|
| MACIEJ TABOR Był z nami Ojciec
|
|
Przez trzynaście czerwcowych dni mogliśmy być blisko największego Człowieka naszych czasów: środki przekazu przemówiły bardziej ludzkim głosem, a pierwsze miejsca w serwisach informacyjnych przestały zajmować doniesienia o sporach koalicji z opozycją, prawicy z lewicą, masakrach i katastrofach. Okazało się, że potrafimy być spontaniczni, życzliwi i wyrozumiali dla siebie nawzajem. A kiedy Ojciec Święty odlatywał do Rzymu, zrobiło się jakoś pusto — dobrze było mieć Go u siebie. |
|
To była pod wieloma względami wyjątkowa pielgrzymka: najdłuższa i najbardziej intensywna z dotychczasowych, najbardziej wszechstronnie relacjonowana, pełna niespodzianek. Ojciec Święty nauczał o tym, co ważne dla Polski, ale zwracał się do społeczeństwa, które znajduje swoje miejsce w rodzinie wolnych narodów europejskich. Zachęcał do tego, byśmy stawali się bardziej dojrzali, lecz zarazem mówił w niezwykle prosty sposób, odwołując się do podstawowych prawd Ewangelii i wracając do źródła: „Bóg jest miłością”. Była to także swoista „podróż sentymentalna” do ojczyzny i do miejsc bliskich Karolowi Wojtyle: mazurskie jeziora, na których kiedyś, podczas spływu kajakowego zastała go wiadomość o tym, że zostanie biskupem (to właśnie dlatego Papież tak lubi piosenkę „Pan kiedyś stanął na brzegu...”), Radzymin, Wawel, grób rodziców, góry, no i oczywiście rodzinne Wadowice. Ten Człowiek naprawdę jest Pasterzem, czytelnym świadkiem Boga. Dla kogo innego półtora miliona ludzi stałoby przez pół dnia w deszczu jak na krakowskich błoniach? Z kim innym kilkaset tysięcy jednoczyłoby się w modlitwie, wiedząc, jak w Gliwicach, że nie przyleci na zaplanowane nieszpory? I dla kogo pół miliona Ślązaków zebrałoby się w kilka godzin, by uczestniczyć w spotkaniu, które miało trwać zaledwie kilkanaście minut? Dzieci, młodzi, starzy — razem się cieszyli, słuchali w skupieniu i modlili, wzruszali, klaskali i skandowali, wyciągali szyje, żeby zobaczyć choćby dach papamobila. |
|
Nasz Ojciec Święty z trudem się porusza, czasem uciążliwe jest dla niego samo mówienie, nie jest w stanie opanować drżenia ręki, skaleczył się upadając, cierpi pewnie więcej niż nam wiadomo — Jego zewnętrzny wizerunek nijak nie pasuje do współczesnego świata zafascynowanego sprawnością, urodą, zdrowiem, młodością, wydepilowanego, sterylnego i pachnącego, skłonnego traktować chorych i niedołężnych jak zbędny balast w szalonej pogoni za sukcesem. Nieraz łapiemy się na tym, że podświadomie żal nam, że Papież już nie wygląda i nie porusza się tak jak dwadzieścia lat temu, kiedy pełen werwy, mocnym i wyraźnym głosem wygłaszał na stojąco długie homilie — jakbyśmy wstydzili się za Niego, za tę Jego niezgrabność w ruchach i chorobę. Ale On właśnie w ten sposób zaświadcza, co w ludzkim życiu jest tylko pozorem, a w czym kryje się prawdziwa wartość człowieka; przypomina o rzeszy słabych, chorych i odrzuconych, których często wspomina i z którymi jednoczy się w cierpieniu; jest znakiem sprzeciwu. „Dobry Pasterz daje życie swoje za owce...” — nasz Ojciec Święty w sposób coraz doskonalszy i coraz bardziej dosłowny naśladuje Mistrza. Przy tym wszystkim wciąż zaskakuje błyskotliwością intelektu, pamięcią, refleksem, figlarnym humorem (któżby podejrzewał Papieża o wymyślenie zawołania „Niech żyje łupież”), bezpośredniością, autoironiczną szczerością i spontanicznością (ciągle mam przed oczyma, jak nie potrafi powstrzymać wybuchu śmiechu, mówiąc o wadowickich kremówkach lub jak macha ręką na ceremoniarza usiłującego przypomnieć Mu o obowiązku koronacji obrazu, jak zagaduje gwarą do Ślązaków). Dobrze było mieć u siebie Papieża, a że apetyt rośnie w miarę jedzenia, już teraz z nadzieją czekamy na następne odwiedziny. Daj Mu Boże zdrowie i długie życie — „...i zdrowia, i szczęścia, i błogosławieństwa przez ręce Maryi” — jak śpiewali w Zamościu i w Starym Sączu. Maciej Tabor |
|
|
|