www.mateusz.pl/list

RAFAŁ SKIBIŃSKI OP

Kiedy człowiek podejmuje walkę
czyli o działaniu we wspólnocie

Fragmenty tekstu

 



Artykuł pochodzi z numeru 7/2003 miesięcznika List (www.list.media.pl)

Działanie jest wartością

Jesteśmy ludźmi, w naszej naturze jest to, że działamy. Spróbujmy zrozumieć, w jaki sposób działamy, pochylmy się nad tym problemem – sprawa wcale nie jest prosta.

Zrozumienie działania pojedynczego człowieka jest konieczne do prawidłowej interpretacji działania wspólnego. Nie na odwrót!

Nie można najpierw analizować i określać działań wspólnych, a dopiero potem ustalać, jak powinno wyglądać działanie pojedynczego człowieka.

Pierwszą rzeczą, którą przypomina Karol Wojtyła w swojej książce „Osoba i czyn”2 (będę się dzisiaj na niej trochę opierał) jest to, że działanie jest wartością. Wartością jest już samo to, że „człowiek działa”, że może coś zrobić, że w ogóle coś czyni. Zanim zaczniemy oceniać jego działanie, już jest się na czym oprzeć. W działaniu człowiek skupia wszystkie swoje siły, dzięki temu następuje jego integracja psychiczna (somatyczna, jeśli chodzi o ciało). Wartość czynu, wartość działania jest osobowa (personalistyczna). W czynie ujawnia się wnętrze osoby – spełnienie czynu jest spełnieniem, wypełnieniem się człowieka. Przypomnijmy słowa Chrystusa: Wykonało się. Dopiero na tym spełnieniu czynu zasadza się, zakorzenia się cała etyka, czyli pytanie o dobro i zło.

Patrzmy zatem uważnie na to maleństwo gdzieś na początku, tam, gdzie inni widzą tylko kroplę: wartością jest to, że „człowiek działa”.

Nie jestem samotną wyspą

„Nikt nie jest samotną wyspą”, człowiek działa także z innymi. Uczestniczymy w działaniu grupy czy wspólnoty. „Człowiek działa” i dzięki temu, że realizuje coś, co wynika ze wspólnego działania, zachowuje „wartość osobową czynu” (to często używany zwrot: „wartość osobowa czynu”). Również praktyka pokazuje, że tę wartość osobową zachowujemy właśnie dlatego, że działamy z innymi. Tak to już jest, że Boża Opatrzność razem nas na ziemi postawiła. Wynika z tego dla nas bardzo ważne zobowiązanie: po pierwsze, że każdy powinien zdobywać się na działanie z innymi, a po drugie, że każda społeczność, każda wspólnota powinna tak istnieć, w taki sposób być skonstruowana, aby uczestnictwo w działaniu wspólnym było możliwe; aby pojedyncza osoba mogła się spełniać i wypełniać się (Wykonało się). Często jednak „wartość osobowa czynu”, wynikająca z tego, że „człowiek działa” i że działa we wspólnocie, jest zagrożona. Z jednej strony przez zupełny brak uczestnictwa, a z drugiej strony przez uniemożliwienie uczestnictwa.

Indywidualizm

Brak uczestnictwa to indywidualizm. Mówimy często, że Polacy są narodem indywidualistów. Indywidualizm, ten klasyczny, powiada, że jednostka stoi wyżej niż jakakolwiek grupa, społeczeństwo czy wspólnota. Jest to postawa nacechowana zachowawczością, defensywna. Człowiek skupia się wyłącznie na sobie, na swoim własnym dobru, jest jakby w odwrocie, cofa się coraz głębiej budując szańce, bo inni są dla niego zagrożeniem. W końcu cały świat staje się zagrożeniem, nie ma w nim ludzi, są tylko przeciwnicy, a nawet wrogowie. Taki człowiek może konstruować wspólnotę czy wchodzić w jej szeregi, ale tylko pod jednym warunkiem: jego uczestnictwo to umowa o zabezpieczenie. I zdarzają się takie wspólnoty, które, w gruncie rzeczy, połączone są prawem, czy raczej „przykazaniem”, ochrony siebie nawzajem. To indywidualiści związani w pęczek, bo tak łatwiej przetrwać. Ich postawa jest defensywna i tak naprawdę oznacza brak uczestnictwa we wspólnocie.

Totalizm

Z drugiej strony zdarza się uniemożliwienie uczestnictwa, czyli antyindywidualizm. Filozofowie dodaliby słówko „przedmiotowy”. Taki antyindywidualizm można określić słowem: totalizm.

