Mateusz


Rozważania z ubiegłych dni

 

 

Niewygodny symbol?

|roda Popielcowa, 17 lutego 1999

Karnawał dobiegł końca. Ucichły zabawy, bale i przyjęcia. Od dzisiaj mówi? do nas w Ko?ciele: "Prochem jeste? i w proch się obrócisz" i posypuj? głowy popiołem. Może i Ty jeste? jednym z tych, którzy dla ?więtego spokoju id? do ko?cioła, wła?ciwie nie wiedz?c po co. Wszakże dziwny to zwyczaj, przypominaj?cy raczej ?redniowieczne obrzędy, a przecież mamy już XX wiek. Z pewno?ci? kiedy? w epoce różnych guseł i przes?dów ludzie widzieli w tym jak?? warto?ć, ale obecnie cóż to znaczy? Jakże można dzisiejszego człowieka, który posiada tak wielk? wiedzę, zdobycze techniki i nauki utożsamiać z popiołem? Czy nie jest to zbyt upokarzaj?ce i pesymistyczne?

Proch jest bardzo irytuj?cym znakiem. Przejmuje drżeniem, ponieważ przypomina Ci o umieraniu, o nieuniknionej ?mierci, o krucho?ci człowieczeństwa. Nieraz chętnie chciałoby się zmienić jego sens. Jednak czy wymowa popiołu jest Ci aż tak daleka? Spójrz na swoje życie! Czy zawsze jest ono karnawałow? sielank?? Czy nie do?wiadczasz swej znikomo?ci w nudzie dnia powszedniego, w rozczarowaniach jakie spotykaj? cię zewsz?d -- ze strony twoich bliskich, znajomych, w bezsensie i monotonii pracy, w cierpieniu, lękach i słabo?ciach? Tę prawdę będziesz słyszał nieustannie w ci?gu twego życia -- nie tylko podczas ko?cielnego rytuału.

Lecz nie bój się -- znak krzyża na twoim czole wskazuje, że jeste? nie tylko człowiekiem ?mierci ale i zbawienia. Bóg nie zostawił cię samego. On także posypał siebie popiołem. Stał się człowiekiem równym każdemu z nas. Padł swoim obliczem na ziemię, która pochłonęła Jego łzy i krew. Chrystus nie wybawił cię od cielesno?ci i prochu, lecz poprzez ciało i proch. Wła?nie tę tajemnicę Ko?ciół chce Ci dzisiaj uprzytomnić. Nie zatrzymuj się tylko na Popielcu, popatrz na Wielki Pi?tek i Wielkanoc, wówczas zrozumiesz tę "dziwn?" ceremonię.

Dariusz Piórkowski SJ

 

Czas wiosny

Czwartek, 18 lutego 1999

Czy zastanawiałe? się kiedy? sk?d się wzi?ł termin "Wielki Post"? W języku polskim kojarzy się on spontanicznie z surowym, mrocznym i smutnym okresem. Tymczasem w języku angielskim na okre?lenie Wielkiego Postu używa się słowa "Lent". Wyrażenie to pochodzi z kolei od staroangielskiego "lencten" , które oznacza czas wiosny. Nie jest przypadkowym fakt, że Wielki Post przypada na przełomie zimy i wiosny. Ma to bogaty wydĄwięk symboliczny. Kogóż z nas nie cieszy widok zielonej trawy, rozwijaj?cych się li?ci, ?piew ptaków, słowem budz?ca się jakby na nowo przyroda.

Również Wielki Post nie powinien być czasem smutku, przygnębienia i spuszczania głowy. Nie jest z lekka anachroniczn? ceremoni? z dawnej dobrej przeszło?ci. W Ko?ciele jest on czasem odnowy, duchowej rekonwalescencji i przebudzenia z u?pienia. Okres ten może stać się Ąródłem głębokiej rado?ci, jeżeli zależy Ci, aby? stal się dojrzalszym człowiekiem. Je?li poszukujesz duchowego wzrostu Wielki Post będzie wspaniał? okazj? po temu. Jednak, aby j? dobrze wykorzystać musisz się najpierw zatrzymać i zastanowić nad sob?. Być może zauważysz w sobie wiele złych nawyków, słabo?ci i niemocy, wówczas nie załamuj r?k. Je?li ujrzysz w swoim życiu twój chaos i zamieszanie nie obawiaj się. Chrystus nie przyszedł do uporz?dkowanych, aby ich poklepać po ramieniu. Przyszedł do ciebie tak często przytłoczonego grzechem i krucho?ci?, lecz pragn?cego szczę?liwego życia. W tym czasie jest On szczególnie hojny w łaski. Cieszy się kiedy człowiek budzi się z letargu i rutyny. Dlatego Wielki Post jest również powodem do rado?ci, która często rodzi się w bólu i zmaganiu.

Co Ko?ciół proponuje jako ?rodek do wzrostu? Przede wszystkim umieszczenie modlitwy w centralnym miejscu twojego życia; dzielenie się wszystkim z innymi a nie zatrzymywania wszystkiego dla siebie (jałmużna) oraz zmianę twoich przyzwyczajeń (post). Wszystko po to, aby? nie był zgorzkniały, lecz żeby? radował się życiem, a nie tylko je znosił po stoicku. Bowiem Bóg chce nas zawsze obdarowywać, ale to my nie jeste?my przygotowani do przyjmowania.

Dariusz Piórkowski SJ

 

Milczenie Boga

Pi?tek, 19 lutego 1999

Dla niektórych ludzi Bóg wydaje się być milcz?cym i dalekim, inni natomiast utrzymuj?, że regularnie do?wiadczaj? obecno?ci Bożej. Co zatem stoi na przeszkodzie w naszej komunikacji z Bogiem - Jego obojętno?ć czy nasza głuchota? W jaki sposób rozmawiać z Bogiem, je?li On nie mówi do mnie? Cóż to za rozmowa, skoro Bóg w ogóle się nie odzywa i nie można go usłyszeć? Być może również ciebie nurtuj? te pytania. Z pewno?ci? nie usłyszysz Boga tak jak głosu twego przyjaciela w słuchawce telefonicznej (Bóg nie prze?le ci maila do twojej skrzynki internetowej). Jak zatem Bóg komunikuje się z nami?

Przemawia do nas językiem szczególnym, a my jeste?my w stanie go usłyszeć. Bóg wyposażył Cię w pięć różnych "anten" odbiorczych: umysł, wolę, wyobraĄnię, uczucia i pamięć. Czy kiedykolwiek pomy?lałe? o czym? i odczułe?, że tę my?l podsun?ł Ci Bóg? On też pobudza tw? wolę, kiedy masz uczynić co? specjalnego. Dzięki Niemu w twojej wyobraĄni pojawiaj? się sceny i obrazy, o których nawet by? nie pomy?lał. Bóg może wprowadzić do twego serca pokój lub niepokój. Przypomina Ci o Swej łagodno?ci, leczy wspomnienia. Bóg mówi także poprzez Pismo |w. Jednak słowo zdaje się być tak prostym ?rodkiem komunikacji, że aż trudno uwierzyć, by Bóg się nim posługiwał. Mówi on przez tekst, ale nie usłyszysz Go je?li tego nie pragniesz. Musisz stwarzać warunki do tego: cisza, czas, samotno?ć, uwaga. Bóg nie jest pierwszym z rzędu koleżk? -- On traktuje Cię poważnie.

Powolne wczytywanie się i wmy?lanie w ?więty tekst sprawi, że zrodzi się w tobie wewnętrzne przylgnięcie do słowa lub zdania. Je?li poczujesz się "zaatakowany" przez to słowo, w tej samej chwili staje się ono głosem mówi?cym do ciebie. Wtedy możesz powiedzieć: "Bóg przemówił do mnie". Nie my?l sobie, że prawdziwa modlitwa to doznawanie niezwykłych przeżyć, które s? zarezerwowane tylko dla niektórych. Modlitwa chrze?cijańska jest o wiele prostsza, a przez to paradoksalnie trudniejsza. Spróbuj więc zaryzykować raz, dwa, może więcej, a Bóg stanie Ci się bliższy.

Dariusz Piórkowski SJ

 

Niepokój sumienia

Sobota, 20 lutego 1999

"Panie, daj pan złotówkę na chleb!" -- takie nalegania i pro?by możesz coraz czę?ciej usłyszeć na ulicach ze strony tzw. ludzi z marginesu. Jak reagujesz na takie sytuacje? Zmieszaniem, ukrywan? obojętno?ci?, chłodem czy odruchowym wrzuceniem pieniędzy do kubeczka? Mimo wszystko kontakt z ludĄmi z ulicy prowokuje Cię i irytuje: przej?ć obok, czy zatrzymać się? A może to jaki? naci?gacz, któremu nie chce się pracować? Dlaczego mam oddawać swoje uczciwie zarobione pieni?dze, komu? kto na to nie zasługuje? Czy i ja nie mam swojej rodziny i własnych potrzeb? Czemu ci ludzie nie zabior? się do jakiej? konkretnej pracy? Przyznaj się, że czujesz się niespokojny i rozdwojony w sobie. To dobry znak, który oznacza, że jeszcze masz wrażliwe sumienie -- ponieważ pytasz. Gorzej byłoby -- gdyby? uznał ubogich za zwykły element codziennej rzeczywisto?ci. Ten dylemat może stać się dla ciebie wezwaniem do wyj?cia z ciasnego rozumienia jałmużny, któr? ograniczyłe? do dawania pieniędzy, aby uspokoić swe sumienie. Tymczasem rozejrzyj się wokół: twoja rodzina, s?siedzi, znajomi wci?ż oczekuj? twojej dobroci. Czekaj?, kiedy zamiast mówić: "Nie mam czasu", zaczniesz zauważać ich potrzeby i pragnienia. Nie musisz dokonywać cudów ani niezwykłych dzieł. Wystarcz? proste gesty miło?ci: dobre słowo, przebaczenie, pomoc zmęczonemu, odrobina u?miechu, polepszenie oziębłych relacji, rozmowa z dzieckiem, dobre wypełnianie swoich obowi?zków, odwiedziny chorego czy samotnego i wiele innych. Taka jałmużna jest możliwa również dla ciebie -- je?li chcesz się stać darem dla drugich. Otwarto?ć wobec twoich bliskich i docenienie warto?ci zwykłych uczynków, sprawi, że również ludzie z marginesu nie będ? dla ciebie żywym wyrzutem sumienia. Popatrzysz na nich nie z wyrachowaniem i podejrzliwo?ci?, ale ze współczuciem, nawet je?li nie będziesz miał czego wrzucić do kubeczka...

Chrystus również nie uzdrowił wszystkich, nie uwolnił całego ?wiata od nędzy i wszelakiego cierpienia, chociaż mógł to uczynić. Wędrował po Palestynie, a nie po całej ziemi. Nie uleczył wszystkiego zła, ale był lito?ciwy i współczuł. Dał przykład, aby? i Ty mógł Go na?ladować.

Dariusz Piórkowski SJ

 

Aby być bardziej sob?

I niedziela Wielkiego Postu, 21 lutego 1999

Czy pamiętasz takie okre?lenia jak "umartwienie" i "wyrzeczenie"? Z czym kojarzy ci się post? Mentalno?ć dzisiejszego człowieka Zachodu nie potrafi już dostrzec warto?ci tej praktyki, uważaj?c go za przeżytek. Post nie jest pomysłem chrze?cijaństwa. Wiele kultur i religii praktykowało wyrzeczenie na długo przed przyj?ciem Chrystusa. Najwidoczniej ludzie bardzo sobie je cenili. Ko?ciół zachował to ćwiczenie, przejmuj?c do?wiadczenie wieków. Je?li pragniesz zrozumieć sens wyrzeczenia, przyjrzyj się swoim przyzwyczajeniom. Jak wiele codziennych czynno?ci wykonujesz mechanicznie: bierzesz prysznic, spożywasz posiłki, ogl?dasz telewizję, idziesz do szkoły lub do pracy, itd. Nawet nie musisz o tym my?leć. Jak silne s? nawyki -- wystarczy chwilę się zastanowić: przejadanie się, zapominanie, niepanowanie nad sob?. S? też dobre przyzwyczajenia: punktualno?ć, solidno?ć i zrównoważona dokładno?ć czy... mycie zębów. Chcesz zmienić swoje życie? Zacznij pracę nad twoimi nawykami. Zapewne będzie cię to kosztowało nieco wysiłku -- czasem nawet zaboli, ale ostatecznie wyda dobre owoce. Zamiast koncentrować się na negatywnej stronie postu, spróbuj popatrzeć na niego pozytywnie.

"Złe przyzwyczajenie zwycięża się przyzwyczajeniem dobrym, za? dobre przyzwyczajenie przeobraża naturę, i co wcze?niej wydawało się trudne, póĄniej okazuje się wykonalne i łatwo dostępne" -- tak pisał ?w. Tomasz a Kempis.

Czas Wielkiego Postu jest idealny do takiego przedsięwzięcia. Zastanów się co chciałby? podj?ć, od czego zacz?ć. Nie łudĄ się, że od razu cały się zmienisz. Wybierz co? małego na miarę twoich sił. Następnie ćwicz ten zwyczaj codziennie. Nie zrażaj się niepowodzeniami, czy nikłym skutkiem twoich wysiłków. Co uczynić przedmiotem postu? Może to, aby? był bardziej swoi przyjacielem niż wrogiem i krytykiem, aby widzieć w sobie więcej dobra, dostrzegać swoje talenty i osi?gnięcia. Od czasu do czasu zamiast szukać uporczywie swoich błędów, warto wyłowić to co szlachetne, zliczyć darowane Ci dobrodziejstwa i podziękować. Każdy z nas nosi w sobie niezmierne skarby. Wielki Post jest po to, aby? odkrył to bogactwo i nim się ucieszył.

Dariusz Piórkowski SJ

 

Pokochać swój ból

Poniedziałek, 22 lutego 1999

Z pewno?ci? słyszałe? już niejeden raz, że każdy chrze?cijanin musi nie?ć swój krzyż. Teoretycznie jeste? skłonny go zaakceptować, ale czy zauważyłe?, że krzyż, jaki ci przypada nigdy nie jest tym wła?ciwym? Krzyż jaki dĄwigasz (twoje zdrowie, wygl?d, sposób bycia, żona, m?ż, matka, dzieci, s?siedzi) zawsze wydaje ci się nie do zniesienia, upokarzaj?cy i krzywdz?cy. Natomiast wszystkie inne krzyże zdaj? ci się bardziej odpowiednie np.: krzyż kolegi, s?siada, ten poprzedni -- ten jaki sobie sam wymy?liłe?. Ten twój znienawidzony rozstraja cię i zatruwa ci życie. Rozpaczliwie wołasz o inny -- taki, który jest zno?ny, wzniosły, pożyteczny.

