www.mateusz.pl/wam/zd

STANISŁAW MORGALLA SJ

Kobiecość a męskość

 

Tekst pochodzi z kwartalnika Życie Duchowe, ZIMA 45/2006

I będą oboje jednym ciałem.

(Mk 10, 8)

„Kobieta bez mężczyzny jest jak ryba bez roweru”.

(Gloria Steinem, feministka)

 

Z pozoru niewinny i wdzięczny temat kobiecości jest „zdradliwym okiem cyklonu”. Z którejkolwiek strony by go dotknąć i jakkolwiek delikatnie by zacząć, to prędzej czy później zostanie się wciągniętym w wir zażartych debat i polemik wokół aborcji, antykoncepcji, sztucznego zapłodnienia, feminizmu i równych praw dla kobiet, mniejszości seksualnych, a nawet transwestytyzmu i transseksualizmu. Tak szeroki wachlarz zagadnień może przyprawić o zawrót głowy, a nawet o torsje. I dobrze, jeśli skutecznie wyleczy z taniego sentymentalizmu, ale źle, jeśli zniechęci i skusi do rezygnacji z udziału w debacie, przed którą – także jako katolickie społeczeństwo – nieświadomie uciekamy. Niechcący znaleźliśmy się w samym sercu sporu o człowieka, który od kilku stuleci targa ludzkimi sercami i umysłami, a ostatnio z uniwersyteckich auli przeniósł się do mass mediów.

Płeć i rodzaj – nieprzekraczalne granice?

Z oczywistych powodów ludzie zawsze byli zainteresowani sprawami płci, zwłaszcza naszymi tytułowymi atrybutami, które – jak się obecnie uważa – należy odróżnić od potocznego rozumienia seksualności (ang. sex [pol. płeć], dotyczy aspektów biologicznych i anatomicznych człowieka). O ile bowiem płeć – męską lub żeńską – dość łatwo określić, o tyle z kobiecością i męskością (odpowiedniki ang. gender, [pol. rodzaj], dotyczy cech nabytych, ról społecznych i kontekstu kulturowego) jest już o wiele trudniej. Każda bowiem kultura i epoka tworzyła własne, często ściśle określone wzorce kobiecości i męskości. Zawsze jednak kobiecość i męskość były ze sobą ściśle powiązane, współzależne i komplementarne i to najczęściej w ramach małżeństwa i rodziny. Nawet jeśli – jak twierdzą feministki – działo się to kosztem kobiet, których kobiecość w społeczeństwach patriarchalnych była tworzona według wzorca męskości (kalka biblijnego archetypu stworzenia Ewy z kości Adama). W ostatnich latach jednak wszystko poddane zostało gwałtownemu przewartościowaniu, w tym także wzajemna zależność kobiety i mężczyzny.

Nasze czasy są zatem wyjątkowe, bo nie tylko na różne sposoby zerwaliśmy z tradycjami naszych przodków, ale wprost prześcigamy się w przekraczaniu wszelkich tabu sfery płciowej czy rodzajowej. Dlatego tak trudno, jeśli w ogóle jest to możliwe, określić obowiązujący dziś wzorzec kobiecości i męskości, chyba że komuś chodzi o powierzchowne walory estetyczne, ale te – jak przystało na pozory – jeszcze bardziej niż dawniej mylą. Niechcący wylało się nam dziecko z kąpielą, a z rodzaju żeńskiego i męskiego zrobił się nijaki. Przykłady można mnożyć. Dziś już nie dziwi kobieta-żołnierz, kobieta-pastor (ksiądz) czy nawet kobieta-terrorysta, podobnie jak nie budzi zbytniej sensacji mężczyzna na urlopie... macierzyńskim. Takie zaś, ostatnio bardzo medialne, zjawiska jak homoseksualizm czy transseksualizm skutecznie „pracują” nad zmianą naszego myślenia odnośnie do możliwości doboru partnerów seksualnych, w dalszej perspektywie modelu rodziny 1, czy zmiany płci. Wszystko to ma daleko idące konsekwencje i słusznie rodzi niespokojne pytania.

