![]() Artykuł pochodzi z numeru 9/2003 miesięcznika List (www.list.media.pl) |
Dodane przez Papieża słowa: „Tej ziemi” wstrząsnęły „tą ziemią” rzeczywiście. I cudowne krakowskie Błonia, kiedy mówił „Musicie być silni wiarą...”. Dawał się wtedy zauważyć pełen godności spokój, który był w ludziach, oraz rzeczywiste poczucie siły i tego, że jesteśmy tutaj u siebie. Komunizm polegał na tym, że Polacy nie czuli się w Polsce u siebie.
Ojcze, jaka była Polska lat 70.?
Nie mam szczególnie miłych wspomnień z tamtych lat. Wbrew temu, co dziś często się mówi, uważam, że były to najgorsze lata komunizmu.
Dlaczego?
W czasach stalinowskich były bardzo ostre prześladowania i większość ludzi miała jasną świadomość tego, czym jest komunizm, jaka jest Polska, że brak nam niepodległości. Natomiast za rządów Gierka nastąpił okres małej stabilizacji. Wówczas przy pomocy „malucha” i możliwości wyjazdu do Bułgarii przekupywano ludzi, którym wydawało się, że mieszkają w normalnym kraju. W ten sposób szybko postępowało zobojętnienie społeczeństwa.
Jaki wpływ na życie Kościoła miała sytuacja w kraju?
Życie Kościoła nie było odizolowane od życia społeczeństwa. Gdy Gierek postanowił zawiesić konfrontację z Kościołem, zaprzestano gonitwy z milicyjnymi pałami za peregrynującą po kraju kopią obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. Nawet zaczęto budować kościoły. Wydawało się, że normalniejemy. W tej „normalności” jednak ludzie zaczęli coraz bardziej popadać w gnuśność i bezmyślność. Tak było do połowy lat 70. Ludzie trochę oprzytomnieli, gdy wprowadzono kartki na cukier, zaczęto podnosić ceny żywności, nie spełniono żadnej złożonej obietnicy.
Po wydarzeniach w Radomiu, w 1976 roku, ludzie zaczęli się budzić. To przebudzenie dostrzegalne było także w Kościele. Szczególnie uprzywilejowanym miejscem był Kraków, gdzie kardynał Wojtyła doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co się dzieje. Dam konkretny przykład. W 1977 r. milicjanci zabili studenta UJ, Staszka Pyjasa. Zrodził się wówczas pomysł, żeby radosne juwenalia zamienić na uroczystości pogrzebowe, które miały nie tylko uczcić jego pamięć, ale także uświadomić wszystkim, w jakim kraju żyją. Pamiętam przerażone twarze przechodniów obserwujących studentów, którzy podczas juwenaliowej zabawy nosili czarne opaski, świadcząc w ten sposób o śmierci Pyjasa i żądając od ludzi solidarnego działania. Kilka tygodni później, podczas procesji Bożego Ciała, kardynał Wojtyła bardzo wyraźnie poparł działania młodych, mówiąc, że krakowska młodzież przypomniała o rzeczach bardzo ważnych. Mówił mniej więcej tak: „Uprzytomnijmy sobie, gdzie żyjemy, w jakim kraju”.
Niewątpliwie, w Polsce zaczął się wówczas czas budzenia społecznej świadomości. Zaczęły powstawać „latające uniwersytety”, a kardynał Wojtyła, wraz z duszpasterzami akademickimi, utworzył w Krakowie Studium Myśli Chrześcijańskiej – kościelny odpowiednik „latającego uniwersytetu”. W kościele św. Anny za tę pracę odpowiedzialny był ks. Józef Tischner, który podejmował problemy filozoficzne i światopoglądowe. W naszym dominikańskim klasztorze odbywały się wykłady z historii. Chodziło w nich przede wszystkim o przywracanie pamięci, gdyż to właśnie pamięć jest warunkiem tożsamości. Tam, gdzie człowiek traci pamięć, traci własną tożsamość. Człowiek bez pamięci nie wie, kim jest.
Czy to znaczy, że Kościół prowadził pracę duszpasterską częściowo w konspiracji?