Trudno jest pogodzić się ze swoim losem, z ciężarem, który dĄwigasz na swoich barkach. Masz dwa wyj?cia: przekl?ć Boga i wszystkich wokół, wpa?ć w rozpacz i stać się krzyżem dla innych. Tymczasem życie wci?ż będzie wypełnione dolinami. Momenty zw?tpienia s? dla nas potrzebne. Podobnie jak ruda jakiego? metalu sama w sobie jest dla nas bezużyteczna, dopóty nie podda jej się procesowi hutniczemu. Krzyż jest takim ?rodkiem wydobywania z nas szlachetnego kruszcu. Oczyszcza z nas to, co jest zbędne, a oczyszczanie boli. Dlatego istnieje druga możliwo?ć: przyj?ć swój ból. Można powiedzieć, że spo?ród naszych uczuć ból jest pewnego rodzaju banit?. O ile to możliwe ignorujemy go -- dlatego jeszcze bardziej cierpimy. Ile potrzeba walk, dyskusji, aby zaakceptować swój ból!

Niech czas Wielkiego Postu stanie się dla ciebie okazj? do przyjrzenia się swojemu bólowi. Czego masz już do?ć? Czego chciałby? się pozbyć? Co ci dokucza i doskwiera? Postaraj się choć raz spojrzeć na twe cierpienia inaczej. Nie my?l, że tak łatwo jest się z nimi "zaprzyjaĄnić". Szczę?cie ma w sobie co? dogłębnie bolesnego i ciężkiego. Zawiera się w nim zgoda na sytuacje od których próbujesz uciec.

Spójrz na Jezusa krocz?cego po Drodze Krzyżowej -- na Szymona, który s?dził, że już skończył pracę na polu i idzie na zasłużony odpoczynek, gdy nagle zostaje obarczony krzyżem Skazańca (jakże musiał być w?ciekły!). Cyrenejczyk miał tę niepowtarzaln? okazję pogodzenia się z bólem, gdyż patrzył na Jezusa i z Jego twarzy wyczytał co to znaczy przyj?ć swe cierpienie.

Dariusz Piórkowski SJ

 

Przezwyciężyć zniechęcenie

Wtorek, 23 lutego 1999

"Po co się spowiadać skoro i tak będę grzeszyć? Dlaczego mam zmagać się z sob?, je?li to nic nie daje, wci?ż jestem taki sam?" Takie rozterki pojawiaj? się nieraz w życiu, może s? one również twoim udziałem?

Owszem, na pewno nie jest łatwo pogodzić się z faktem, że musisz ci?gle stawiać czoła tym samym niekończ?cym się problemom, czasem bez żadnej nadziei wyj?cia z nich. Dlaczego jednak uważasz, że Bóg nie potrafi pogodzić się z tym, że taki jeste?? Boisz się księdza? Przecież masz prawo wybrać spowiednika. Nie odrzucaj skarbu, je?li ci się nie podoba ręka, która ci go podaje. Je?li czujesz się coraz słabszy, odkrywasz w sobie coraz więcej egoizmu i zapatrzenia w siebie, je?li przygniataj? cię twoje słabo?ci -- nie zniechęcaj się -- ciesz się -- Jezus przyszedł wła?nie do ciebie. S?dzisz, że Bóg przebaczaj?c ci nie wie o tym, iż za parę dni znów upadniesz? Jego wszechmoc i miłosierdzie jest w tym najpiękniejsze, że wiedz?c o twojej przyszło?ci dobrowolnie j? zapomina i odpuszcza ci grzechy. Zawsze możesz przyj?ć je?li tylko chcesz. Samooskarżenie kosztuje krótk? chwilę upokorzenia. Ale czy potępianie własnych grzechów jest rzeczywi?cie upokorzeniem? Czy nie czujesz pokoju w sercu po wyznaniu twojej niemocy. Ko?ciół zachowuje praktykę indywidualnej spowiedzi, po aby? mógł osobi?cie wypowiedzieć to co cię nęka. Takiej możliwo?ci nie miałby?, gdyby miała ona charakter ogólny. Dla Boga nie jeste? jednym z wielu -- czę?ci? jakiej? masy -- jeste? kim? jedynym i niepowtarzalnym.

Warto?ć człowieka w oczach Bożych nie wyraża się niewielk? liczb? upadków, ale przede wszystkim wol? próbowania od nowa. Nieważne jest jak często upadasz, ważne jest aby? wracał. Ileż czynno?ci musimy podejmować codziennie na nowo -- podobnie jest z życiem duchowym. Przyzwyczajenie ogranicza tw? wolno?ć. Je?li cię ono paraliżuje trzeba wytrwale i cierpliwie odzyskiwać wolno?ć. Dlatego nie rozpaczaj i nie dręcz samego siebie, lecz zaufaj Bożemu miłosierdziu.

Dariusz Piórkowski SJ

 

"wstań i idĄ..."

|roda, 24 lutego 1999

Jestem sobie w moim malutkim, przytulnym pokoiku. Za oknem -- okropna, szara, zniechęcaj?ca rzeczywisto?ć. Plucha, deszcz ze ?niegiem. Przejmuj?ce zimno, dokuczliwy wiatr. Okno na całe szczę?cie jest bardzo szczelne. Jest nadzwyczaj hermetyczne. To bardzo dobrze, bo mogę sobie leżeć spokojnie i żaden chłód nie wtargnie do mojego malutkiego, przytulnego pokoiku. Zewsz?d ogarnia mnie błogo?ć. Wełniany koc ogrzewa moje ciało. Na stoliku obok lampki stoi filiżanka z gor?c?, pachn?c? kaw?. Na biurku -- magnetofon, z którego płyn? koj?ce dĄwięki mojej ukochanej muzyki. Poduszka grzeje prawy policzek i ucho. Na półce leż? ulubione ksi?żki -- tylko wyci?gn?ć rękę i już można przenie?ć się w inny, fascynuj?cy wymiar. Na razie jednak nie czytam. Wrzucam kasetę VIDEO z moim ulubionym filmem. Jeszcze bardziej rozci?gam się na wersalce. Ogl?dam znajome już od dawna obrazy. Kolejne estetyczne, niepowtarzalne przeżycie. Zapalam papierosa. Przez chwilę rozkoszuję się zapachem dobrego tytoniu. Pokój wypełnia się falistymi smugami leniwie przemieszczaj?cego się dymu. Kolejny łyk dobrej, mocnej kawy. Mój przytulny, mały pokoik. Mój mały, własny ?wiat. Jest mi dobrze. Jest mi tutaj bardzo dobrze... Ale żeby wstawać?! Co? zrobić?! Gdzie? wychodzić?! W tak? pogodę... Musiałbym być kompletnie walnięty!!!

Grzesiek Skałka SJ

 

"przejęta niebezpieczeństwem ?mierci..."

Czwartek, 25 lutego 1999

WyobraĄ sobie, że za 48 godzin, czyli dokładnie za dwa dni (o tej samej porze), będziesz musiał odej?ć z tego ?wiata. Po prostu przyjdzie do Ciebie ?mierć. Najzwyczajniej: umrzesz. Dotychczas ten problem nie dotyczył bezpo?rednio Ciebie. Zawsze ta sytuacja dotykała innych, mniej lub bardziej znanych Ci ludzi. Teraz jednak ?mierć przyjdzie, by dotkn?ć wła?nie Ciebie... Nie licz na jakie? spektakularne wydarzenie! To nie będzie wypadek, w którym poleje się krew i tłum gapiów otoczy Twoje pokiereszowane ciało. To będzie ?mierć spokojna. Po prostu odejdziesz w jednej chwili. Zga?niesz tak, jak ga?nie płomień ?wiecy przy mocniejszym podmuchu. Jeszcze przez kilka sekund po zdmuchnięciu płomienia knot tli się, unosi się dym...

Co zostanie na tym ?wiecie po Tobie? Co czujesz na my?l o swojej ?mierci? Spróbuj odpowiedzieć sobie na kilka pytań:

-- czy jest kto?, z kim przed swoj? ?mierci? chciałby? się spotkać, porozmawiać?

-- co ważnego chciałby? powiedzieć tej osobie (tym ludziom)?

-- czy próbowałby? naprawić jakie? swoje życiowe błędy?

-- jak przygotujesz się na swoj? ?mierć?

-- o co (kogo? Kogo?) poprosisz w obliczu swojej ?mierci?

-- z jakim uczuciem opu?cisz ziemię?

-- a może te dwa ostatnie dni warto po?więcić na używanie tego ?wiata... W końcu żyje się tylko raz!!!

Grzesiek Skałka SJ

 

"kto się gniewa na swojego brata"

Pi?tek, 26 lutego 1999

Mateusz, niebieskooki, kilkuletni blondynek miał bardzo dużo zabawek. Jego rodzice prawie w każdym tygodniu, bez szczególnej okazji kupowali mu w sklepie co? nowego i drogiego. Chłopczyk codziennie zabierał do przedszkola kilka swoich zabawek. Gdy wszyscy wychodzili do przedszkolnego ogrodu, aby się bawić, wokół Mateusza zbierała się spora gromada dzieci. Błyszcz?cymi oczkami patrzyły one na różnokolorowe, niewielkie przedmioty, którymi bawił się chłopiec. Pewnego dnia jaka? odważna dziewczynka kucnęła tuż za plecami Mateusza i wyci?gaj?c ostrożnie r?czkę dotknęła swoim paluszkiem najpiękniejsz? zabawkę. Chłopiec zerwał się natychmiast z miejsca, mocno uderzył dziewczynkę i krzykn?ł:

-- Popsuła? mi zabawkę! Już więcej nie będę się bawił z tob?!

-- Ale ja tylko... -- powiedziała nie?miało dziewczynka i nie dokończyła, bo Mateusz jeszcze gło?niej dorzucił:

-- Chciała? mi zabrać wszystkie moje zabawki! Jeste? ohydna! Nie odzywaj się więcej do mnie!!!

Chłopiec odwrócił się energicznie na pięcie, odszedł kilka metrów i ponownie zaj?ł się zabaw?. Prawie identyczna sytuacja powtórzyła się jeszcze kilka razy.

Mateusz był zajęty układaniem jakich? klocków. Nie zauważył, że w pewnym momencie dzieci zaczęły odchodzić z placu zabaw. Robiło się coraz bardziej pusto i coraz bardziej cicho. Zaciekawiony t? cisz? podniósł oczy. Rozejrzał się uważnie. W ?rodku wielkiej piaskownicy pozostał tylko on i jego różnokolorowe zabawki...

Grzesiek Skałka SJ

 

"b?dĄcie doskonali"

Sobota, 27 lutego 1999

Tomek jest młodym, zapalonym, pełnym gorliwo?ci studentem. Jego pasj?, oprócz studiowania, s? modele samolotów i statków. Modelarstwem zajmuje się od dzieciństwa. Robi to doskonale. Wła?nie dostał propozycję sklejenia jakiego? torpedowca z czasów II wojny ?wiatowej. Przygotowuje więc wszystko, co potrzebne. Biegnie do sklepu papierniczego. Zbiegaj?c po schodach potr?ca swojego s?siada. Nie ma czasu na "przepraszam"... Każda sekunda jest przecież cenna. Kupuje klej i kilka rulonów brystolu. Biegnie do domu. Na schodach spotyka starsz? kobietę. Staruszka dĄwiga siatkę z ziemniakami i jakie? duże pudło pod pach?. Tomek zręcznie omija kobietę i wpada do swojego pokoju. Z szafki wyci?ga kawałki długich, cienkich listewek. Na biurku segreguje i układa szpilki, trochę małych gwoĄdzików i parę ?rubek. Gdzie? za ?cian? słyszy szczekanie psa. W każdym bloku, przynajmniej dwie, trzy rodziny maj? w domu pieska. Chłopak przypomina sobie, że do dobrego umocowania szkieletu statku potrzebna będzie dratwa. Wyci?ga doln? szufladę swojego biurka i cał? jej zawarto?ć wysypuje na podłogę. Po kilkunastu minutach znajduje potrzebn? rzecz. Jeszcze tylko dobre nożyczki, kolec, kilka żyletek i wszystkie materiały będ? skompletowane. Teraz trzeba zabrać się do pracy. Zrobiony przez Tomka model zostanie umieszczony na szklanej gablocie, w samym centrum głównego holu jego uczelni. Zatem wszystko musi być precyzyjnie dobrane i doskonale poł?czone. Godziny mijaj?. Dzwonek. W drzwiach staje mama. Tomek nawet nie słyszy dzwonka, nie zauważa mamy... Jest pochłonięty prac?.

Mama rozgl?da się po mieszkaniu. Wielki bałagan. Nie pozmywane naczynia, nie wyrzucone ?mieci. Pies z głodu pogryzł w kuchni linoleum.

Tomek nadal skrupulatnie sklejał drobne tekturowe czę?ci. Chciał wykonać model doskonale wierny oryginałowi...

Grzesiek Skałka SJ

 

"dobrze, że tu jeste?my"

II niedziela Wielkiego Postu, 28 lutego 1999

W?ród niepowodzeń życiowych, w zagonieniu, w chaosie ważnych spraw, (za którymi ci?gle musisz gonić) w szarzyĄnie i monotonii powszednich dni zdarza się, że tęsknisz za spokojem, równowag?, stało?ci?. Bardzo szybko nudzi Ci się hu?tawka życiowych klęsk i sukcesów, porażek i zwycięstw, załamań i szczę?cia. Może nawet wiesz, że najlepsza byłaby dla Ciebie jaka? stabilizacja, unormowanie Twoich uczuć, Twojej osoby, Twojego życia.

Może nawet d?żysz do tej stabilizacji. Jednak często na przeszkodzie stoi niewielki a zarazem istotny problem...

Ważne rzeczy dla Ciebie dziej? się tu i teraz, a Ty ci?gle i z uporem potwierdzasz swoim życiem to, że teraĄniejszo?ć nie liczy się dla Ciebie, a przynajmniej nie jest najważniejsza. Sięgasz pamięci? do przeszło?ci, spędzasz czas na wspominaniu tego, co tworzyło kiedy? Twoje szczę?cie. Snujesz plany na przyszło?ć...

Jeste? trochę podobny do roztargnionego turysty, który żyje "w innym wymiarze".

W jednej ręce trzyma on aparat fotograficzny, a w drugiej kamerę Video.

Chce nakręcić jak najdłuższy pami?tkowy film. Chce też zrobić jak najwięcej pami?tkowych zdjęć, po to, aby kiedy? w przyszło?ci cieszyć się tym, co przeżywał kiedy? w przeszło?ci. Chwila obecna przecieka mu przez palce... Taki turysta nie potrafi rozkoszować się tym, co jest TERAZ...

A podobno najlepsze fotografie robi się w sercu, tutaj i teraz...