Jaki sens ma dziś mówienie o kobiecości lub męskości, skoro wszyscy to samo robią, ubierają się, oglądają itd., a psychologia w każdym widzi cechy jednego i drugiego rodzaju (tzw. androgenia)? Czy przewrót, jaki dokonuje się w sferze ról i stereotypów, nie dotyka nas o wiele głębiej niż sądzimy? Czy nie zostały podważone metafizyczne podwaliny naszej płciowości, skoro na przykład niektóre nurty feminizmu, nawet macierzyństwo, chcą zepchnąć do sfery rodzaju (gender), tj. przesądów kulturowych? Czy nadal chodzi tylko o zrównanie praw kobiety i mężczyzny, czy też raczej celem samym w sobie nie stało się pokonywanie wszelkich barier, od kulturowych i społecznych zaczynając, zaś na anatomicznych i biologicznych kończąc?

W czasach kryzysu autorytetu osobnym i bynajmniej nie bagatelnym problemem jest to, do kogo kierować takie pytania. Do tradycyjnego uczonego – filozofa, teologa, psychologa... czy do nowej odmiany bojownika „za wolność naszą i waszą”? A może zostało nam już tylko własne sumienie?

Od początku tak nie było

Jako chrześcijanie odpowiedzi na nurtujące nas pytania poszukujemy w Objawieniu, tradycji Kościoła i jego aktualnym nauczaniu. Nie zawsze napotkamy tam treści proste i zrozumiałe nawet dla nas, czy jasne i wyraźne dla naszych przeciwników, ale tym bardziej musimy przyswoić sobie własną tradycję i wyrazić ją na nowy sposób wobec nam współczesnych. W naszym temacie wysiłek będzie związany z powrotem do źródeł biblijnego rozumienia płci i rodzaju, do pierwotnego zamysłu Stwórcy, a konkretnie do wątku stworzenia mężczyzny i kobiety na obraz i podobieństwo Boga. Wątek ten stanowi trwały punkt odniesienia i swoisty pierwowzór chrześcijańskiego rozumienia płci; także dla Tradycji i Magisterium Kościoła. Jest on tym cenniejszy, że sam Chrystus posłużył się nim w dość analogicznej do naszej sytuacji: w żydowskim sporze wokół możliwości rozwodu (por. Mk 10, 1-12; Mt 19, 3-9; notabene pewne problemy nigdy nie tracą na aktualności).

Księga Rodzaju mówi, że stworzył Bóg człowieka na swój obraz [...]: stworzył mężczyznę i niewiastę (1, 27). Mężczyzna i kobieta pojawiają się razem i jednocześnie, równi sobie godnością i prawami. Ich wzajemna odmienność, tak płciowa, jak rodzajowa, nie jest źródłem konfliktu, ale harmonijnego uzupełniania się i twórczego współdziałania. Podkreślają to dobitnie słowa Bożego błogosławieństwa, dotyczące płodności, rodzicielstwa i panowania nad stworzeniami (por. Rdz 1, 28-30). Co ważne, tak usytuowana płciowość, męskość i kobiecość nie są tylko arbitralnymi cechami osoby ludzkiej, którymi można tak czy inaczej manipulować, ale z woli Stwórcy posiadają ściśle określoną celowość. Na pierwszym planie jest to wzajemna więź, płodność, praca i twórczość, na dalszym metafizycznym planie to obrazowanie Boga w świecie. Kobiecość i męskość są intymnie wplecione w tę celowość.

