stanowi jedyny ratunek, po prostu wszystko. Aby go oddać innym, potrzeba niezwykłej wielkoduszności.

Podobny czyn zapisała Ewangelia (Mk 12, 38-44). Jezus, patrząc na ludzi rzucających pieniądze do skarbony w świątyni zauważył, że między bogaczy, którzy „rzucali wiele”, wmieszała się pewna wdowa i wrzuciła „dwa pieniążki” (tamże 42), Nikt tego nie zauważył, lecz Jezus wskazując ją uczniom powiedział: „Ta uboga wdowa wrzuciła najwięcej ze wszystkich. Wszyscy bowiem wrzucali z tego, co im zbywało, ona zaś ze swego niedostatku wrzuciła wszystko, co miała, całe swe utrzymanie” (tamże 43-44). Bóg nie patrzy na jakość daru, lecz na serce i na usposobienie tego, kto dar składa. Wdowa, która z miłości ku Niemu pozbawia się wszystkiego, co ma, daje o wiele więcej niż bogaci. Oni bowiem składają wielkie sumy nie umniejszając zgoła swoich zasobów. Jej czyn można wyjaśnić jedynie ogromną wiarą, jeszcze większą niż wiara niewiasty z Sarepty, nie opierała się bowiem na obietnicy proroka, lecz jedynie na Bogu, i działała bez żadnej innej pobudki prócz tej jednej: służenia Mu całym sercem.

Takie postępowanie jest jawnym przeciwieństwem postępowania faryzeuszów i uczonych w prawie, których Jezus przed chwilą potępił: „Objadają domy wdów i dla pozoru odprawiają długie modlitwy” (tamże 40). Uczynili religię podnóżkiem własnych ambicji i zamiast popierać sprawę słabych i bezbronnych, korzystają ze swego autorytetu i nauki, by grabić ich dobra. Warto się nad tym zastanowić. Jeśli człowiek nie jest do głębi prawy i szczery, może dojść do tego, że będzie posługiwał się religią dla własnych samolubnych interesów. Prawdziwa religia polega na tym, by służyć Bogu w czystości serca, czcić Go „w Duchu i prawdzie” (J 4, 24), łącząc z modlitwą dar z siebie samego — aż po ofiarowanie dla Niego ostatniego grosza. To także służyć Bogu miłością bliźniego, która nie mierzy tego, co daje, i nie daje tylko tego, co nam zbywa, lecz troszczy się o potrzeby bliźniego. Jałmużna nie jest wyrazem miłości chrześcijańskiej, jeśli nie jest darem siebie, on zaś jest niemożliwy bez ofiary, bez wyrzeczenia, bez odmówienia czegoś sobie samemu. Miłość chrześcijańska to płakać z tymi, którzy płaczą (Rz 12, 15), to dzielić z ubogim jego los, jego braki, a w ciężkim położeniu także głód. Tak właśnie postąpiła wdowa z Sarepty dając swój ostatni chleb, czy też wdowa żydowska ofiarowując swoje mienie.

Najwyższym wzorem jest jednak zawsze Jezus, który przyszedł na świat oddać życie za ludzi, „na zgładzenie grzechów przez ofiarę z samego siebie” (II czytanie: Hbr 9, 24-28). Chrześcijanin zbawiony przez tę ofiarę powinien uczestniczyć w niej przez dar z siebie na doczesne i wieczne zbawienie braci.

O. Gabriel od św. Marii Magdaleny, karmelita bosy
Żyć Bogiem, t. III, str. 429

 

 

» Przypominamy o możliwości bezpłatnej elektronicznej prenumeraty „Czytań na każdy dzień” – szczegóły na stronie Prenumerata.

» Powrót na stronę główną „Czytań”

 

 

© 1996–2009 www.mateusz.pl