Uwierzyć w Kościół
C Z Ę Ś Ć   I :   T A J E M N I C A   KO Ś C I O Ł A
5. CHRYSTUS ZAKŁADA KOŚCIÓŁ

 

 

W naszej refleksji nad wizją Kościoła ukazałem charakter wspólnotowy Kościoła zakładanego przez Chrystusa, a następnie dwie jego wizje: jedna -- Ludu Bożego wędrującego przez pustynię i druga -- Królestwa Bożego.

Dziś zatrzymamy się nad samym założeniem Kościoła przez Jezusa Chrystusa. Miało to miejsce w czasie Jego publicznej działalności, a więc od chrztu w Jordanie aż do Zesłania Ducha Świętego. Pan Jezus przepowiadając gromadził wokół siebie tłumy. Stosunkowo szybko z tych tłumów wybrał duże grono uczniów. Św. Łukasz mówi, że zorganizował trzydzieści sześć dwuosobowych ekip misyjnych. Odpowiednio ich przeszkolił, podał szczegółową instrukcję i wysłał przed sobą, aby przygotowywali teren dla Jego rekolekcji, które prowadził obchodząc wioski i miasta. Już w tym dziele widzimy, że Chrystus organizował pewną wspólnotę, że była ona nastawiona misyjnie. Chodzi o wspólnotę ludzi świeckich, ale dobrze zorganizowaną.

Szczególne znaczenie nadał Chrystus niewielkiej grupie Dwunastu Apostołów, których wybrał, stawiając przed nimi bardzo wielkie wymagania. Im każe opuścić dom, rodzinę i pójść za Nim. Odpowiedzieli na to. Nie byli to bynajmniej wielcy bohaterzy. Byli wśród nich tacy jak Jan, który szukał wielkiego Mistrza i wcześniej przebywał u Jana Chrzciela, ale byli też i ludzie nie szukający jakiegoś głębszego życia religijnego. Takim człowiekiem był między innymi Piotr. Odejdź ode mnie, Panie, bom jest człowiek grzeszny. W tych słowach Piotr wyraził postawę człowieka, który wcale nie palił się do jakiegoś głębszego życia religijnego. Był Judasz, który nigdy nie zachwycił się ewangeliczną drogą i myślał o Królestwie Bożym w kategoriach politycznych, a jednak znalazł się w gronie Dwunastu. Byli to ludzie prości, nie było wśród nich uczonych w Piśmie ani przedstawicieli arystokracji, ani -- mówiąc dzisiejszym językiem -- inteligencji. To trzeba zobaczyć. Jezus nie szukał geniuszy, zebrał garść prostych ludzi i wychowywał ich ponad dwa lata do wiary i do miłości. Trzeba to dobrze rozważyć, bo w tej niewielkiej grupie (72 + 12 = 84) osoby jest zakodowana cała tajemnica Kościoła.

Jezus wychowywał uczniów do wiary, ponieważ chciał, aby oni podjęli głoszenie Królestwa współpracując z Bogiem. Ten, kto nie uwzględnia wiary, ocenia wszystko według ludzkich możliwości; natomiast ten, kto żyje według wiary, wprawdzie oblicza dokładnie swoje możliwości, ale zostawia również przestrzeń potrzebną dla działania Boga. Chrystus uczył tej wiary, tego Boskiego obliczania. Czasami były to bardzo bolesne lekcje.

Jezus uczył uczniów również wzajemnej miłości: wprowadzi ich aż do Wieczernika, umyje im nogi i ogłosi nowe przykazanie, aby się wzajemnie miłowali. Uczył ich. Czy nauczył? Wielki Piątek ukazał, że nie zdali egzaminu ani z wiary, ani z miłości. Jedynie Jan podszedł do krzyża. Wszyscy się załamali i zwątpili. Nie udało się dzieło Jezusowi, tak jak byśmy chcieli. Czy umieli kochać? Wydarzenia Wielkiego Tygodnia ukazały, że nie opanowali i tej sztuki, wtedy nie umieli jeszcze kochać. Ale po tej linii szedł pedagogiczny wysiłek Jezusa Chrystusa. Chciał wychować Dwunastu Apostołów w wierze i miłości.