Wątek ten podejmuje i rozwija na nowo, i to w sposób niezwykle intrygujący, inna księga Starego Testamentu – Pieśń nad Pieśniami. Księga ta nie traktuje bowiem o Bogu, ale o miłości dwojga ludzi – mężczyzny i kobiety – i to miłości w jak najbardziej ziemskim wydaniu, niepozbawionej zmysłowych uroków i duchowych uniesień. Zdaniem egzegetów tekst „ocalał” między natchnionymi pismami tylko dlatego, że rozumiano go alegorycznie: Bóg był Oblubieńcem, a Oblubienicą naród wybrany, chrześcijańskimi odpowiednikami zaś są Jezus Chrystus i Kościół. Sieć alegorycznych znaczeń została jednak narzucona na opowieść o miłości dwojga kochanków, na historię nieustannego wzajemnego poszukiwania i odnajdywania się, na miłosne uniesienia i bolesne rozłąki. Owo literalne znaczenie – miłość dwojga ludzi – odsyła nas zatem do omówionego powyżej zamysłu Stworzyciela, który przez to, co ludzkie, daje poznać swe Boskie Oblicze, a przez to, co fizyczne, pozwala dosięgnąć tego, co metafizyczne. Pieśń nad Pieśniami z nową mocą powtarza tę niezwykłą prawdę: miłość mężczyzny i kobiety objawia światu Boga.

Swoistym potwierdzeniem tak dosłownej lektury Pieśni nad Pieśniami jest fakt, że pozostaje ona źródłem natchnienia zarówno dla zakochanych nastolatków, jak i dla mistyków Kościoła. I choć zakochanych podlotków od świętych mistyków dzieli spory dystans, to jedni i drudzy kierowani miłosną intuicją zdają się patrzeć w tym samym kierunku. Gdy pierwsi dopiero dostrzegają w ludzkiej miłości odblask Absolutu, ci drudzy już zupełnie świadomie ku Niemu dążą, paradoksalnie wyrzekając się nawet tego, co zmysłowe i ziemskie. Bo jeśli początkiem omawianego tu pierwowzoru jest ludzka para, to końcem jest rzeczywistość królestwa niebieskiego, głoszonego przez Chrystusa, gdzie [ujrzymy] Boga twarzą w twarz (1 Kor 13, 12) i gdzie – co istotne dla naszych rozważań – nie będą się ani żenić, ani za mąż wychodzić (Mt 22, 30), bo wszystkim dla wszystkich będzie Bóg.

Wizja kobiecości i męskości w Biblii ma charakter dynamiczny: punkt wyjścia różni się od tajemniczego punktu dojścia, tym bardziej że między jednym a drugim rozgrywają się dzieje zbawienia, losy mężczyzn i kobiet zepsutych przez grzech, ale umiłowanych przez Boga i odkupionych krwią niewinnego Baranka oraz przeznaczonych ku zbawieniu i zmartwychwstaniu. Biblia nie dostarcza gotowych wzorców kobiecości czy męskości, ale... daje do myślenia. Objawiając podstawowe prawdy, pozostawia je twórczej inwencji zainteresowanych i ich współpracy z łaską, ich trudowi ciągłego poszukiwania, czasem błądzenia i nawracania się. Przyjrzyjmy się temu problemowi jeszcze bliżej.

Czy widzieliście miłego duszy mej?

W Pieśni nad Pieśniami oblubienica wciąż poszukuje swego ukochanego, na przekór trudnościom i przeciwnościom, a właściwie dzięki nim. Przeszkody tylko wzmagają jej tęsknotę i determinację, bo jak śmierć potężna jest miłość, a zazdrość jej nieprzejednana jak Szeol, żar jej to żar ognia, uderzenie boskiego gromu, wody wielkie nie zdołają ugasić miłości, nie zatopią jej rzeki (Pnp 8, 6-7). I tak jest do samego końca, bo księgi nie zamyka żadne banalne „żyli długo i szczęśliwie”, ale nostalgia i nienasycenie, które – za współczesnym myślicielem – określilibyśmy jako pragnienie metafizyczne.

To pragnienie jest wpisane we wzajemne relacje kobiety i mężczyzny i jako takie jest przejawem owej zamieszkującej w nas z woli Stwórcy transcendencji. Tym samym w tych relacjach nic nie jest oczywiste i dane raz na zawsze, a jeśli coś takim się wydaje, to jest to raczej wynik zdrady tego pierwotnego powołania do ciągłego poszukiwania oblubieńca lub oblubienicy. Na tej ziemi jesteśmy i zawsze pozostaniemy pielgrzymami i jedynie zachowując dystans przygodnego wędrowca możemy cieszyć się w pełni innymi i światem. Wszelkie przejawy zła, niesprawiedliwości, nierówności, ucisku czy nawet trywialna rutyna i nuda życia są karą – jak pisał kiedyś John R. R. Tolkien – za „przywłaszczenie” sobie drugiej osoby lub rzeczy, karą za wyciągnięcie ręki po owoc, który był dany tylko dla kontemplacji, a nie dla posiadania. Bo gdy kładziemy rękę na tym, co nas przyciągnęło swoim tajemniczym blaskiem, to jednocześnie przestajemy się temu przyglądać i zanika w nas świadomość daru i piękna 2.