Grzesiek Skałka SJ

 

"odmierz? wam, jak wy mierzycie"

Poniedziałek, 1 marca 1999

Ewa jest urocz?, młod? dziewczyn?. Na co dzień zajmuje się krytyk? konstruktywn?. Dokładniej mówi?c: Ewa lubi ulepszać i poprawiać ?wiat, w którym żyje. Robi to oczywi?cie bardzo konstruktywnie. Na uczelni mówi do swojej przyjaciółki:

-- Spójrz na te dwie pokraki w pierwszej ławce. Te dziewuchy rzeczywi?cie wygl?daj? jak ze wsi. W dodatku ubieraj? się idiotycznie. Zupełne bezgu?cie!!!

Na ulicy:

-- Zauważyła? jak ci faceci się gapi? na mnie?! Gdyby mogli, od razu rozebraliby mnie wzrokiem. Im tylko jedno w głowie! Zreszt? i tak wszyscy s? zboczeńcami!

W domu:

-- Mamo! Na drugi raz nie zachowuj się tak głupio przy moich koleżankach! Wchodzisz do pokoju, proponujesz im kanapki... Może my?lisz, że one w domu nie maj? nic do jedzenia?! Nigdy nie wkurzaj mnie w ten sposób!!!

W ko?ciele:

-- Ta lafirynda przy filarze założyła futro, żeby się ludziom pokazać! Gdyby kto? wiedział czym ona zajmuje się na co dzień, od razu stukn?łby j? kamieniem i wyrzucił z ko?cioła!

W modlitwie:

-- Panie, jeste? wielki i wspaniały! Dziękuję Ci za dar życia i za to, że dla Twojej chwały mogę pomagać innym ludziom. Dziękuję za wrażliwo?ć, któr? wlałe? w moje serce. Dzięki temu mogę widzieć to, czego inni ludzie nie dostrzegaj?. B?dĄ uwielbiony za to Panie!

Grzesiek Skałka SJ

 

"oddajcie słuszno?ć sierocie"

Wtorek, 2 marca 1999

Wysoki mur z czarn? od staro?ci zapraw? murarsk? i tynkiem. Za murem małe boisko do koszykówki, plac zabaw, ogród. Wszystko przysypane ?niegiem. I dom. Duży, choć jednocze?nie zwyczajny, niepozorny. Drukowane litery na czerwonej tablicy obwieszczaj?: "DOM DZIECKA". Przed domem migaj? kolorowe ?wiatełka na dużej choince. W domu ruch. Wszyscy domownicy s? jakby lekko poddenerwowani, każdy co? sprz?ta, każdy co? przygotowuje. Kto? biega z piętra na piętro pokrzykuj?c na dzieci i dogl?daj?c, czy sprz?tanie wykonane jest dokładnie. Jutro Wigilia, zaczynaj? się ?więta Bożego Narodzenia. Przyjd? przyjaciele domu. Będ? też sponsorzy. Przynios? na pewno co? dla każdego dziecka. Zwykle przynosz? masę różnych zabawek. Dla małych dzieci: autka, lalki, pluszowe misie, klocki. Dla starszych najczę?ciej co?, co przyda się do szkoły: zeszyty, dobre pióra i długopisy, segregatory. Najstarsi dostan? pewnie ciekawe ksi?żki i jakie? dobre ciuchy. Trafi się może jaki? niezły komputer, albo sprzęt audio. Jaki? sponsor podaruje kolorowy telewizor. Dzieci radosnymi oczkami podziwiaj? prezenty. Ciesz? się bardzo. Chciałyby rzucić się na szyję, ucałować, przytulić się, podziękować. Chciałyby porozmawiać, pobawić się z go?ćmi. Niestety, go?cie szybciutko musz? uciekać, bo jest jeszcze do załatwienia mnóstwo ważnych spraw. Ufff... Wszystko poszło zgodnie z planem. Najważniejsze, że dzieci zadowolone były z prezentów. Następny sponsoring za rok...

Grzesiek Skałka SJ

 

|roda, 3 marca 1999

Lecz kto by między wami chciał stać się wielkim
niech będzie waszym sług?!

(por. Mt 20, 17-28)

Podchodz?, ci?gle podchodz? do Chrystusa zaaferowani swoim życiem ?miertelnicy, z sercami jak list? ż?dań do Boga. Niepewni Jego miło?ci, która nie bardzo wiadomo na czym polega, skoro zdaje się nie spełniać sporej liczby ze wznoszonych ku Niemu pró?b. A przecież każdy ma ?więte prawo do tego, by było mu dobrze, żeby go życie nadto nie bolało, nie dotykało za bardzo niedogodno?ciami i -- Boże wybaw! -- cierpieniem.

A teraz jest Wielki Post: wyraz męki na twarzy Ukrzyżowanego nabiera ostro?ci. Z ran na ciele płynie krew i przez stulecia ł?czy się z krwi?, tłuk?c? się niespokojnie w ludzkich żyłach, naszych żyłach. Jego krew odkupiaj?ca, szuka jedno?ci z krwi? smutnych i zapracowanych, bezdomnych i majętnych, zahukanych i rozpychaj?cych się łokciami. Krew miłosierdzia, krew przelana za cudze grzechy i grzeszki -- jakże jest inna od krwi rw?cej w nas, którzy za nic w ?wiecie nie chcieliby?my, by kto? nam jej napsuł.

Teraz JEST Wielki Post. Czas pokuty, który może nas nauczyć rezygnacji małodusznych roszczeń i z tego, co słusznie się nam należy. Bo niby czemu ci?gle ma nam się co? należeć? Od Boga i ludzi? A może by tak stan?ć na ?cieżce swego życia z otwartymi ramionami, pytaj?c każdego z przechodz?cych: "czym Tobie mogę służyć?" Bo niby czemuż to ewangeliczna ofiarno?ć miałaby umrzeć razem z Matk? Teres??

A służ?c po jakim? czasie odkryjemy, że ludzie wokół nas, (nasi powszedni konkurenci do ziemskich przywilejów) zmierzaj? tak jak i my ku Jerozolimie, ku Golgocie i ku wielkiemu zadziwieniu Zmartwychwstaniem. Może to odkrycie stanie się bogactwem naszej wiary.

Krzysztof WołodĄko SJ

 

Czwartek, 4 marca 1999

Niech będ? zapalone wasze pochodnie
A wy b?dĄcie podobni do ludzi, oczekuj?cych swego pana

(por. Łk 12, 35-40)

A zatem: przyjdzie. Jak znaleĄć czas, by się na to przygotować? Zagonienie, roztrzepanie, rozgardiasz: hałas małych ?wiatów, jakimi jeste?my, ma być nawiedzony przez Boga. Chcemy by tak się stało i nie przyznaj?c się do tego zbyt często przed sob?, mamy cich? nadzieję, że nas nawiedzi ów Chrystus, ze względu na którego wielu ?więtych wszystko inne uznało za ?mieci.

Co czynić teraz, gdy trwa Wielki Post, a obowi?zków wcale nie ubyło? Trwa nasza pogoń za czasem, płyn? dni podobne innym, płyn? jak piasek przesypuj?cy się między ludzkimi palcami. Czy tylko ten nieustanny pęd życia możemy ofiarować Nadchodz?cemu? A może z mijaj?cych chwil, z dawna zapomnianych zdarzeń wyłania się niczym blask ognia: nasza ?więta tęsknota za Nim i czuwanie, które towarzyszyło każdej modlitwie, każdej Miło?ci, jaka ubogaciła nasz los.

"Mamy tylko jeden dzień życia, by ratować dusze, następnym dniem będzie wieczno?ć" (?w. Teresa od Dzieci?tka Jezus). Dzisiaj dane nam jest przemienić się w sługę oczekuj?cego, którego wzrok przedziera się poza zasłonę doczesno?ci, którego uszy wyraĄnie słysz? po?ród wrzasku ?wiata Słowo Boże.

Czy wierzymy w takie oczekiwanie? Czy nie boimy się zbytnio, że nie starczy nam na nie siły. Tak, jeste?my naczyniami z gliny, w których On przechowuje skarb. Zanurzmy się tylko w błagalne milczenie serca, a zst?pi na nas moc oczekiwania...

Krzysztof WołodĄko SJ

 

Pi?tek, 5 marca 1999

Kamień, który odrzucili...

(por. Mt 21, 33-46)

Pomy?lał Bóg: "Uszanuj? mojego Syna". No i jak go uszanowali? Dobrze wiadomo: skończył na krzyżu. Oto Jezus Chrystus: Pan odrzucony. Oto On: Pan odrzuconych. Zatem -- nasz.

Ileż to już razy nie potrafili?my znaleĄć się w ?wiecie. Ileż to razy czuli?my się nie wysłuchani, zatrzymani wpół słowa, którego wypowiedzenie miało przynie?ć ulgę. Albo: nie zgadzali?my się na zastan?, głupi? rzeczywisto?ć, w której jako? inni czuli się niezgorzej. Gdy chciało nam się płakać, wszyscy wkoło wygl?dali na zadowolonych życiem; gdy lękliwie wchodzili?my w rozpoczynaj?cy się dzień inni wygl?dali na ludzi sukcesu. A może grali, tak jak my?

Wygl?da na to, że dĄwigamy w sobie piętno pozostawienia samym sobie, całe życie wleczemy za sob? jak?? my?l, odczucie, czy wspomnienie, którego nikt nie byłby wstanie zrozumieć, odj?ć nam bólu. Niektórzy, gdy wypij? mówi? o sobie wszystko. Ale i w nich zostaje jaki? osad, osad niedopowiedzenia, bo zwykłe, ludzkie słowa nie mieszcz? w sobie dziwnej przestrzeni życia. Inni spowiadaj? się w dalekobieżnych poci?gach, przed towarzyszami podróży snuj? długie historie pełne wstydliwych szczegółów. Ale uderzaj?c w jedno dno, otwieraj? przed sob? następne. Nie mog? o własnych siłach doj?ć do końca.

Trzeba nam spotkać się z Chrystusem. Trzeba spotkać Jego nędzę, nawiedzić j? w modlitwie. Być całym sob? naprzeciw skrępowanego mężczyzny, który dostał w twarz i którego życie stało się zabawk? w ludzkich, wrogich Mu rękach. Tak, to jest Misterium. Je?li przyjmiemy je, niepokój naszych sob? przerażonych serc, serc osamotnionych zmieni się w ?więt? i odważn? samotno?ć. Taka samotno?ć -- to dobry owoc Wielkiego Postu.

Krzysztof WołodĄko SJ

 

Sobota, 6 marca 1999

Ujrzał go ojciec i wzruszył się głęboko
wybiegł naprzeciw niego
rzucił mu się na szyję
i ucałował go

(por. Łk 15, 1-3.11-32)

Ujawnia się prawda o naszym człowieczeństwie: je?li tylko odejdziemy od Ojca, prędzej czy póĄniej zaczniemy karmić się pomyjami. Czy powiedziane za mocno? Przecież wystarczy tylko rozejrzeć się wokół siebie. Nie od razu trzeba jednak zwracać uwagę na tych, którzy z kartonowym pudełkiem przed sob? klęcz? na zabłoconych chodnikach. Nic ich nie różni od dobrze ubranych mężczyzn i kobiet, ze zblazowanym wyrazem twarzy, z telefonem komórkowym w dłoni, posyłaj?cych w eter przerywnik za przerywnikiem: "no i wiesz, k....a! no i wtedy, k....a!"

Kto jest biedniejszy, kto bardziej potrzebuje powrotu w ramiona Ojca: kilku natarczywych cygańskich wyrostków, staraj?cych się wyłudzić parę złotych od przechodniów; czy może my, gdy w białych rękawiczkach przebieramy w?ród kandydatów na przyjaciół, maj?c na uwadze ewentualne korzy?ci z podjętego wyboru...

Synowie marnotrawni. Córki marnotrawne. Oto albo wła?nie odchodzimy od Niego, zadowoleni z siebie, z koneksji, z sukcesów, albo wracamy z ciężkim sercem i drż?cymi dłońmi, dłońmi, które wszystko, co dobre, zmarnotrawiły. Wracamy po Miło?ć, gdzie? tam nieuważnie zatracon? Miło?ć.

Jak z księgi, możemy ze swego życia wyczytać przypowie?ć o marnotrawnym dziecku. I Bogu, który uszczę?liwiony biegnie nam naprzeciw, je?li tylko wyruszymy ku Niemu, po dziurki w nosie przejedzeni najbardziej smakowitymi pomyjami. Bo tak to już jest: gdy w zgiełku ?wiata staramy się dorobić wielkich pieniędzy, gdy walczymy o odniesienie sukcesu, gdy chcemy odpowiednio się ustawić, wtedy On -- tak mocny, zbliża się do nas w zupełnej ciszy, w milczeniu. Czasem zauważamy Jego obecno?ć, drżymy ze szczę?cia w Jego ojcowskich ramionach, czasem wymykamy się Mu, z głow? pełn? planów, w które trudno Mu się wcisn?ć.

Dlaczego by dzisiaj nie przypa?ć do Ojca? Nic Go bardziej nie cieszy, niż człowiek blisko Niego.

Krzysztof WołodĄko SJ

 

III Niedziela Wielkiego Postu, 7 marca 1999

Podnie?cie oczy i popatrzcie na pola, jak bielej? na żniwo
Żniwiarz otrzymuje już zapłatę i zbiera plon na życie wieczne

(por. J 4, 5-42)

Mówi poeta: "zgroza i nie widać końca zgrozy, zbrodnia i nie widać końca zbrodni". Poeta chyba zbyt często ogl?dał telewizję (to tak jak my). A z kolei zbyt rzadko zagl?dał do Ewangelii (tak jak my?).

Dwa zdania z ewangelii ?w. Jana wykorzystane tu jako motto znakomicie obrazuj? cel Wielkiego Postu: PODNIE|CIE OCZY!, niech wasze ociężałe głowy zwróc? się ku ?wiatłu, dostrzeżcie co? więcej!

Chrystus leczy z zatwardziało?ci. Leczy ze spogl?dania na ?wiat okiem rutyniarzy, którzy tak przyzwyczaili się do życia, że tylko przemoc i cudze tragedie skłaniaj? ich raz po raz do uważniejszemu przyjrzeniu się rzeczywisto?ci. Ale takie impulsy działaj? na krótko i daj? nie wiele, rutyniarze opuszczaj? głowy i ?wiat im się gwałtownie kończy za czubkiem własnego nosa.

Historia ludzko?ci to nie tylko opowie?ć o bestialstwach narodów i dominacji jednych nad drugimi. Dzień ludzki to nie telenowela, z mniej lub bardziej efektownymi zwrotami akcji. Zarówno cała historia ludzko?ci, jak i dzisiejszy dzień: to wzrastanie Królestwa Niebieskiego.