Od połowy lat 70. zaczęto przyjmować zasadę, że jeżeli chcesz robić coś, co nie będzie podobać się władzy, musisz o tym głośno mówić. Wtedy jesteś bezpieczniejszy. Jeśli się schowasz „pod stołem”, znajdą cię i utrupią, a kiedy działasz oficjalnie, znacznie trudniej jest ci przeszkodzić. Oczywiście, były próby nacisku, rozmowy z przełożonymi, z duszpasterzami, przyjeżdżali panowie z Warszawy, z MSW. Ale co mogli zrobić? Dalej prowadziliśmy duszpasterstwo. Ogromnie ważny był fakt, że za tym stał biskup.
A potem był dzień, w którym biskup krakowski Karol Wojtyła został papieżem?
Miałem wtedy zajęcia w duszpasterstwie w klasztorze. Poszedłem na chwilę na górę i zobaczyłem, że na tablicy naszego konwentu ktoś napisał: „Wojtyła papieżem”. Zupełnie zgłupiałem. Dopiero po chwili przypomniałem sobie, jak Stanisław Grygiel opowiadał w redakcji „Znaku”, że telewizja niemiecka kręci film o Wadowicach.
Byli dobrze poinformowani...
Na pewno zbierali materiały w kilku innych miejscach na świecie. Pomyślałem, że trzeba pobiec na Wawel i uruchomić dzwon Zygmunta. Zbiegłem na dół, zabrałem studentów i pobiegliśmy. Na Wawelu wszystko było zamknięte. Wracaliśmy smutni. Jakiś pijaczek, stojący na Placu Dominikańskim, wykrzykiwał: „Koniec komuny!”. Odpowiedziałem mu: „Panie, trzeba się teraz porządnie wykąpać i do kościoła na Mszę św. pójść”. Trzy godziny później, idąc do kościoła Mariackiego, znów go spotkałem. Ogolony, w ciemnym garniturze, ukłonił się i powitał mnie słowami: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Naród powstał do nowego życia. Przeżywaliśmy prawdziwą euforię. Wstaliśmy z klęczek, by później, w sierpniu 1980 r., wyprostować się.
Jak wytłumaczyć to, co się stało z Polakami?
Do tej pory papież był kimś, kto mieszka na szklanej górze, a Polakom było daleko do Rzymu. Kiedy w 1966 r. planowano przyjazd do Polski Pawła VI na obchody Tysiąclecia Chrztu Polski, nie zgodził się na to ówczesny rząd. I oto raptem, z wyborem Wojtyły, Rzym dla Polaków stał się bardzo bliski. Oczywiście, nie spodziewaliśmy się wówczas, że ten pontyfikat oznacza nową epokę w dziejach Kościoła. W pierwszym momencie bardziej odczytywaliśmy go od naszej polskiej strony, że oto papieżem został ktoś, kto jest jednym z nas i nas rozumie. Chyba dopiero po pierwszej pielgrzymce zaczęliśmy sobie uświadamiać uniwersalny wymiar tego pontyfikatu, który w niczym nie umniejszał naszego polskiego wymiaru. Coraz lepiej uświadamialiśmy sobie myśl, zamysł duszpasterski oraz wizję Kościoła Jana Pawła II.
Na spotkanie z Papieżem czekaliśmy rok. Wreszcie przyjechał...
Był to potężny wstrząs. Osobiście zapamiętałem dwie rzeczy. Transmitowaną przez telewizję homilię z Warszawy, podczas której padły słowa: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi”. Dodane przez Papieża słowa: „Tej ziemi” wstrząsnęły „tą ziemią” rzeczywiście.
I cudowne krakowskie Błonia, kiedy mówił: „Musicie być silni wiarą...”. Dawał się wtedy zauważyć pełen godności spokój, który był w ludziach, oraz rzeczywiste poczucie siły i tego, że jesteśmy tutaj u siebie. Komunizm polegał na tym, że Polacy nie czuli się w Polsce u siebie.
Ludzie po raz pierwszy modlili się wtedy w tak wielkiej grupie...
Tak, nie było wcześniej takiego zgromadzenia w dziejach Polski. Było to niezwykłe doświadczenie stanięcia w prawdzie: byliśmy u siebie i byliśmy sobą. Był to moment stanięcia wobec Boga i wobec historii.
© 1996–2003 www.mateusz.pl