Jezus pragnął, aby byli Jego świadkami. Z tej racji musieli być obecni we wszystkich ważniejszych wydarzeniach od chrztu w Jordanie aż po Jego wniebowstąpienie. To był drugi, ważny warunek. Oni bowiem mieli opowiadać o Jego życiu, męce, śmierci i zmartwychwstaniu. Tym Dwunastu Mistrz podawał szczegółowe wyjaśnienia wszystkich przypowieści, czyli kształcił ich jako przyszłych nauczycieli. Wśród tych Dwunastu szczególne zadanie wyznaczył Piotrowi. Ciekawe, że nie Janowi, który był najlepiej do tego przygotowany, bo miał już za sobą szkołę ascezy u Jana Chrzciciela. Wybiera Piotra, który takiej szkoły nie miał, trudnił się łowieniem ryb. Właśnie na nim, na człowieku, który w sytuacji trudnej się załamał, na nim Bóg postanawia budować swój Kościół. Odpowiedzialnym za losy Kościoła czyni człowieka, który przejawia słabość, który się Go zaparł. To również cecha zakodowana w Kościele, którą trzeba mieć na uwadze, śledząc dzieje Kościoła i słabość jego przełożonych.

Kościół był kształtowany przez Chrystusa, tak mniej więcej jak w opisie biblijnym Bóg kształtuje z ziemi ciało człowieka. I wtedy, kiedy to ciało było ukształtowane, tchnął weń ducha, wówczas powstał człowiek. Chrystus trudził się nad ukształtowaniem wspólnoty, która liczyła około sto dwadzieścia osób. Taka wspólnota znajdowała się w Wieczerniku w czasie zesłania Ducha Świętego. Było to przygotowane i ukształtowane przez Chrystusa Ciało Kościoła. W to Ciało Ojciec tchnął swojego Ducha i ono ożyło. Oto biblijny obraz.

Chrystus żył ponad trzydzieści lat na ziemi, nie ujawniając mocy cudotwórczej. Był zwykłym mieszkańcem Nazaretu, niczym się nie wyróżniał, nikt nie zwracał na Niego specjalnej uwagi. Nadszedł dzień chrztu w Jordanie. Na Chrystusa zstąpił Duch Święty i natychmiast objawiła się Jego Boska moc. Podobnie było z Kościołem. Ludzki wymiar był przygotowany, a w momencie zstąpienia Ducha Świętego Kościół -- wypełniony Jego mocą -- rozpoczyna swe działanie.

Jeśli chodzi o konsekwencje, które wynikają z tego, że sam Chrystus zakładał Kościół, zwracam uwagę na trzy:

Po pierwsze: Element instytucjonalny w Kościele jest dziełem Boga. Materiał jest ludzki, ale budowla z tego materiału jest wzniesiona przez samego Boga i dlatego nie wolno instytucji kościelnej lekceważyć. Zarys tej budowli jest zawarty w pełni w tekstach Nowego Testamentu i perspektywa rozwoju Kościoła musi się liczyć z tym Boskim zamysłem.

Po drugie: Kościół to nie tylko hierarchia, to wspólnota wierzących. My najczęściej uważamy, że Kościół to papież, biskupi i księża. Tymczasem Kościół to cała wspólnota. Nawiązując do obrazu ciała, którym posługuje się św. Paweł, można powiedzieć, że jest to mniej więcej tak jak z układem nerwowym. Układ nerwowy Kościoła to hierarchia, cały człowiek to Kościół. Nie można powiedzieć, że układ nerwowy to człowiek. On odgrywa ważną rolę, ale nie można powiedzieć, że to jest człowiek. Podobnie hierarchia to nie Kościół. Ona odgrywa ważną rolę, ale nie jest Kościołem. Chrystus został przez św. Pawła porównany do Głowy Ciała, którym jest Kościół. Decyzje z Głowy płyną do Ciała przez układ nerwowy.