Post, przez modlitwę, jałmużnę, umartwienie -- uwrażliwia nas na ludzkie piękno i dobro. I uprzytamnia sk?d to wszystko przychodzi: od Boga, który jak pisze ?w. Ignacy Loyola, "działa i pracuje dla mnie we wszystkich rzeczach stworzonych". I jeszcze więcej -- Post pozwala dostrzec "jak wszystkie dobra i dary zstępuj? z góry, tak jak od słońca wychodz? promienie."

Dobrze jest ujrzeć ?wiat, sk?din?d zwariowany ?wiat, gdy pracuj? na nim żniwiarze, zbieraj?cy plon na życie wieczne. A wszystko to dzieje się w promieniach Bożej łaski. I będzie się można rado?nie zadziwić, gdy się okaże, że i my zbieramy owoc zbawienia z tej ziemi.

Krzysztof WołodĄko SJ

 

Poniedziałek, 8 marca 1999

Na te słowa wszyscy w synagodze unie?li się gniewem

(por. Łk 4, 24-30)

No i tak to już jest. Nikt nie lubi, gdy się go kłuje prawd? w oczy. Warto się zastanowić: jak? to my gr? zajmujemy się najczę?ciej? Jaka gra kosztuje nas najwięcej, jest naszym strapieniem i namiętno?ci?, jak najgorszy nałóg, jak hazard? To gra pozorów. Po?więcamy jej bez reszty samych siebie, dla jej potrzeb budujemy mury wokół nas, stawiamy wysokie wieże na fundamencie egoizmu, przebieramy w maskach, jakby nieustannie trwał przymusowy karnawał dla żywych.

Tak to już jest. Nic na to nie poradzimy, prawda? Trzeba grać, choćby za cenę uciszenia w sobie Boga, za cenę pozbycia się Go. Ale i tak nie czujemy się Jego mordercami, żadn? miar?. A że w?ciekaj? nas ci, którzy maj? nam do powiedzenia co? nie po naszej my?li -- no cóż.

Tymczasem dobrze jest wsłuchać się w głos naszych bliĄnich. Owszem, nie zawsze maj? rację, gdy nas krytykuj?, lecz i nie zawsze mówi? prawdę, chwal?c nas. Dlaczego nie zaryzykować w ten wielkopostny dzień, dlaczego nie poprosić o rozmowę w cztery oczy niewygodn? dla nas osobę? Je?li co? nas zaboli, zapiecze jak oczyszczaj?ca łza, więcej nawet: je?li nas czyje? mocno słowo -- ukrzyżuje, to kto wie, jak wielka łaska przyjdzie wtedy ku nam od Chrystusa?

Po cóż żyć zanurzonym w grze pozorów? Dla jakich korzy?ci bawimy się w t? grę? Przecież nie dla u?więcenia, nie po to, by dojrzewać. Owszem, w jakiej? mierze łatwiej wygrażać pię?ci? w reakcji na trudn? do przyjęcia opinię czy niewygodn? sytuację. Można nieustannie lawirować, szukać łatwych wyj?ć, milczeć gdy dzieje się niesprawiedliwo?ć. Trudniej stan?ć twarz? naprzeciw tłumu, mówi?c: "taka jest prawda, o mnie i o was!"

Nikogo nie nakłaniam by stał się nonkonformist?, młodym gniewnym (szczególnie gdy już wiek i rodzina na to nie pozwala), buntownikiem wytykaj?cym palcem ludziom ich przywary. Ważne jest, by stan?ć obok Chrystusa, wsłuchać się w Jego słowa bez uprzedzeń a póĄniej żyć ich prawd?, stosuj?c jej bogactwo w pierwszym rzędzie do samego siebie.

Krzysztof WołodĄko SJ

 

Wtorek, 9 marca 1999

Ile razy mam przebaczać
je?li mój brat wykroczy przeciwko mnie?
Czy aż siedem razy?
Jezus odrzekł: Siedemdziesi?t siedem razy

(por. Mt 18, 21-35)

W bardzo niewygodne wersety trzeba nam się dzisiaj wczytać. W jakże frapuj?c? opowie?ć układaj? się ewangeliczne zdania, opowie?ć o ludzkiej perfidii! Wygl?da na to, że Chrystus zna bardzo dobrze nasz? naturę i (co może budzić czyje? zdumienie) nie wydaje się być wobec niej nadto pobłażliwy.

A wszystko zaczęło się od pytania o przebaczenie. Pytania wypowiedzianego szczerze i w dobrej woli. No i któż by pomy?lał, że Jezus uraczy swych uczniów odpowiedzi? i przypowie?ci? aż tak radykaln?, z której wniosek płynie jeden: należy wybaczać krzywdy i biada tym, co ż?daj? wybaczenia dla siebie, nie maj?c lito?ci dla słabo?ci swych bliĄnich.

Strzeżmy się zatem sprawiedliwo?ci bez miłosierdzia. Rozliczania się z innymi co do grosza, w my?l zasady: oko za oko, z?b za z?b (tylko nie udawajmy przed sob? w tej chwili, że jest to nam zupełnie obce). Strzeżmy się diabelstwa zakamuflowanego pod płaszczykiem wyrównywania rachunków!

Jest Wielki Post. Wyrzeknijmy się animozji, naburmuszonych min strojonych wobec ?wiata na pokaz. Musimy być do?ć głupkowaci (bez urazy), gdy roztrz?samy w naszych sercach z godnym podziwu uporem ci?gle t? sam?, doznan? niegdy? krzywdę i jeszcze liczymy na to, że Bóg jest po naszej stronie.

Tymczasem wygl?da na to, że nieĄle Go denerwuje pamiętliwo?ć naszych serc. I to nie dlatego, że chciałby w nas widzieć rozanielone istoty z cukierkowatym u?miechem na ustach, poklepuj?ce się wzajem po uskrzydlonych ramionach. Nic z tych rzeczy, On już ma przy sobie zastępy aniołów (chciałoby się powiedzieć: z krwi i ko?ci).

Jemu zależy na naszej wielkoduszno?ci. Jego Syn jest wielkoduszny. Jego ?więci nie wygrażaj? pię?ci? niebu i ludziom gdy dostan? w nos. Czyż my nie jeste?my krewnymi Chrystusa? Czyż to nie do nas odnosz? się słowa: ?więtymi b?dĄcie? Módlmy się o łaskę pojednania z naszymi nieprzyjaciółmi. Pewnie, że nie dokona się ono przy dĄwięku fanfar; pewnie, że nie znajdziemy żadnej transmisji w TV z tego wydarzenia, jakim będzie ufne spojrzenie w twarz tak często przeklinanemu przez nas człowiekowi.

Niech przez całe życie uderzaj? w nas słowa, których wypełnienie ma smak soli ziemi: przebaczaj zawsze!

Krzysztof WołodĄko SJ

 

|roda, 10 marca 1999

"Pan niósł cię, jak niesie ojciec swego syna, cał? drogę, któr? szli?cie, aż dotarli?cie do tego miejsca. Jednak mimo to nie ufali?cie Panu, Bogu waszemu" (Pwt 1,31-32)

Minęła połowa Wielkiego Postu. Można już było zapomnieć o |rodzie Popielcowej, o formułce "Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię". Można już było zapomnieć, że słowo "nawracać się" znaczy "zmieniać swój sposób my?lenia", a "Ewangelia" to podobno "dobra nowina". Czy cokolwiek się zmieniło ...?

Nawrócenie to powrót do (albo pocz?tek) zaufania Bogu. Trudno zaufać komu?, kogo się nie zna. Trudno poznać kogo?, z kim się nie ma częstego kontaktu. Nie bardzo wiadomo wtedy, co On wła?ciwie ma do zaoferowania. I czy ma cokolwiek, co by mnie interesowało.

"W czasie lotu nad Atlantykiem samolot zacz?ł w pewnym momencie gwałtownie tracić wysoko?ć. Pilot robił, co mógł, aby opanować maszynę. Wreszcie, widz?c sw? bezradno?ć, ogłosił pasażerom: Proszę państwa, sytuacja jest krytyczna. Tylko jeden Bóg może nas uratować!

Niedosłysz?cy staruszek zapytał siedz?cego obok siebie księdza: Co on powiedział?

Na to ksi?dz: Powiedział, że nie ma już żadnej nadziei."

Mirosław Bożek SJ

 

Czwartek, 11 marca 1999

Nawrócić się to zmienić swój sposób my?lenia -- zaufać Bogu. Ale może pojawić się pytanie: co jest niewła?ciwego w moim sposobie my?lenia? Jestem sob? -- najważniejsze jest to, by nic nie krępowało wolnych wyborów, których dokonuję. Szukam przecież najlepszego sposobu na swoj? samorealizację. Owszem, mogę się czasem pomylić, ale w końcu tylko ja mogę ocenić, co jest dla mnie dobre. Trzeba podj?ć ryzyko.

"Jest prosty sposób sprawdzenia, czy potrzebny jest gwóĄdĄ, czy wkręt. Wbij gwóĄdĄ w deskę. Je?li deska pęknie -- przekonasz się, że potrzebny był wkręt."

Owszem, nie muszę sam sprawdzać, że ogień naprawdę parzy, ale żałuję czasami, że jest tyle różnych rzeczy, których nigdy nie przeżyję. Każdy mój wybór oznacza, że z czego? muszę zrezygnować. Mało tego, je?li chcę się uważać za człowieka wierz?cego, powinienem już w punkcie wyj?cia zrezygnować z pewnych rzeczy, a czasami nie potrafię zrozumieć dlaczego. Chciałbym znać powody, a nie przyjmować co? ot tak, "na słowo". Póki co, pozostaje mi tylko próbować, wbrew wszystkiemu, zaufać i uwierzyć w to, co napisał Rainer Maria Rilke:

"Przeżywaj teraz pytania.
Być może póĄniej, stopniowo,
nie dostrzegaj?c tego,
przeżyjesz pewnego dnia
także i odpowiedĄ."

Mirosław Bożek SJ

 

Pi?tek, 12 marca 1999

Osiem lat temu spotkałem w tramwaju dawno nie widzianego kolegę. Po tradycyjnym "co u ciebie słychać?", zacz?ł opowiadać o sylwestrowej imprezie sprzed kilku dni. Mówił, że ostro zabalował: już o drugiej urwał mu się film, a rano, ku swemu zaskoczeniu, obudził się w mieszkaniu obok -- w łóżku z żon? s?siada. Ja z kolei opowiedziałem mu o moim sylwestrze na Europejskim Spotkaniu Młodych prowadzonym przez Brata Rogera z Taize. Popatrzył na mnie jakby z zazdro?ci?: "Z ciebie zawsze był taki idealista..." I dorzucił szybko: "Ale życie jest przecież jak papier toaletowy: szare, długie i do d...; trzeba skorzystać z niego ile się da zanim się to wszystko rozpieprzy -- tylko tyle masz, ile zd?żysz złapać."

Pamiętam to specyficzne poczucie wyższo?ci, jakie się wtedy we mnie pojawiło. Jak bardzo było ono fałszywe u?wiadomiłem sobie dopiero kilka lat póĄniej podczas pewnych rekolekcji. Przypomniałem sobie tamto spotkanie w chwili, gdy docierało do mnie, że i ja boję się ?mierci. Starannie to przed sob? ukrywałem. W gruncie rzeczy różnica pomiędzy mn? i nim polegała tylko na tym, że moje sposoby zapychania czasu i łapania wrażeń były cokolwiek bardziej wyrafinowane, niż alkohol i "szybkie" dziewczyny.

Jezus pokonał ?mierć -- to samo sedno Dobrej Nowiny. Je?li Mu zaufać, codzienno?ć nabiera nowych znaczeń.

Mirosław Bożek SJ

 

Sobota, 13 marca 1999

"Niech ci nie zabraknie ufno?ci w czasie twej modlitwy". (Syr 7,10)

Najbardziej przejmuj?cym fragmentem Ewangelii jest dla mnie opis modlitwy Jezusa w Gethsemani. Jezus, którego całe ciało przeniknięte jest ?wiadomo?ci? nadchodz?cego cierpienia, i to cierpienia możliwego do uniknięcia, staje się mi tak bardzo bliski w chwilach, gdy do?wiadczam lęku przed cierpieniem i ?mierci?, albo -- czę?ciej -- gdy po prostu boję się swojej własnej słabo?ci. "Nie takiego bowiem mamy arcykapłana, który by nie mógł współczuć naszym słabo?ciom, lecz do?wiadczonego we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyj?tkiem grzechu" (Hbr 4,15).

Jezus pokazał mi, jak zaufać Ojcu, gdy w momencie kryzysu uczucia krzycz? przeciwko temu, co wydaje się absurdem; jak zaufać, gdy wszelkie argumenty podsuwane przez rozum, kiedy? tak przekonywuj?ce, wydaj? się miałkie i pozbawione podstaw. Za każdym razem, gdy po raz kolejny podejmuję wysiłek nawracania się -- przemiany swojego sposobu my?lenia -- brzmi? w tym takie lub podobne słowa: "Panie, Ty znasz moje pragnienia, wiesz, co mnie najbardziej poci?ga, a od czego wolałbym uciec jak najdalej; proszę cię jednak, pomóż mi wybrać to, co jest zgodne z Twoj? wol?."

Najtrudniejsza była (i jest) dla mnie konfrontacja z moim "nie chcę": przyznanie się przed Bogiem i samym sob?, że w gruncie rzeczy wcale nie mam ochoty na żadne "nawracanie się". Kiedy? pomógł mi w tym tekst pewnej angielskiej karmelitanki, którego fragmentem chciałbym się podzielić:

"Mówimy Jezusowi: >Je?li zechcesz, możesz mnie oczy?cić<. Ale On odpowiada: >Ja bardzo chcę -- ale czy ty chcesz?< Owo >chcenie< stanowi zawsze sedno sprawy.

Czy istnieje jaki? sposób, by okre?lić, czy rzeczywi?cie chcemy, żeby Jezus oddał nas Ojcu? Je?li Bóg zanurzył cię w swej miło?ci tak głęboko, że przemienił cię w Jezusa, to naprawdę chciałe? Go z przemożn? sił?. Ale je?li tak się jeszcze nie stało -nawet, je?li z pokor? musisz przyznać, że niewiele w ogóle się wydarzyło, może tak być tylko dlatego, że potajemnie, w swej głębi, nie chciałe? żeby się to stało. Jest to co? na co nie możesz nic poradzić -- owe ukryte pragnienia, które kształtuj? sposób postępowania s? poza naszym zasięgiem. Ale nie s? one poza zasięgiem Boga. Bóg daje nam sakramenty wła?nie po to, by otworzyć owe tajniki serca na łaskę i zmienić to, co wydaje się nam, że chcemy, w rzeczywisto?ć. Nasze uczynki pokazuj? nam, czego naprawdę chcemy -- widok przygnębiaj?cy i w smutny sposób współistniej?cy z emocjonaln? ?wiadomo?ci? całkiem innych pragnień. Musimy oddać to Bogu, zarówno przez własne zdecydowanie, jak i zanurzaj?c nasz? nędzę w mocnej, obiektywnej modlitwie Mszy |więtej i sakramentów. Tam spotykamy Jezusa, który oddaje się całkowicie Ojcu i zabiera nas ze Sob?. Możemy wtedy prawie zobaczyć, co Duch |więty próbuje zdziałać w naszej głębi. Pozwólmy Mu tego dokonać -- niech będzie dla nas Bogiem. Jaka by nie była nasza przeszło?ć, nasze obawy przed przyszło?ci?, nasze tu i teraz.