Te nieco teoretyczne wywody stosunkowo łatwo przekładają się na zwyczajne życie dwojga ludzi, zwłaszcza wielowymiarowe i bogate życie małżonków. Nie trzeba głębokiej intuicji, by rozpoznać, czy on lub ona jeszcze czegoś po sobie się spodziewają czy też, poznawszy się jak przysłowiowe łyse konie, żyją już tylko siłą rozpędu, przyzwyczajenia i smutnego chrześcijańskiego obowiązku. A przecież każde spotkanie – nie tylko to między kobietą a mężczyzną – winno być niekończącą się przygodą. Znakomicie wyraził to Clive S. Lewis: „Kiedy się spotkaliśmy, ty i ja, spotkanie było bardzo krótkie, było niczym. Teraz, kiedy je wspominamy, stało się czymś. Ale wciąż niewiele o nim wiemy. To, czym się stanie, kiedy będę je wspominał kładąc się, by umrzeć, czym stanie się przez te wszystkie dni od dzisiaj – to jest nasze prawdziwe spotkanie. Tamto jest tylko początkiem” 3.

Istnieją pary małżeńskie, które tak właśnie pojmują swoje wzajemne odniesienie i nie wiedząc o tym, z historii własnego życia czynią miniaturę historii zbawienia. Obok zachwytu i urokliwych chwil bliskości są tam trudności i kryzysy, a nawet niewierności i zdrady. Ale jest i przebaczenie, i nowy początek, i nowa nadzieja. A wszystko to przy współpracy z łaską Bożą i dzięki świadomości pielgrzyma, który tu nie ma nic swojego, ale dąży w stronę nieznanej ojczyzny.

Kobiecość i męskość na rozstaju

Po biblijnej lekcji mądrości wróćmy do burzliwej teraźniejszości. Wspomniany na początku „intelektualny cyklon” (ostatnio pod postacią rewolucji seksualnej i technologicznej) nie przestaje krążyć po naszej rzeczywistości i jak nowoczesny kombajn rozbija wszystko na elementy pierwsze, nie tylko kobiecość i męskość. To, co dawniej było całością, dziś leży w kawałkach i nijak nie daje się skleić z powrotem. Te elementy pierwsze – jak pierwotna glina – wołają o ręce garncarza, a tych nie brakuje. Techniczne możliwości stanowią pokusę, której nie sposób się oprzeć, nie mając dawnych zasad moralnych i kryteriów wyboru. Zwycięża maksyma: jeśli coś jest możliwe, to nie może być zakazane.

Jakiś czas temu dzięki pigułce antykoncepcyjnej seksualność została oddzielona od prokreacji i miłości. Dalej, prokreacja została oddzielona od współżycia między kobietą a mężczyzną, a rodzicielstwo biologiczne od fizycznego. Także rodzicielstwo coraz częściej oddziela się od rodziny (samotne matki), a obecnie małżeństwo i rodzinę wyzwala się od tradycyjnego modelu heteroseksualnego (związki partnerskie). I żadna to pociecha, że nie chodzi o zjawiska masowe (dzięki Bogu natura bierze górę nad tą nową „kulturą”, bo nadal poczynamy i rodzimy się w sposób naturalny i w klasycznych rodzinach), gdyż idzie tu przede wszystkim o zmianę naszej mentalności. Dobrą ilustracją może być nawet ten feministyczny podział na płeć (sex) i rodzaj (gender). To skądinąd logiczne rozróżnienie może być wykorzystane ideologicznie jako doskonałe usprawiedliwienie dla... zupełnej swobody seksualnej. Skoro płeć wrodzona nie determinuje naszej orientacji seksualnej, a schematy rodzajowe można swobodnie kształtować (na przykład z hetero- na homo- lub biseksualne), to w konsekwencji człowieka można ugniatać jak glinę wedle dowolnych wzorców i mód. I mamy relatywizm wcielony.

