Nadzieja poddawana próbom
ŁATWE PIENIĄDZE

 

Piszę ten list z nadzieją, że moje nieszczęście uchroni może kogoś przed tym, co mnie spotkało. Dla syna mojej kuzynki zawsze miałam wiele życzliwości i podziwu: chłopak obrotny, wybudował dom, wzbogacił się, zawsze grzeczny, trzeźwy, bez zarzutu. Przed dwoma laty poprosił mnie o dużą pożyczkę na bardzo korzystnych warunkach: 10% zysku miesięcznie. Nie chciało mi się wierzyć, ale zaryzykowałam, bo tak go przecież szanowałam. Kiedy zaczął mi te procenty co miesiąc przynosić, uwierzyłam mu zupełnie. Sama mu zaproponowałam, że mogę paru moich znajomych namówić do oddania mu pieniędzy na podobnych warunkach. Dziś nie chce mi się wierzyć, że to ja sama byłam taka głupia. Już Ksiądz na pewno się domyśla, jak to się skończyło. Straciłam wszystko -- nie tylko cały swój majątek, ale najlepszych moich przyjaciół, a zanim zostałam przez nich wyklęta, ukrywałam się przed nimi jak najgorsza zbrodniarka. Ten gagatek oszukał nas wszystkich. W końcu wdał się w hazard (może próbował się w ten sposób uratować) i nie tylko, że nie ma już nic, ale chyba już nigdy z tego nie wyjdzie, bo długi jego nie idą już nawet w setki milionów, ale w miliardy.

Przepraszam za szczerość, ale nie wierzę, że Pani działała z czystym sumieniem. Kto udziela pożyczki z myślą o 120% zysku w skali rocznej, nie może nie domyślać się, że ma do czynienia albo z oszustem, albo z nieszczęśnikiem, który rozpaczliwie i niemądrze broni się przed zatonięciem. Otóż zarówno współudział w oszustwie, jak żerowanie na cudzej biedzie zasługują na moralną naganę.

Trochę może usprawiedliwiać Panią to, że w nas wszystkich zatarła się świadomość ścisłego związku między pracą i jej pożytkiem społecznym a osiąganym z niej zyskiem. Mimo wszystko uważam, że wina Pani była może nawet większa niż Pani krewniaka. Z listu Pani można się domyślić, że nie oszukał on rozmyślnie. Było raczej tak, że znalazłszy się w obliczu bankructwa, lekkomyślnie i nierealnie obliczył sobie, że uda mu się przeskoczyć przepaść, nad którą się znalazł. Przepraszam za słowa prawdy, ale muszę to powiedzieć: Pani chciwość i bezmyślność przyczyniły się do tego, że jego upadek stał się jeszcze głębszy.

Zło lichwy szczególnie trafnie odsłania biblijna etymologia tego wyrazu. Hebrajskie nechoch pochodzi od: "kąsać", "gryźć". Lichwiarz to ktoś, kto kąsa i gryzie biedaka lub innego nieszczęśnika, który znalazł się w kłopotach. W czasach nowożytnych, kiedy wyraźnie uświadomiono sobie różnicę między kredytem inwestycyjnym i konsumpcyjnym, ta etymologia pomogła do zrozumienia różnicy pomiędzy pobieraniem procentu uprawnionego a lichwą. Otóż nie można mieć najmniejszej wątpliwości co do tego, że pobieranie 120% zysku to jest potwornie wysoka lichwa. Dobrze, że Pani na tym straciła, a nie zyskała, bo przynajmniej nie musi sobie Pani wyrzucać, że wzbogaciła się na czyjejś krzywdzie. A ze wstydu i nieprzyjemności, jakich sobie Pani napytała, może chociaż tyle dobra wyniknie, że ktoś inny takich błędów nie popełni -- to Pani pragnienie jest chyba jedynym jasnym punktem w Pani liście.

Przypatrzmy się teraz winie Pani krewniaka -- nie po to, żeby go sądzić i potępiać, ale żeby wyraźnie uświadomić sobie, czego czynić się nie godzi. Zaryzykował on cudzym majątkiem i reputacją własnej ciotki. Jest to zwyczajny, i to ciężki, brak odpowiedzialności. Co prawda, ciężko za to zapłacił, bo gdyby do tego się nie posunął, może utraciłby wszystko, ale przynajmniej nie miałby tych miliardowych długów. A przy okazji jeszcze tyle zła się narobiło.