O, Duchu |więty, wypowiedz w moim wnętrzu całkowite TAK Jezusa wobec OJCA."

Mirosław Bożek SJ

 

IV Niedziela Wielkiego Postu, 14 marca 1999

"Boże, Ty znasz moj? głupotę i występki moje nie s? zakryte przed Tob?. Niech przeze mnie nie wstydz? się ci, co Tobie ufaj?, Panie, Boże Zastępów. Niech przeze mnie się nie rumieni? ci, którzy Ciebie szukaj?, Boże Izraela." (Ps 69,6-7)

Wiem, jak na moje zaufanie do Boga wpływali ludzie, których spotykałem. |wiadectwo jednych i anty?wiadectwo drugich sprawiało, że zachowywałem się czasem tak, jak gdyby to tylko od nich zależało, czy Bóg jest godzien zaufania. Szczególnie dotyczyło to księży.

W pewnej chwili u?wiadomiłem sobie, że jestem nie tylko "biorc?", ale i "dawc?". S? ludzie, którzy patrz? na Boga przez pryzmat mojej osoby. Je?li w taki, czy inny sposób deklaruję się jako chrze?cijanin, to (jak w tym popularnym policyjnym ostrzeżeniu) od tego momentu wszystko, cokolwiek powiem (lub zrobię), może być użyte przeciwko mnie i -- przeciwko Bogu.

Rodzi się czasem pokusa, by o swojej wierze mówić dopiero wtedy, gdy osi?gnę wystarczaj?co wysoki poziom "duchowej doskonało?ci". Nie chcę, by kto? mógł mi zarzucić, że moje życie nie sięga tego, o czym mówię. Ale Bóg nie jest przecież tylko ide?, której warto?ć zależy od tego, kim s? jej stronnicy. On, je?li zechce, i je?li ja sam Mu na to pozwolę, może posługiwać się tym niedoskonałym narzędziem, jakim jestem. A do mnie należy nieustanny wysiłek wewnętrznej przemiany i modlitwa, by moja ograniczo?ć nie przyniosła wstydu tym, którzy Mu ufaj? oraz tym, którzy dopiero staraj? się zaufać.

Mirosław Bożek SJ

 

Poniedziałek, 15 marca 1999

"Jezu, ufam Tobie"

Po "Dzienniczek" siostry Faustyny Kowalskiej sięgn?łem, gdy u?wiadomiłem sobie pewien zbieg okoliczno?ci -- wspomnienie błogosławionej siostry Faustyny wypada akurat w dniu moich urodzin. Podchodziłem do niego z dystansem: odpychał mnie styl niewykształconej, wiejskiej dziewczyny. My?lałem nawet: "Panie Boże, nie mogłe? dać takiego przesłania komu?, kogo obdarzyłe? przyzwoitymi zdolno?ciami literackimi? Na pewno łatwiej by trafiało do współczesnych ludzi.

Jednak taki wła?nie styl "Dzienniczka" spełnia (a na pewno spełnił w moim przypadku) pewn? ważn? rolę: uczy pokory, albo przynajmniej pomaga u?wiadomić sobie jej brak u siebie. Im więcej różnych zdolno?ci posiadam, tym łatwiej mi o skłonno?ć do tego, by polegać tylko na samym sobie. Im mniej posiadam, im bardziej jestem ?wiadomy swojej ograniczono?ci, tym łatwiej mi zwrócić się o pomoc do Boga. A w Jego oczach te różnice, tak wielkie dla nas, praktycznie nie istniej? i wszyscy w równym stopniu potrzebujemy Jego miłosierdzia.

Tym, którzy impulsu do wielkopostnego nawrócenia szukaj? tutaj, w internecie, proponuję kilka zdań, które przekazała nam siostra Faustyna.

"Dusze d?ż?ce do doskonało?ci niech szczególnie uwielbiaj? moje miłosierdzie, bo hojno?ć łask, które im udzielam, płynie z miłosierdzia mojego. Pragnę, aby te dusze odznaczały się bezgraniczn? ufno?ci? w moje miłosierdzie. U?więceniem takich dusz Ja sam się zajmuję, dostarczę im wszystkiego, czegokolwiek będzie potrzeba dla ich ?więto?ci. Łaski z mojego miłosierdzia czerpie się jednym naczyniem, a nim jest -- ufno?ć. Im dusza więcej zaufa, tym więcej otrzyma. Wielk? mi s? pociech? dusze o bezgranicznej ufno?ci, bo w takie dusze przelewam wszystkie skarby swych łask. Cieszę się, że ż?daj? wiele, bo moim pragnieniem jest dawać wiele, i to bardzo wiele. Smucę się natomiast, jeżeli dusze ż?daj? mało, zacie?niaj? swe serca" ("Dzienniczek" 1578).

Mirosław Bożek SJ

 

Wtorek, 16 marca 1999

Głównym chyba powodem, dla którego czuję tak wielki opór, by bezwarunkowo powierzyć swoje życie Bogu, jest ?wiadomo?ć, że nie daje On "?więtego spokoju" i nie odsuwa ode mnie moich problemów. Co więcej, dokłada jeszcze kolejne.

"Jeżeli masz zamiar służyć Panu, przygotuj sw? duszę na do?wiadczenie." (Syr 2,1)

Gdy pytam Go, co mam robić, pakuje mnie w rzeczy, które nie przyszłyby mi nigdy do głowy. Czasem, zamiast doprowadzić mnie do rozwi?zania najprostsz? drog?, wymy?la najdziwaczniejsze sposoby utrudniania mi życia, bo, jak się czasem póĄniej okazuje, oprócz tej jednej sprawy ma chęć załatwić jescze inn?, a być może i trzy następne, o których się nie dowiem do końca życia.

"Zachowuj spokój serca i b?dĄ cierpliwy, a nie trać równowagi w czasie utrapienia." (Syr 2,2)

Gdy czasem, nie tak znów rzadko, mam do?ć takiego sposobu życia, u?wiadamiam sobie, że moje własne plany, oparte o mój własny rozum i intuicję, okazuj? się być niezmiernie ograniczone, a moje d?żenie do własnej wielko?ci wci?ż nie potrafi zaspokoić moich oczekiwań.

"Przylgnij do Niego, a nie odstępuj, aby? był wywyższony w twoim dniu ostatnim." (Syr 2,3)

Ale kiedy się decyduję na pełnienie Jego woli, zachowuje się tak, jak gdyby chciał mi pokazać, że przeżycie, które zdawało się mnie prowadzić do kresu mojej wytrzymało?ci, to nic wielkiego w poprównaniu z kolejn? niespodziank?, któr? mi przygotował.

"Przyjmij wszystko, co przyjdzie na ciebie, a w zmiennych losach utrapienia b?dĄ wytrzymały." (Syr 2,4)

W dodatku wci?ż twierdzi, że to wszystko dla mojego dobra, że wyciska ze mnie ostatnie poty dlatego, że Mu na mnie zależy.

"Bo w ogniu do?wiadcza się złoto, a ludzi miłych Bogu -- w piecu utrapienia." (Syr 2,5)

Czasami wydaje mi się, że lepiej byłoby trzymać się od Niego z daleka, troszczy się o mnie w taki wła?nie sposób. Ale wiele wskazuje na to, że On wie, co robi...

"B?dĄ Mu wierny, a On zajmie się tob?, prostuj swe drogi i Jemu zaufaj". (Syr 2,6)

Mirosław Bożek SJ

 

|roda, 17 marca 1999

Niebezpieczeństwo wycinkowego ogl?du

Czasami może nachodzić nas odczucie, że nasze życie staje się coraz bardziej płytkie i spłaszczone. Tracimy zupełnie sprzed oczu szersze horyzonty i zaczynamy obserwować ?wiat przez dziurkę od klucza, a kład?c się wieczorem do łóżka odpychamy od siebie nieprzyjemne pytanie po co wła?ciwie przeżyłem ten dzień.

Powodem tego może być (miejmy nadzieję) chwilowe utracenie perspektywy naszego życia i zatrzymanie się tylko na pewnych jego fragmentach. Jakie mog? być te fragmenty? Mog? być nimi moje grzechy, braki i słabo?ci, może znowu nie udało mi się powstrzymać i zrobiłem to głupstwo, a może brakuje mi m?dro?ci, urody, zdecydowania i jestem z tego powody zły na siebie oraz na innych. Ale przecież to nie jest wszystko i jeżeli się na tym zatrzymam, to może mnie to pogr?żyć.

Innym fragmentem s? moje talenty, zdolno?ci i sukcesy. Jeżeli będę widział tylko moje dobre oceny, wspaniał? figurę, awanse i nagrody oraz zazdro?ć w oczach innych, to także nie dojdę do całej prawdy o mnie, a fragment ten może popchn?ć mnie do pychy.

Istnieje także taka możliwo?ć, że będę widział wokół siebie samo zło: nic nie rozumiej?cych rodziców, zrzędliwego współmałżonka, zło?liwych nauczycieli i współpracowników, mafię w mie?cie i wojnę na ?wiecie. Jednak to także nie jest jeszcze wszystko, bo gdyby tylko taka była rzeczywisto?ć, to musieliby?my pozbyć się wszelkiego sensu i wiary.

W takim razie rozwi?zaniem mogłoby być założenie różowych okularów oraz wzajemne klepanie się po ramieniu ze słowami, że nie jest tak Ąle i jako? to będzie. To jednak także nie stawia nas w prawdzie, lecz w naiwnej beztrosce, która usprawiedliwia bezradne nicnierobienie

Wymienione fragmenty rzeczywisto?ci wi?ż? się w jaki? sposób z ograniczeniem naszego spojrzenia tylko do ziemskiej, doczesnej perspektywy, gdy tymczasem naszym ostatecznym przeznaczeniem jest to o czym ?w. Paweł mówi:

ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało,
ani serce człowieka nie zdołało poj?ć,
jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłuj?.
(Kor 2,9)

Arkadiusz Pieni?żek SJ

 

Czwartek, 18 marca 1999

Ach ci ludzie to brudne ?winie

Czasami spotykamy ludzi, o których jedyn? pewn? rzecz? jak? możemy powiedzieć jest to, że s? Ąli. To siedz?ce w nich zło objawia się nam na różne sposoby. poprzez chamstwo nieznajomych, z którymi stykamy się na ulicach, korytarzach i w sklepach. Czasami poprzez lekkomy?lno?ć i głupotę ludzi, z którymi zmuszeni jeste?my pracować. Kiedy indziej tracimy wiarę w ludzk? dobroć, gdy do?wiadczamy odrzucenia i agresji ze strony osób od których spodziewali?my się miło?ci.

Co my?leć zatem o ludziach? Jak można przebaczyć tym, którzy zdawałoby się z duż? bezinteresowno?ci? obdarowuj? nas swoim złem? Piszę zdawałoby się, bowiem nie wierzę w bezinteresowne czynienie zła przez ludzi, jestem raczej skłonny uważać, że ludzie czyni? zło, ponieważ sami kiedy? go do?wiadczyli. Kto? powiedział, że zrozumieć człowieka tzn. wszystko mu przebaczyć Jeżeli bowiem uda nam się poznać historię życia naszego krzywdziciela, jego rodziców, ?rodowisko, w którym się wychowywał, to nasza skłonno?ć do potępiania coraz bardziej słabnie. Gdyby?my zrobili jeszcze jeden krok dalej i poznali marzenia tego człowieka, to co naprawdę jest dla niego ważne i co kocha, to zobaczyliby?my, że jest on zwykłym człowiekiem, takim samym jak my z t? może różnic?, życie bardziej dało mu w ko?ć.

Zatem może będziemy skłonni uważać, że ludzie nie s? Ąli, ale mog? być z różnych powodów słabi i dlatego teraz Ąle postępuj?. Gdy popatrzymy na to z tej perspektywy może wypu?cimy z dłoni kamień, który przecież równie dobrze mógłby zostać wycelowany w nasze "nieskażone" złem osoby.

Arkadiusz Pieni?żek SJ

 

Pi?tek, 19 marca 1999

Czy Bóg jest mi potrzebny do szczę?cia?

Każdy z nas ma jakie? wyobrażenie o szczę?ciu własnym i swoich bliskich. Wyobrażenia te mog? być różne, ale załóżmy, że w swojej istocie ł?cz? się sprowadzaj?c do poczucia pełni, zadowolenia i rado?ci z życia.

Spotykamy się nieraz ze stwierdzeniem, że jedynie Bóg jest tym, który może w pełni odpowiedzieć na pragnienia człowieka i tym samym dać mu szczę?cie w przeciwieństwie do np. pieniędzy, które to szczę?cia nie daj?. A przecież s? ludzie, którzy buduj? b?dĄ zdobywaj? swoje szczę?cie na różne sposoby: poprzez pracę nad dziełem swego życia, poprzez doskonalenie własnej wiedzy i umiejętno?ci, poprzez relacje z innymi lub spełnienie swoich fantazji i wcale w tym wszystkim nie odnosz? się do Boga. Faktycznie tak to nieraz wygl?da, pozostaje jednak pytanie na ile to szczę?cie jest trwałe i pełne? Nie uważam wcale, że przez to należy je deprecjonować, wręcz przeciwnie jest ono niezwykle cenne (oczywi?cie o ile nie wi?że się z czyj?? krzywd?), a warto?ć tego ludzkiego szczę?cia polega wła?nie na tym, że odsyła nas ono do Tego, który jest Ąródłem i pełni? szczę?cia. Odsyła nas natomiast na dwa sposoby. Po pierwsze piękno i rado?ć płyn?ca z miło?ci do człowieka wskazuje nam na ogrom Jego Piękna i Rado?ci. Natomiast po drugie wszelka niedoskonało?ć ludzkiej miło?ci pokazuje nam, że tylko On może wypełnić nieskończone przestrzenie naszego serca.

Zatem wszelkie nasze małe szczę?cia maj? warto?ć drogowskazów ukazuj?cych nam cel. Czyż nie wygl?da to ?miesznie, gdy z całych sił obłapujemy drogowskaz my?l?c, że jest on celem naszej wędrówki?

Arkadiusz Pieni?żek SJ

 

Sobota, 20 marca 1999

Gdzie ma nas Bóg?