Nie wolno Kościoła sprowadzić tylko do duchowieństwa, my wszyscy jesteśmy Kościołem. Układ nerwowy jest częścią organizmu i temu organizmowi służy, ale i wzajemnie, organizm służy układowi. Dostrzegamy sytuacje, w których nie umiemy współpracować z sobą. Najczęściej za dużo odpowiedzialności składamy w ręce duchowieństwa, podczas gdy ta odpowiedzialność jest wspólna. Człowiek nie musi się rozkładać od systemu nerwowego, zdarza się, że ulega zniszczeniu przewód pokarmowy, za nim w sposób nieunikniony umiera też system nerwowy. Tak samo jest w Kościele. Zdarza się, że brak współpracy świeckich i duchowieństwa przekreślił całe dzieło Kościoła, którego oczekuje od nas Bóg. Na Soborze Watykańskim II przypomniano o potrzebie wspólnej odpowiedzialności świeckich i duchownych za Kościół. W świadomości świeckich jest to jeszcze wciąż nieobecne. Kościół to my. Wszyscy jesteśmy za niego odpowiedzialni. Kościół to wspólnota obejmująca wszystkich ludzi wierzących w Chrystusa.

Po trzecie: Zbawienie dokonuje się tylko w Kościele, w tej instytucji, którą założył Bóg. Tak On zdecydował. Nie da się więc powiedzieć, że Kościół jest mi niepotrzebny. Bóg sam na ziemi zorganizował Kościół i w nim zamieszkał Duch Święty. Ktokolwiek chce się zbawić, musi należeć do Ciała, którym posługuje się Duch Święty. Tak jak Ciało Chrystusa zostało po zmartwychwstaniu przemienione i wzniesione do nieba, tak samo to Ciało, jakim jest Kościół, zostanie przemienione i będzie uczestniczyło w szczęściu wiecznym. Mówię to dlatego, że wielu uważa, że można Kościół zostawić na boku, a nawiązać kontakt z Chrystusem indywidualnie.

Sam Bóg zdecydował, że tylko w Kościele jest źródło wody Życia. Kto chce z niego czerpać, musi wejść do Kościoła. To nie może być związek czysto zewnętrzny. Chodzi o taki związek, jaki posiada człowiek, który umiera z pragnienia na pustyni. On jest połączony ze źródłem, do którego tęskni, on wie, że w tym źródle jest jego ocalenie. On może umrzeć, ale pragnieniem jest połączony z tym źródłem. Buddysta, wyznawca Allacha, konfucjonista, jeśli pragnie tej wody Życia, jest połączony z Kościołem i w sposób duchowy do niego należy, nawet wtedy, gdy o Kościele nic nie wie. Przynajmniej takie połączenie być musi. Tak zadecydował Bóg. Jezus Chrystus wykopał studnię, ocembrował i ogłosił światu, tu jest woda Życia wiecznego. Kto chce, niech podejdzie i pije.

Oto trzy doniosłe konsekwencje wynikające z faktu, że sam Jezus Chrystus, Syn Boży, stworzył na ziemi wspólnotę, wypełnił ją swoim Duchem i zadecydował, by rozrosła się, ogarniając coraz większą ilość ludzi, którzy pragną zbawienia.

Dziękujmy Bogu za przynależność do Kościoła, dziękujmy za wszystkie łaski, które w Kościele ubogacają serca nasze i naszych bliskich.

 

 

 

 

P O P R Z E D N I N A S T Ę P N Y
KOŚCIÓŁ TO KRÓLESTWO BOŻE WŁADZA PIOTRA

początek strony
(c) 1996-1998 Mateusz