Dopełnieniem miary nieodpowiedzialności było szukanie wyjścia z tarapatów w hazardzie. Biorąc pożyczki od ciotki i jej znajomych, mógł jeszcze magicznie wierzyć w swoje szczęście. Licząc jednak na wygraną w ruletce, musiał zdawać sobie sprawę z tego, ile namiętności się tam rozpala i ile ludzkiego nieszczęścia się tam dzieje. Przypuśćmy nawet, że wygrałby tam wielkie pieniądze. Jednak, ratując się tymi pieniędzmi, przecież dobrze by wiedział, że stoją za nimi czyjeś bankructwa, katastrofy całych rodzin, a może nawet jakieś zbrodnie lub samobójstwa. Jak słusznie powiada przysłowie: "Pieniądz wygrany -- od szatana dany; grosz zarobiony -- błogosławiony".

Obrońcy hazardu powiadają: "Przecież do gry ludzie przystępują dobrowolnie, zatem nikomu krzywda się nie dzieje". Nie oszukujmy się. Również ci, którzy tak mówią, dobrze wiedzą, że to nieprawda. Dobrze wiedzą o tym, że hazardziści nie są ludźmi wolnymi, że do kasyna pędzi ich namiętność.

Jakże zresztą grzeszność ludzka jest niezmienna! Przeczytajmy na przykład, co na temat poniżenia człowieka w grach hazardowych pisał anonimowy biskup z III wieku, a więc jeszcze z czasów Kościoła prześladowanego. Jest to cytat z dziełka pt. Przeciw hazardzistom (Adversus aleatores, 9): "Zaślepiły ich ciemności szatana, okładają się nawzajem kułakami, złorzeczą, zaklinają się i na oczach obecnych hańbą okrywają pochodzenie rodziców. Łoskot kostek dochodzi aż na ulicę. Nieszczęśnik śpieszy się do utraty odziedziczonego majątku i nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, jak sam siebie krzywdzi. Na domiar złego, im częściej daje się zwyciężyć grze w kości, tym większego jeszcze animuszu nabiera (za podszeptem szatana) do tej zgubnej gry. O gro, niosąca ruinę dla tych, co ją uprawiają! O namiętna zabawo, przynosząca nie bogactwo, lecz nagość i niedostatek! O ręko samobójcza, o ręko występna, która po wygranej nie ustaje, ale i po stratach od gry nie odstępuje!"

Zwróćmy uwagę na ostatnie zdanie tej wypowiedzi. Wskazuje ono na doskonałość pułapki, w jaką wpada człowiek, przystępujący do gry hazardowej. Niezależnie od tego, czy na początku wygra czy przegra, jedno i drugie wciąga go do dalszej gry. Jeśli wygra, rozpala go chęć wygrania jeszcze więcej. A nie daj Boże, jeśli wygra drugi raz i trzeci; wtedy uwierzy w swoje szczęście, aż wreszcie stanie się następnym dowodem na prawdziwość przysłowia, że "kto na początku wygrywa, na końcu nie ma co postawić".

Jeszcze głupszej iluzji ulega hazardzista, który przegrywa. Niby to logiczne, bo powołując się na prawo prawdopodobieństwa, wmawia on sobie, że przecież w końcu szczęście musi się do niego uśmiechnąć. Namiętność podsuwa mu jeszcze argument "moralny": że wcale mu nie chodzi o wygraną, ale tylko o to, ażeby odzyskać swoje. Kiedy odzyska swoje, on wyjdzie z kasyna. A przecież on swoje już stracił, a teraz, gdyby nawet wygrał, to wzięłoby się z przegranej kogoś następnego. Zatem nie odzyska swego, nawet gdyby wygrał. Zapewne jednak przegra jeszcze więcej. Stosownie do mądrego przysłowia: "Kto się odgrywa, to nic nie ma".

A już szczególnie współczuję właścicielom gier hazardowych. Być współwinnym tylu ludzkich upadków, nieszczęść, rozpaczy -- sytuacja doprawdy nie do pozazdroszczenia!

 

Nadzieja poddawana próbom: spis treści

 

 

 


początek strony
(c) 1996-1998 Mateusz