Setki razy słyszeli?my już o tym, że Bóg mnie kocha, iż to wła?nie On jest Miło?ci?, że troszczy się o mnie, i w ogóle jest ?wietnie. Nasi rodzice, księża katecheci, pobożne panie, dziadkowie i proboszczowie na tyle prawidłowo nas ukształtowali, że nie ważymy się powiedzieć złego słowa na Boga, przynajmniej na głos.

A jednak czasami mamy wrażenie, że co? tutaj nie pasuje widzimy ,że jest tak jak jest tzn. wcale nie wspaniale. Wkurzamy się kiedy widzimy jak różnym typom spod ciemnej gwiazdy całkiem dobrze się powodzi, gdy tymczasem uczciwy człowiek może tyrać całe życie i nigdy mu się nie przelewa. Nie zgadzamy się na ?wiat, w którym pełno jest niesprawiedliwo?ci, gdzie krzywdzi się bezbronnych, a dzieci musz? głodować. Jeste?my zrozpaczeni, gdy ludzie, których kochamy cierpi? i umieraj? i nie da się temu w żaden sposób zapobiec. W takich sytuacjach mog? nachodzić nas my?li, że Bóg jest zło?liwcem, który bawi się losami ?wiata, albo może w złagodzonej wersji, po prostu zaj?ł się On czym? innym, zapominaj?c o ?wiecie i o nas.

Ciekawy jestem jak zareagowałby Bóg, gdyby?my postawili przed Nim takie zarzuty. Spróbujmy dopu?cić Go do głosu, poprzez usta proroka Izajasza mówi On do nas:

"Czyż może niewiasta zapomnieć o swoim niemowlęciu,
ta, która kocha syna swego łona?
A nawet, gdyby ona zapomniała,
Ja nie zapomnę o tobie!
Oto wyryłem cię na oby dłoniach..."
(Iz 49, 15n)

Może nieraz trudno to uznać, ale do tego wła?nie potrzeba wiary. Potrzeba wiary w to, iż to nie Bóg stworzył zło, a jeżeli pozwala Ąle czynić jednym ludziom, a innym cierpieć to musi mieć w tym swój plan, który ostatecznie jest pełen sensu i miło?ci, plan w którym mie?ci się także okrutna ?mierć Jego Syna. I chociaż teraz jest to dla nas nie do pojęcia, to miejmy nadzieję, że kiedy? poznamy te plany w pełni i będziemy pełni zachwytu widz?c, że Bóg miał nas nie gdzie indziej jak tylko w swoim sercu.

Arkadiusz Pieni?żek SJ

 

V Niedziela Wielkiego Postu, 21 marca 1999

Eucharystia jest miło?ci?

List Ojca |więtego Jana Pawła II do wszystkich Biskupów Ko?cioła o Tajemnicy i Kulcie Eucharystii (Rzym, 24 II 1980 r.): Jeżeli życie wyraża się w spełnianiu największego przykazania czyli w miło?ci Boga i bliĄniego, to miło?ć ta znajduje swe Ąródło wła?nie w sakramencie Eucharystii, który powszechnie bywa nazywany Sakramentem miło?ci. Eucharystia tę miło?ć oznacza, a więc przypomina, uobecnia i urzeczywistnia zarazem. Ilekroć w niej ?wiadomie uczestniczymy, otwiera się w naszej duszy rzeczywisty wymiar tej niezgłębionej miło?ci, w którym zawiera się wszystko, co Bóg uczynił dla nas ludzi i co stale czyni. [...] Po tym wszyscy poznaj?, że?cie uczniami moimi, je?li będziecie się wzajemnie miłowali. Eucharystia do tej miło?ci wychowuje nas w sposób najgłębszy, ukazuje bowiem, jak? warto?ć w oczach Bożych ma każdy człowiek, skoro każdemu w taki sam sposób Chrystus daje siebie samego pod postaciami chleba i wina. Tajemnica eucharystyczna staje się szkoł? czynnej miło?ci bliĄniego.

|mierć Jezusa, uobecniana w Eucharystii, nieustannie objawia nam najwyższ? miło?ć Boga do człowieka. Eucharystia jest żywym spełnieniem słów Jezusa: Tak bowiem Bóg umiłował ?wiat [człowieka], że Syna swego Jednorodzonego dał [wydał na ?mierć], aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zgin?ł, ale miał życie wieczne (J 3, 16).

O mój Boże, wszechmocny jeste?, a jednak nie mógłby? nic więcej dla nas uczynić nad to, co uczyniłe?. O mój Boże, jeste? nieskończenie m?dry, a jednak nie mógłby? nam dać daru cenniejszego, nie mógłby? nam większej okazać miło?ci. Tak Bóg umiłował ?wiat, że Syna swego Jednorodzonego dał. ?w. Augustyn

Wielko?ć każdej miło?ci mierzy się wielko?ci? daru. Miło?ć Boga ku nam jest nieskończona, jak nieskończony jest dar ofiarowany nam przez Ojca w Jezusie Chrystusie. Jeżeli przeczujemy (bardziej sercem niż rozumem) tę nieskończon? miło?ć Ojca, zrozumiemy istotne znaczenie Eucharystii.

Przyczyny, które skłoniły Cię, Boże, do zst?pienia na ziemię, tym więcej musiały zniewolić Cię do zostania w?ród nas. (...) Jezus zowie się naszym przyjacielem, a wła?ciwo?ci? przyjaĄni jest d?żenie do pozostania z tymi, których się miłuje. Abp Pichenot

Eucharystia nie tylko objawia nieskończon? miło?ć Boga do człowieka, ale napełnia chrze?cijanina t? sam? miło?ci?. Dzięki Eucharystii chrze?cijanin może kochać t? miło?ci?, któr? kocha go Bóg. Jak mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Wytrwajcie w miło?ci mojej. (J 15, 9) Dzięki Eucharystii trwamy w miło?ci samego Boga. Dzięki niej Ciało i Krew Chrystusa rozchodz? się po naszych członkach. (?w. Cyryl Jerozolimski).

Najważniejszym przykazaniem jest nakaz miło?ci wzajemnej. W czasie mszy ?więtej poprzez przekazanie sobie znaku pokoju, dajemy wyraz, że pragniemy wypełnić to przykazanie. Znak pokoju może pomóc nam ożywić chłodn? atmosferę panuj?c? w?ród uczestników liturgii, tchn?ć w ni? ciepło i uczynić ze mszy ?więtej ucztę miło?ci. Znak pokoju wyraża nam w sposób werbalny i niewerbalny: Kocham cię.

Remigiusz Recław SJ

 

Poniedziałek, 22 marca 1999

Krzyż jest miło?ci?

Prędzej czy póĄniej życie każdego człowieka, także twoje, zderzy się z "poprzeczn? belk?", która naznaczy je krzyżem. Może to będzie choroba, ?mierć, jakie? nieszczę?cie osobiste lub kogo? bliskiego. Może kto? cię oszuka, zawiedzie m?ż lub żona. Będ? cię ?ledzić, działać przeciw tobie, pragn?c cię wykończyć. Będziesz bliski kresu wytrzymało?ci.

Krzyż jest czym? realnym w życiu każdego człowieka, tylko, że bywa coraz mniej ludzi przygotowanych na spotkanie z nim i pogodzenie, by go dĄwigać. Nie ma wyboru! Albo go podejmiesz, albo on złamie cię. Jeżeli nie chcesz dĄwigać krzyża, to będziesz to robił z przymusu - dotkliwiej i głębiej. Krzyż do?wiadczeń można tylko wtedy dĄwigać, kiedy zrozumiesz jego głęboki sens.

Krzyż jest jakby anten?, przekazuj?c? ci Boże natchnienie, Boże informacje. On nie usunie ci twoich cierpień, ale dopomoże zrozumieć ich sens. Dlatego bez sensu jest modlitwa, która notabene jest skażon? modlitw?: "Panie Boże ratuj mnie przed krzyżem, zabierz krzyż z mojego życia". Powinni?my przyjmować krzyż tak samo chętnie, jak przyjmujemy Komunię ?w., bo i w rzeczywisto?ci oznacza to gotowo?ć przyjęcia krzyża.

Jak długo jeste?my na ziemi, miło?ć, która nas jednoczy, będzie przynosić nam cierpienie z powodu naszych wzajemnych kontaktów. Dlatego też miło?ć jest składaniem połamanych ko?ci w ciele. Nawet ?więci nie mog? żyć ze ?więtymi na ziemi bez jakiego? udręczenia, bez bólu spowodowanego różnicami, które między nami pojawiaj? się.

Tylko szatan może kusić człowieka do szukania miło?ci bez krzyża. Miło?ć ludzka zawsze wi?że się z cierpieniem i krzyżem, ponieważ domaga się od człowieka przekraczania siebie.

Jezus powiedział s. Faustynie Jeżeli nie przekonała was o miło?ci ?mierć moja, to cóż was przekona?

Karmię Was tym, czym sam żyję mówi ?w. Augustyn. Jeżeli żyjemy nienawi?ci? do siebie, karmimy tym samym naszych bliĄnich, także wówczas, kiedy chcemy ich bardzo kochać. Dzi? potrzeba nam ludzi na miarę ?w. Franciszka z Asyżu - ubogiego, bożego człowieka, pozbawionego niezdrowych ambicji i wszelkich pretensji. Człowieka pełnego prostoty i uzdrawiaj?cej siły ubóstwa. Małego brata, pełnego rado?ci i zwracaj?cego się do każdego z miło?ci? bez granic. Tylko szczę?liwy człowiek może uszczę?liwiać innych.

Remigiusz Recław SJ

 

Wtorek, 23 marca 1999

Przebaczenie jest miło?ci?

Bóg obecny jest w każdym słowie, które Cię uderza i podtrzymuje. On jest obecny w dłoni złożonej na twoim ramieniu. Bóg jest obecny w ustach, które cię z miło?ci? całuj?. W serdecznym objęciu ludzkich ramion, czujesz ciepło Boskiego Serca. Ludzie potrafi? sensownie mówić o Bogu i wzajemnie się rozumieć, je?li w ich sercach mieszka Boża Miło?ć.

Bł. s. Faustyna żali się Jezusowi: Jak ci ludzie mało mówi? o Tobie. O wszystkim, tylko nie o Tobie, Jezu. A jak mało mówi?, to pewnie i nie my?l? wcale.

Zazwyczaj pierwsze uderzenie wymierzone przeciw drugiemu, to słowo. B?dĄ ostrożny w mówieniu o innym człowieku. Słowa mog? być groĄn? broni?, mog? zadać ciężkie rany drugiemu. Pozwól, aby Bóg mieszkał w twoim słowie, a ono będzie wtedy ?wiatłem, życiem i miło?ci?.

Dajesz nam sposobno?ć, Panie, do ćwiczenia się w uczynkach miłosierdzia, a my ćwiczymy się w s?dach. bł. s. Faustyna

Każdy akt przebaczenia, który wzajemnie sobie ofiarujemy sprawia, że miło?ć nasza rozkwita jakby na nowo. Przebaczenie jest bowiem nieustannym powracaniem do pierwszej miło?ci i wierno?ci. Miło?ć sprawdza się w wierno?ci, a doskonali w przebaczeniu (Piet van Breemen SJ). Błędy i słabo?ci, którymi ranimy się wbrew własnej dobrej woli, nie musz? degradować naszej miło?ci, ale mog? stać się miejscem jej doskonalenia dzięki wzajemnemu przebaczeniu.

Kiedy przebaczamy i przyjmujemy Boże przebaczenie, napełniamy się miłosierdziem. Miłosierdzie oznacza miło?ć i przebaczenie. Miłosierdzie to brakuj?ce ogniwo w miło?ci. Nie możecie kochać nie potrafi?c okazywać miłosierdzia. Nie możecie też okazywać miłosierdzie nie kochaj?c!

Remigiusz Recław SJ

 

|roda, 24 marca 1999

Dn 3,14-20.91-92.95; J 8,31-42

Spójrzmy na dzisiejsz? Ewangelię okiem przypadkowego przechodnia lub turysty odwiedzaj?cego Jerozolimę. Przechodzień napotyka rozpalonych kłótni? Żydów. Co robi wobec tego? Najprawdopodobniej oddala się czym prędzej od takiej gromady. Szuka sobie cichszego zak?tka w mie?cie. Być może jednak naszego przechodnia zaciekawiłoby to, kto okaże się zwycięzc? w obserwowanym sporze, i być może nasz przechodzień pozostałby przez chwilę na miejscu. Czego by się wtedy dowiedział? Ano okazałoby się, że w sporze Chrystusa z faryzeuszami nie ma wygranych ani pokonanych. Jest tylko niezrozumienie. Jezus odchodzi w swoj? stronę, a faryzeusze w swoj?...

Co zatem stało się z zawsze zwycięskim Chrystusem? I co stało się z nasz? pewno?ci?, że Chrystus miał, oczywi?cie, rację?

Każdy z uczestników sporu zarzucał drugiemu, że brak mu wystarczaj?cego autorytetu, żeby zdobyć serca i umysły wszystkich:

-- "Je?li będziecie trwać w nauce mojej, będziecie prawdziwie moimi uczniami i poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli" -- mówił Jezus.

-- "Jeste?my potomstwem Abrahama i nigdy nie byli?my poddani w niczyj? niewolę. Jakże Ty możesz mówić: wolni będziecie?"-- słyszał w odpowiedzi.

-- "Wiem, że jeste?cie potomstwem Abrahama, ale wy usiłujecie Mnie zabić, bo nie przyjmujecie Mojej nauki. (...) Gdyby?cie byli dziećmi Abrahama, to by?cie pełnili czyny Abrahama. Teraz usiłujecie Mnie zabić, człowieka, który powiedział wam prawdę usłyszan? u Boga. Tego Abraham nie czynił" -- wytykał Chrystus faryzeuszom.

To przeci?ganie liny mogłoby trwać, aż rozmówcom zabrakłoby sił. Nasz przechodzień zmęczony długotrwałym napięciem uwagi, chłon?c z emocji, poszedłby sobie w końcu do hotelu na peryferiach miasta.

Gdzie jednak podziało się nasze głębokie przekonanie o słuszno?ci słów Jezusa oraz o pokrętno?ci słów faryzeuszy? Przecież nasze przekonanie o błędzie faryzeuszy powinno być równie silne, jak przekonanie Szadraka, Meszaka i Abed-nego o błędzie Nabuchodonozora, który kazał im składać ofiary bożkom (por. Dn 3,14-20.91-92.95). Czy gdyby owi trzej młodzieńcy z księgi Daniela byli ?wiadkami kłótni Jezusa z faryzeuszami, to i oni czuliby to, co my? Czy i oni mieliby ledwie niejasne pogl?dy na temat tego, kto tu przegrywa i dlaczego?