Tutaj muszę zrobić pewną uwagę. Otóż w naszych rozważaniach jesteśmy nie na terenie Polski, nie na terenie społeczeństwa, nawet nie na terenie całego świata, ale na terenie ludzkiego serca. Totalizm to jest postawa. Chciałbym, żebyśmy nie podkładali słów, które znamy skądinąd, pod określone sytuacje, dobrze nam znane z życia codziennego. Spróbujmy dzisiaj „wybić się” ponad ten schemat i usłyszeć znane nam słowa jak gdyby po raz pierwszy. Może przyniosą nam nową treść, może coś nowego nam wyświetlą?

W totalizmie chodzi o to, żeby zabezpieczyć się przed jednostką. Jednostka to wróg numer jeden – wróg wspólnoty i dobra wspólnego. U podłoża totalizmu leży założenie, że człowiek (jednostka, osoba) jest niezdolny do dążeń innych niż jednostkowe. Dlatego pojedynczego człowieka trzeba zmusić do dbania o dobro wspólne. Totalizm to postawa, którą charakteryzuje brak wiary w człowieka, w szerokość jego serca. Jest to myślenie, że człowiek jest oporny, niezdolny i że mu się po prostu nie chce, dlatego trzeba go ograniczać i wymuszać na nim działania na rzecz dobra wspólnego. Innej drogi w totalizmie nie ma.

Człowiek oderwany od swojego czynu

Z jednej strony mamy więc brak uczestnictwa, z drugiej – jego uniemożliwienie. Jednak podłoże obu tych postaw jest identyczne, identyczny jest sposób myślenia o człowieku. Dlatego uciekanie od jarzma totalizmu w indywidualizm nie rokuje żadnych nadziei. Nie ma sensu również ucieczka z indywidualizmu w totalizm, bo te sytuacje w jakiś sposób się nakładają. Gdzie się nakładają? W podłożu naszych działań. Tam, w podłożu, tkwi choroba tego podstawowego elementu: „człowiek działa”. Jeśli nie ma uczestnictwa we wspólnym działaniu, nie ma szans na wspólnotę, osoba jest niejako z góry, z założenia oderwana od swojego czynu. Jej czyn traci wartość osobową. Dlatego każdy powinien zdobywać się na uczestnictwo i każda wspólnota powinna tak istnieć, żeby człowiek mógł się w niej spełniać.

Ale wróćmy do podłoża prawidłowego. Z podłoża prawidłowego – czyli w sytuacji, gdy człowiek będzie miał możliwość spełniania się w działaniu – wyrastają dwie postawy autentyczne: solidarność i sprzeciw.

Solidarność

Zanim opowiem o postawie solidarności, przypomnę jeszcze raz: poruszamy się na terenie ludzkiego serca, a więc również znanej nam wszystkim nazwy „solidarność” nie rozumiemy jako nazwy własnej związku zawodowego. Chodzi o nasze serca, o postawę wewnętrzną, duchową.

Postawa solidarności polega na stałej gotowości do przyjmowania i realizowania tej części, tego fragmentu rzeczywistości, który każdemu z nas przypada w udziale. Każdy z nas należy do jakiejś wspólnoty: rodzina bliższa czy dalsza, uczelnia, szkoła, naród, państwo, świat... Mam obowiązek przyjmowania na siebie takich ciężarów i zadań, na których wypełnienie mnie stać, ale działam nie tylko ze względu na ten obowiązek. Działam, bo tego wymaga dobro całości.

Bardzo ciekawą cechą postawy solidarności jest to, że człowiek o takiej postawie nie wpycha się na inne podwórko, powstrzymuje się od wchodzenia na teren cudzego obowiązku. Natomiast rośnie w nim wyczucie sprawy, rosną możliwości, jest coraz lepszy w tym, co robi, a więc będzie przyjmował na siebie coraz więcej obowiązków. I rośnie w nim również wyczucie tego podstawowego tętna wspólnoty, pulsu; on słyszy, jak serca biją.

Wiadomo, że czasami wypada podjąć się czegoś więcej, wziąć coś ponad to, co robi się zwykle. Człowiek o postawie solidarnej będzie dopełniał działania innych ludzi. Tak rodzi się wspólnota, tak rodzi się życie.

Rafał Skibiński OP

 

 

www.list.media.pl

 

 

© 1996–2003 www.mateusz.pl