Ironią losu jest to, że świat wyzwolony przez rewolucję obyczajową minionego wieku z okowów pruderii i obłudy wcale nie okazał się lepszy od poprzedniego. I nikłą jest pociechą fakt, że na przykład niektóre agresywne feministki lat siedemdziesiątych zostały zmuszone do zmitygowania swoich radykalnych poglądów, nierzadko po tak zwyczajnych doświadczeniach, jak małżeństwo czy macierzyństwo; na przykład Mary Kay Blakely w jej książce Amerykańska mama, a nawet Gloria Steinem, która w końcu wyszła za mąż. Zaś głosiciele swobody seksualnej dziś uznają wartości dawno przebrzmiałe. Prosto ujął to ostatnio francuski filozof Pascal Bruckner: „Rację mieli w swej mądrości nasi przodkowie: o trwałości związku nie może decydować pożądanie i namiętność. Wpływa na nią co innego: posiadanie dzieci, wspólne projekty, wspólne zainteresowania, wzajemna przyjaźń, szacunek” 4.

Odcięcie od biblijnych pierwowzorów i całej judeochrześcijańskiej tradycji owocuje ogólną dezorientacją i co gorsza – porzuceniem etosu pielgrzyma na rzecz etosu konsumenta. Gdy znikają kolejne tradycyjne kryteria i normy postępowania, dla niektórych stereotypy i przesądy, na sumienie jednostek spadają ciężary nie do uniesienia. A ponieważ człowiek z natury skłonny jest do szukania wygody, dlatego podąża za tym, co łatwiejsze i bliższe ciału. Taka w uproszczeniu jest geneza dzisiejszych „izmów”, tj. ideologii skrojonych do wymiarów pojedynczego człowieka: egoizmu, hedonizmu, indywidualizmu, seksualizmu, konsumpcjonizmu.

 

Tej smutnej rzeczywistości trzeba przeciwstawić chrześcijańską nadzieję, która oparta jest na głębokiej wierze w Boga i szacunku do natury, której On jest Twórcą. Tytułowa kobiecość i męskość okazują się najprostszym i zarazem najmocniejszym narzędziem w tym sporze o człowieka, bo są to wyrazy nie jakiegoś kulturowego stereotypu (gender), ale stwórczego zamysłu Boga, przejaw miłości będącej początkiem wszystkiego. Każda para ludzka silna wzajemną więzią, płodnością i twórczością będzie zwycięstwem nad tą pokawałkowaną rzeczywistością. A przekonana o trwałości i nierozerwalności swego związku, o czystości i wierności we wzajemnych relacjach, także tych seksualnych, o Bożym błogosławieństwie i miłości, będzie zwycięstwem nad panoszącym się relatywizmem i upadkiem obyczajów. Nowy początek zaczyna się więc od człowieka stworzonego na obraz i podobieństwo Boże, od kobiety i mężczyzny.

Stanisław Morgalla SJ

 

1 Por. J. Haaland Matlary, Nowy feminizm, Poznań, 2000.
2 Por. J. Pearce, Tolkien. Człowiek i mit, Poznań 2001, s. 165.
3 C. S. Lewis, Z milczącej planety, Warszawa 1989, s. 82.
4 S. Le Fol, Strefa erogenna. Rozmowa z P. Brucknerem, „Forum”, 7/2005, s. 37.

 

Stanisław Morgalla SJ (ur. 1967), kierownik duchowy, psycholog. Pracuje w Wyższej Szkole Filozoficzno-Pedagogicznej „Ignatianum” w Krakowie.

Tekst pochodzi z kwartalnika Życie Duchowe, ZIMA 45/2005

 

 

 

© 1996–2005 www.mateusz.pl