Trzej młodzieńcy z księgi Daniela nie mieli w sobie nic z postawy obserwatora lub widza. Ich serca były siedmiokroć gorętsze niż rozpalony piec, do którego Nabuchodonozor wrzucił ich za wiarę w niewidzialnego Boga. Trzej młodzieńcy przeszli cudownie i bez szwanku przez ten rozpalony piec, ale przecież nie zapewniła im tego chłodna obserwacja, ani oczekiwanie na to, aż kto? ich przekona. Wielkie zaangażowanie, wielka wiara i gor?ca modlitwa -- oto co im pomogło. Nasz snuj?cy się po Jerozolimie turysta najprawdopodobniej nigdy nie sprzeciwił się swemu prezydentowi (takiemu jak Nabuchodonozor), nigdy też nie musiał położyć na szalę swego własnego życia (jak Szadrak, Meszak i Abed-ne). A my? Pewien współczesny teolog, Karl Rahner, powiedział, że "w XX wieku chrze?cijanin albo będzie mistykiem, albo go wcale nie będzie."

Nie jeste?my sami na drodze wiary! Wspólnota modl?cych się ludzi i Anioł Boży towarzysz? także nam.

Marek Tryznowski SJ

 

Czwartek, 25 marca 1999

Rdz 17,3-9; J 8,51-59

Trudno jest pisać o miło?ci, tym bardziej miło?ci Boga do człowieka. Dużo łatwiej napisać o tym, czym ona nie jest. Ale Pan Bóg stawia nas, je?li mamy wiarę, przed faktami miło?ci.

Ja ciebie wybieram sobie na sługę, "nie będziesz więc odt?d nazywał się Abram, lecz imię twoje będzie Abraham"; "uczynię ciebie ojcem mnóstwa narodów"; "pochodzić będ? od ciebie królowie"; "oddaję tobie i twoim potomkom (...) cały kraj Kanaan, jako własno?ć na wieki, i będę ich Bogiem". Jakaż litania darów...! "Będę ich Bogiem" -- czy można dać więcej? Nie wiem, ale Jahwe dopełnił to przymierze o swego Syna, czyni?c Go potomkiem Abrahama. Czy jest jaki? Bóg tak dobry jak Jahwe?!

Gdy wsłuchuję się w te słowa z Księgi Rodzaju o obdarowaniu Abrahama, to rozumiem je przez analogię tak, jak bym znajdował się na zaproszenie króla Wielkiej Brytanii na jego dworze, a on czy?cił mi buty i sprz?tał mój pokój, prał moj? bieliznę i ciuchy, gotował i usługiwał przy stole, i był moim własnym kierowc? we własnej limuzynie, płacił moje rachunki i regularnie wpłacał na moje konto pokaĄne sumy angielskich funtów. A to wszystko dla jakiej? niepojętej motywacji, która uwalnia jego umysł od my?li o upokorzeniu z powodu wykonywania służebnych czynno?ci, a która zarazem czyni Go radosnym po prostu z powodu swojego istnienia i pomnaża t? rado?ć stokrotnie zawsze wtedy, gdy może choć trochę usłużyć.

Co w tym najdziwniejsze? Chyba to, że wsłuchuj?c się w biblijn? lekcję nie posiadam się wprost ze zdziwienia, ani nijak tego nie mogę poj?ć: jak to możliwe, że z Królem Więcej Niż Brytanii znamy się (ale i nie znamy) od wieków?

Marek Tryznowski SJ

 

Pi?tek, 26 marca 1999

Jr 20,10-13; J 10,31-42

Nikt nie może powiedzieć: "Wiem wszystko". I nikt nie może powiedzieć: "Wiem na pewno", bo najpierw musiałby wszystko wiedzieć. Każdy z nas wie więcej lub mniej i jest to wiedza mniej lub bardziej pewna. Kiedy czytamy dzisiejsze lekcje Pisma |więtego nie musimy tracić sprzed oczu tej perspektywy. Bior?c do ręki t? |więt? Księgę nie stajemy się automatycznie posiadaczami Boskiej wiedzy i pewno?ci, choć, jak wierzymy, mamy w niej pełnię objawienia. Dlatego mówimy, że Biblia jest pełna tajemnic.

Kto postępuje wbrew Prawu? Czy faryzeusze, którzy zgodnie z Prawem chc? Jezusa ukamienować za bluĄnierstwo? Czy Jezus, który nazywa siebie Synem Bożym? Czy faryzeusze, ponieważ nie daj? wiary Jego posłannictwu Mesjasza? Czy Chrystus, który pomylił się co do swego posłannictwa? Nie wiemy tego z lektury Biblii, je?li nie odczytujemy jej w wierze, podobnie jak nie jeste?my w stanie rozstrzygn?ć wszystkich spraw s?dowych; i podobnie jak nie potrafimy zdobyć się na pewno?ć, co do przyczyn powstania ?wiata i człowieka.

Jednakże nie jest tak, że nie wiemy niczego. Ko?ciół przez prawie dwa tysi?ce lat zgromadził wiele skarbów tradycji, które mniej lub bardziej rozja?niaj? nasz? niewiedzę na temat Objawienia. Ale to nie wystarczy. Potrzeba zaangażowania i wiary! Gdyby Chrystus liczył tylko na lekturę Prawa i na jego interpretatorów, a pomin?ł lekturę serca, to prawdopodobnie, tak jak faryzeusze, nie wydobyłby z Prawa niczego prócz "litery" i wyuczonych interpretacji.

Kiedy Nikodem przychodzi do Jezusa, wyznaje wiarę, a nie wiedzę, gdy mówi: "Rabbi, wiemy, że od Boga przyszedłe? jako nauczyciel. Nikt bowiem nie mógłby czynić takich znaków, jakie Ty czynisz, gdyby Bóg nie był z nim" (J 3,2). Podobnie Jeremiasz, którego dotykaj? oszczerstwa zaprzyjaĄnionych z nim ludzi, wierzy, a nie wie, iż "Pan jest przy nim jako potężny mocarz; dlatego jego prze?ladowcy ustan? i nie zwycięż?".

"Kto postępuje wbrew Prawu?" Jezus czy faryzeusze? Jezus mówi o sobie, że jest Mesjaszem. Naraża się tym samym na ?mierć. Postępuje w sposób ?więty, boski i doskonały. Mówi nam o tym nie tylko rozum, lecz również i przede wszystkim wiara. Czy zatem ta szczególna droga naszego poznania, wiara, nie domaga się od nas stale czego? więcej -- zaufania, serca, modlitwy?

Marek Tryznowski SJ

 

Sobota, 27 marca 1999

Ez 31,21-28; J 11,45-57

Ezechiel przedstawia tak idylliczn? wizję zgromadzenia Izraela w jeden naród i jedno państwo jednorodne religijnie, że podany w Ewangelii ?rodek do tego osi?gnięcia tego idyllicznego celu ogromnie nas zaskakuje -- ?mierć Zbawiciela.

Jezus polaryzuje stanowiska i postawy Jemu współczesnych, nie daj?c ludziom przej?ć obok siebie obojętnie. Nie jest hipnotyzerem, magiem, trybunem ludu, ideologiem, agitatorem czy łapówkarzem; dlatego nie pozwala się zamkn?ć w jakimkolwiek jednostronnym spojrzeniu i nie pozostawia obojętnym.

Czasem tak bywa, że człowiek woli zabić niż przyznać się, że powinien się zmienić. Jezus mówi faryzeuszom wprost: "wy usiłujecie Mnie zabić, bo nie przyjmujecie Mojej nauki. (...) Teraz usiłujecie Mnie zabić, człowieka, który powiedział prawdę usłyszan? u Boga" (por. J 8, 31-42). Najwyższa Rada w dzisiejszej Ewangelii uznaje Jezusa za największe wówczas zagrożenie dla przetrwania religii i narodu żydowskiego -- oskarża Jezusa, największe Dobro dla ludzi: odkupienie i zbawienie oraz obietnica życia wiecznego. To Dobro niestety nie spotyka się ze zrozumieniem ze strony pasterzy Izraela.

Jakże trudno rozpoznać "Drogę, Prawdę i Życie" i jak w?ska jest ?cieżka prowadz?ca do Królestwa? Dzięki Jezusowi wiemy jednak, że to, co nieprawdopodobnie trudne, staje się już teraz możliwe.

Marek Tryznowski SJ

 

Niedziela Palmowa, 28 marca 1999

"Co chcecie mi dać, a ja wam go wydam"

Mt 26,14-27.66

Czy to Judasz doprowadził do ?mierci Jezusa? My?lę, że Ewangelia nie pozwala nam na jednoznaczn? odpowiedĄ. Jezus-przedmiot targu zostaje pozbawiony wolno?ci przez służ?cych arcykapłana. W wyniku sprzysiężenia, w którym bierze udział cały lud, ginie na krzyżu. A jednak pozbawiony wolno?ci i życia Chrystus zmartwychwstaje -- objawia nam swoj? absolutn? wolno?ć. Sprzeczno?ć niewoli i wolno?ci staje się zrozumiała dopiero w ?wietle powstania z martwych. Ono roz?wietla ciemno?ć nocy w Ogrójcu, pokazuj?c, że to sam Jezus zgodził się sw? niewolę, a ostatecznie -- na swe ukrzyżowanie. Pozwolił by zło z cał? gwałtowno?ci? okazało sw? nico?ć, niemoc i ułudę. Chrystus pokazał nam również, że ta ułuda zła, nie jest tylko jakim? "błędem w my?leniu" czy "pomyłk? uczuć", ale że jest faktycznym podpisywaniem wyroku ?mierci na człowieka i na Pana Boga.

Natomiast zdrada Judasza jest proporcjonalna do siły zniewalaj?cego poż?dania, które pcha go ku politycznym celom, pieni?dzom i satysfakcji. Judasz tym bardziej jest zniewolony, im bardziej "niezależny", im bardziej zbuntowany przeciw Bogu, ludziom i ?wiatu. Judasz stawia na samego siebie, na swoje rozumienie misji Mesjasza i końcem końców przegrywa. Ale im bardziej popada w niewolę samego siebie, tym większ? wolno?ć pokazuje mu jego Mistrz. Podobna zależno?ć cechuje Judaszow? tragiczno?ć. Specyfika Judaszowej tragedii to jakby oddanie duszy w zastaw "nie wiadomo komu". Ja również, ilekroć zbaczam z "Drogi" przykazań, rozmijam się z "Prawd? i Życiem". Ilekroć uciekam przed Bogiem, pcham się w nie wiadomo czyje towarzystwo.

Judaszowy wybór, zdrada, doprowadziła do fizycznej niewoli i do ?mierci, te ostatnie jednak nie dotknęły samego Jezusa. Prawda jest taka, że Jezusa można zdradzić, a jednocze?nie samemu do?wiadcza się wtedy zniewolenia i ?mierci.

Jakie s? moje zdrady, targi, sprzeczno?ci, wybory? Czy nie po?więcam większo?ci mojego życia samemu sobie? Czy wiem o tym, że dziękuj?c i prosz?c -- po prostu opisuj?c Bogu swoje życie słowem -- mogę naprawdę wszystko i wszystkich powierzyć Chrystusowi?

Marek Tryznowski SJ

 

Wielki Poniedziałek, 29 marca 1999

"Eli, Eli, lama sabachthani?"

Co powstrzymuje mnie przed na?ladowaniem Judasza? Gorzko płacz?cego Piotra powstrzymał lęk. Piotr nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni gorzko zapłakał, jednakże spojrzenie Chrystusa było jeszcze bardziej przepełnione miło?ci? niż ten płacz. Wzrok Jezusa to jakby spojrzenie z samej głębi męki i zmartwychwstania, które miały wydarzyć się już za chwilę.

Jezus zaprosił swoich towarzyszy do uczestnictwa w tajemnicy Krwi Przymierza, która "za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów". To uczestnictwo było najpierw zwyczajnym udziałem w niezwyczajnej uczcie. Podano im do r?k prza?ny chleb i wino. Kosztowali i przekazywali je sobie dalej z drżeniem i niedowierzaniem. Spożywali chleb i wino jako ciało i krew siedz?cego obok Mistrza. Z r?k do r?k przekazywali sobie jego życie, jego zupełny i nieodwołalny dar z siebie... To do czego zaprosił ich Jezus, to przecież znacznie więcej niż oddać klucze własnego domu jakiemu? obcemu człowiekowi i to tylko dlatego, że on twierdzi, iż "Pan go potrzebuje" (Mt 21,2-3.7), a następnie samemu przyj?ć los tułacza z nadziej?, że wszyscy przez ten gest stan? się bogatsi. Chrystus wydał samego siebie w taki sposób, że nie tylko sam utracił własne życie, ale rzeczywi?cie obdarzył nim innych. Przez swoj? mękę i zmartwychwstanie nauczył nas wszystkich, jak żyć życiem Bożym.

Gest Chrystusa, jego wydanie siebie, jego męka jest eucharystycznie uobecniona. W ten sam sposób trwaj? po?ród nas przez wieki jego spojrzenie na Piotra, jego ręka podana ton?cemu Apostołowi...

Jak rozumiem cierpienie? Jak praktykuję miło?ć? Jak na?laduję Chrystusa?

Marek Tryznowski SJ

 

Wielki Wtorek, 30 marca 1999

"Dok?d Ja idę, ty teraz za Mn? pój?ć nie możesz, ale póĄniej pójdziesz"

J 13,21-33.36-38

Piotr w Ewangeliach jest typem człowieka, który nie mierzy sił na zamiary -- widać to szczególnie wyraĄnie w scenach sprzed męki Chrystusa. W dzisiejszej Ewangelii Piotr zapewnia, że odda życie za Jezusa, ale potem, w krytycznym momencie wyprze się jednak swojego Mistrza. W innym miejscu wykaże słabe zrozumienie nauki Mistrza i uderzy mieczem sługę arcykapłana. Jest w Piotrze jaka? szczególna nieodpowiednio?ć słów i czynów.

Inaczej jest z Jezusem, który konsekwentnie potwierdza czynami swoje słowa oraz słowa starotestamentalnych proroków. Jego słów ludzie słuchali z wielk? uwag?, gdyż przemawiał jak ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Pi?mie.

Je?li popatrzę na moje słowa i czyny, to odnoszę wrażenie, że postawa Piotra zdarza mi się bardzo często, a konsekwencja Jezusa należy do rzadko?ci.

Największym sprawdzianem Jezusowej konsekwencji, a dla nas zbawiennym ?wiatłem Jego miłosierdzia, była Jego zgoda na hańbi?c? ?mierć przez ukrzyżowanie. Kiedy Chrystus mówi do Piotra: "dok?d Ja idę, ty teraz za Mn? pój?ć nie możesz, ale póĄniej pójdziesz", to brzmi to tak, jakby umiejętno?ć przyjmowania cierpienia była dla Niego kryterium zdolno?ci do autentycznego pój?cia z a Nim.

Jak ja wobec tego przyjmuję cierpienie, porażkę, niepowodzenie?

Marek Tryznowski SJ

 

Wielka |roda, 31 marca 1999

Jeden z was Mnie zdradzi...
(por. Mt 26, 14-25)

Dzisiejsza Ewangelia czyni nas ?wiadkami Judaszowej zdrady. Ta zdrada nie dokonała się chyba owej pamiętnej nocy w Ogrodzie oliwnym, kiedy to Judasz przywitał swojego Mistrza pocałunkiem, ale dokonała się wła?nie teraz, w czasie ostatniej wieczerzy, a nadto była już wcze?niej przygotowywana. Teraz trwa pożegnalna uczta. Jest to Pascha Baranka. Jego przej?cie przez ?mierć do życia. Chrystus, jak słyszymy, nie tylko wszystkiego się domy?la, ale sam wszystko zapowiada, o wszystkim gło?no mówi. Mówi także cał? prawdę o swoim zdrajcy. Ten za? także jest wszystkiego ?wiadom. Mimo to jednak decyduje się na zdradę! Podejmuje j? z wyrachowaniem...

Jaki? czas temu mój przyjaciel, Józef Majewski, pisał na łamach "Znaku" o Judaszowej tragedii i zasugerował tam, że Iskariota po prostu nie wierzył w to, że Jezus jest Mesjaszem. Judasz postanowił działać zgodnie ze swym przekonaniem i zgodnie z nakazem Prawa -- wydał Jezusa Sanhedrynowi, bo doszedł do wniosku, że nie jest On Chrystusem, ale samozwańcem lub kim? tego rodzaju. W każdym razie, Judasz był przekonany, że postępuje dobrze. Dopiero póĄniej, parę godzin póĄniej, przekonał się, że był w błędzie.

My?lę, że w tej interpretacji jest pewna słuszno?ć. Obecny stan nauk egzegetycznych nie pozwala (i być może nigdy nie pozwoli) na podanie jakiej? kompletnej, wyczerpuj?cej interpretacji postaci Judasza. Nie ulega jednak najmniejszej w?tpliwo?ci, że samemu Chrystusowi zależy, żeby każdy z nas miał tak? interpretację. Nie chodzi tu tylko o przestrogę. Chodzi o to, żeby naprawdę uczestniczyć w życiu Chrystusa i żeby naprawdę poczuć się choć trochę Piotrem, Janem i Judaszem... Najważniejsza interpretacja Ewangelii to ta, która mnie choć trochę przybliży do Chrystusa, a od zła oddali. Postacie Ewangelii maj? mi w tym pomóc.

Ja historię Judasza rozumiem następuj?co. Judasz Iskariota był kandydatem na porz?dnego Apostoła. Miał swoje zalety i wady. W?ród nich była także jaka? poważniejsza wada, która na co dzień ujawniała się w drobnych wykroczeniach. Judasz nie przywi?zywał do tych ostatnich większej wagi. Co było t? wielk? wad?? Nie wiem. Natomiast owe "drobne wykroczenia" to mogło być na przykład podkradanie pieniędzy ze wspólnej kasy -- o tym wspomina Ewangelista Jan -- ale mogło być również co? innego.

Dla Judasza jednak najważniejsza była sprawa Mesjasza. Judasz chciał go rozpoznać, być przy nim, służyć mu. Chciał zrobić dla Pana Boga jak najwięcej. Jestem przekonany, że Judasz rozpoznał Mesjasza w Jezusie. Ale po jakim? czasie doszedł do wniosku, że on, Judasz, rozumie misję Mesjasza lepiej niż sam Jezus. Doszedł do wniosku, że Jezus "nie staje na wysoko?ci swego zadania", bo oci?ga się z pój?ciem do Jerozolimy, "traci impet", jakby wycofuje się z tego, do czego powołał go Bóg. Dlatego Judasz doszedł do wniosku, że powinien "pomóc" Mesjaszowi.

Skoro Jezus już tyle razy cudownie wybrn?ł z opresji, tyle już razy okazał się mocniejszy niż faryzeusze, arcykapłani i Rzymianie, to teraz trzeba Mu "pomóc", żeby to zrobił jeszcze raz i to definitywnie -- tak, żeby wreszcie raz na zawsze i wobec wszystkich okazał się prawdziwym Mesjaszem. Judasz poczuł się kustoszem woli Bożej lub lepiej: Policjantem Pana Boga. Na wszystkich zacz?ł patrzeć z góry. Nawet przestrogę Jezusa ("Ty Mnie zdradzisz") potraktował jako dowód swoich racji, a zarazem dowód tego, że Jezus się myli. Zdrada nie była dla niego zdrad?. Była może czym? złym, ale zarazem czym? "u?więconym" przez wielki dobry cel. Jak to się jednak stało, że Judasz aż tak bardzo rozmin?ł się z prawd?? Jak to się stało, że mimo tak wielkiej blisko?ci Boga on tak bardzo się od Niego oddalił? Jak to możliwe wreszcie, że wszystkie wysiłki samego Jezusa nie uratowały Judasza?

My?lę, ale powtarzam, jest moja własna interpretacja, że Judasz pobł?dził dlatego, że okazał się niewierny w sprawach niepozornych i drobnych. Judasz stał się najbardziej tragicznym zdrajc? w historii ludzko?ci dlatego, że na co dzień zdradzał w tym, co z pozoru błahe. Sprawa robi się poważna. Dlaczego? Dlatego, że ja co prawda nie widzę po sobie, żebym chciał się wywyższać nad samego Boga, albo żebym chciał kogokolwiek wydawać na pewn? ?mierć, ale je?li pomy?lę o owych codziennych drobnych niewierno?ciach, to moje podobieństwo do Judasza jest zatrważaj?co wielkie!

Panie Jezu, ukazuj mi moje słabo?ci, zdrady i grzechy, upominaj mnie słowem, łask?, a nawet cierpieniem, żebym tylko nie zawiódł Cię w decyduj?cej chwili! Ukazuj mi prawdę o mnie samym, ale więcej jeszcze ukazuj mi tajemnicę Twojej miło?ci.

o. Krzysztof M?del SJ

 

WIELKI CZWARTEK

Dałem wam przykład

(por. J 13,1-15)

Wieczór rozpoczynaj?cy ?więto Paschy. Ostatnie wspólne spotkanie. Pożegnalna uczta. Tuż przed celebracj? domowego rytuału wieczerzy paschalnej Jezus zdejmuje od?więtne szaty, przepasuje się prze?cieradłem i zaczyna obmywać nogi swoim Apostołom. Piotr nie rozumie tego gestu. Inni także nie. Piotr zaczyna protestować. Nie czuje się godzien tej posługi. Dlaczego jego Pan miałby być jego sług?? Dlaczego Pan podejmuje się czego?, co przystoi niewolnikowi? I wreszcie, jakie jest moje miejsce w tej scenie?

Zacznijmy od tego, że Janowy opis spotkania w wieczerniku ma dla nas wyj?tkow? warto?ć. Ewangelista Jan pisze cał? swoj? Ewangelię tak, jakby chciał uzupełnić to, co w trzech wcze?niejszych relacjach (Mateusza, Marka, Łukasza) już zostało powiedziane, a jednocze?nie tak, jakby chciał odpowiedzieć na pytania drugiego i trzeciego pokolenia chrze?cijan, pisze bowiem swoj? Ewangelię znacznie póĄniej niż tamte. Co Jan akcentuje najbardziej? To, co dzieje się w ?rodku człowieka. Tamte Ewangelie były przede wszystkim zwięzł? relacj? o faktach, przypominały skondensowany zapis dziennikarski, tymczasem Jan cały czas chce ukazać nie tyle fakty, co raczej wnętrze człowieka, w tym także pragnienia, uczucia samego Chrystusa. Dlatego Jan spisuje dla nas długie rozmowy Jezusa z uczniami i z "przypadkowymi" ludĄmi, przekazuje nam ich pytania i w?tpliwo?ci, ale również wzruszaj?ce wyznania samego Jezusa. Nawet wtedy, kiedy tak jak tutaj opisuje wydarzenia, Jan cały czas zwraca się ku temu, co jest prawd? o ludzkim sercu.

Kiedy czytamy Janowy opis ostatniej wieczerzy, najbardziej zastanawia nas chyba to, że Jan nie podaje tam opisu ustanowienia Eucharystii, jak to czyni? synoptycy (Mt, Mk, Łk). Dodaje natomiast epizod umycia nóg oraz zwi?zane z nim nauczanie (J 13,4-17), które stanowi przygotowanie do powierzenia "nowego przykazania" (J 13,34-35), występuj?cego także tylko w tek?cie Janowym. Wielu egzegetów (np. D. Mollat SJ) jest przekonanych, że ów dar nowego przykazania po scenie umycia nóg u Jana odpowiada ustanowieniu Eucharystii, będ?cej sakramentem Nowego Przymierza we krwi Chrystusa wg Łk 22,20 (por. 1Kor 11,25; Hbr 8,8). Umycie nóg i nowe przykazanie to jakby "Eucharystia według ?w. Jana". Powiedzieli?my już jednak, że Jan nie pisze swojej relacji "przeciw" istniej?cym już relacjom, ale jako kontynuację i uzupełnienie tamtych. Chce nam zatem powiedzieć mniej więcej tak: "Eucharystia to największy skarb, ale je?li nie przyjmiecie jej razem z umyciem nóg i razem z nowym przykazaniem, to niczego z niej nie zrozumiecie. Eucharystia bez umycia nóg i bez nowego przykazania może nawet obrócić się przeciw wam -- wła?nie tak przyj?ł j? Judasz, jeden z naszego grona..."

Je?li Eucharystia to umycie nóg i nowe przykazanie (nie tylko, ale także), to czy ja przeżywam j? wła?ciwie? Czy nie wydaje mi się czasem, że Eucharystia to raczej moje "najbardziej wzniosłe dzieło", mój najbardziej szlachetny i najlepiej przygotowany gest czci wobec Boga, w którym posumowuję cały mój tydzień i w którym oddaję Bogu wszystko, co we mnie najlepsze? Wszystko to prawda, ale je?li Msza ?więta jest umyciem nóg i nowym przykazaniem, to jest najpierw gestem Chrystusa wobec mnie, a dopiero potem moim gestem. Co więcej, je?li tak wła?nie jest, to Eucharystia wcale nie wymaga ode mnie tego, co najlepsze, ale dokładnie przeciwnie -- jest mi ona dana po to, żeby także temu, co we mnie najgorsze zaradzić.

Często wydaje mi się, że tajemnica Eucharystii wymaga ode mnie szczególnego skupienia, szczególnej wiary, szczególnego wysiłku. A tymczasem Eucharystia jest najpierw szczególnym "wysiłkiem" Pana Boga dla mnie. To nie ja ratuję przez ni? Jego we mnie i w ?wiecie, ale to On ratuje mnie. Często Eucharystia wydaje mi się za trudna dla mojej wiary, jest ostatni? rzecz?, któr? byłbym w stanie poj?ć, a tymczasem jest najprawdopodobniej dokładnie odwrotnie: Eucharystia jest naj?mielszym z możliwych fundamentów mojej wiary, znakiem tego, że to nie ja na wiarę się zdobywam, ale to ona sama przychodzi do mnie, kładzie fundamenty, buduje dom -- modlitwę. Być może najważniesze moje zadanie w czasie Eucharystii polega nie na tym, żeby na cokolwiek się zdobywał i wysilał, ale na tym, żebym po prostu całkowicie oddał inicjatyw? Chrystusowi -- pozwolił Mu się prowadzić, pozwolił Mu służyć. Zasłuchać się i zapatrzeć w Boga, ujrzeć w Nim pocz?tek wszystkiego -- oto prawdziwa Eucharystia, czyli Dziękczynienie.

I jeszcze jedno: Eucharystia jest nowym przykazaniem. Ilekroć widzę, że Bóg obdarowywuje mnie swoim życiem i to aż do tego stopnia, że sam umiera, tylekroć powinienem czuć się zaproszony do tego samego -- do umierania sobie i służenia innym. "Miłujcie się wzajemnie jak Ja was umiłowałem" -- to najważniejsze słowa z Wieczernika według przekazu Jana. Je?li zatem i ja jestem w tym w tym Wieczerniku, to znaczy, że nie będę tam naprawdę, je?li na co dzień nie powiem moim braciom: "Oto moje ciało... oto moja krew... moje życie dla was". Niczego nie pojmę z Jego daru, je?li na co dzień sam nie zacznę dawać. Ale najpierw muszę pozwolić, żeby On dał mi wszystko...

o. Krzysztof M?del SJ

 

WIELKI PI·TEK MĘKI PAŃSKIEJ

Zgodnie ze starożytn? tradycj? w Wielki Pi?tek oraz w Wielk? Sobotę Ko?ciół nie sprawuje Mszy ?więtej.

Nabożeństwo wielkopi?tkowe rozpoczyna się od aktu prostracji -- kapłan przez chwilę leży krzyżem; To leżenie krzyżem oznacza oddanie czci Ukrzyżowanemu Bogu-Człowiekowi, a także -- wszak kapłan uosabia Chrystusa -- jego gotowo?ć, aby w imieniu wszystkich ludzi dać się przybić do krzyża. Wszak te dwie skrzyżowane belki maj? dwie strony. Po jednej wisi Chrystus...

W tym czasie nie odmawia się żadnych modlitw, nie ?piewa się. Jest milczenie, cisza. Dlaczego tak się dzieje? Czy tylko dlatego, że to jest wyj?tkowy dzień w roku, dzień ?mierci Chrystusa? Owszem, ale to milczenie ma podkre?lić pustkę po kim? bliskim, krewnym, znajomym, przyjacielu. Bo cóż mówić w obliczu ?mierci? Wobec spraw ostatecznych zachowujemy milczenie. Milczenie wielkopi?tkowe oznacza także szacunek i cze?ć dla Syna Bożego Jezusa, który poszedł na Kalwarię za nas, za nasze grzechy. Nie ma słów, które oddałyby uczucia człowieka uratowanego od zguby wiecznej, brakuje słów, które byłyby adekwatne do zaistniałej sytuacji. Dlatego Izajasz pisze, co słyszymy w pierwszym czytaniu: "Jak wielu osłupiało na Jego widok..." Także my milczymy, gdy odchodzi od nas kto? bliski, milczymy przy łóżku szpitalnym umieraj?cego człowieka, milczymy na cmentarzu stoj?c przy grobie i czytaj?c tabliczkę, która informuje o tym, kto leży w mogile i w jakich latach zamknęło sie jego życie tutaj. Warto mieć w życiu takie chwile, kiedy możemy milczeć, słuchać głosu serca, wyciszyć się i pomy?leć o sprawach ostatecznych...

Nabożeństwo tego dnia składa się z czterech czę?ci. W pierwszej czę?ci słyszymy głos proroka Izajasza o cierpi?cym słudze Jahwe. Przez pokolenia były to słowa niezrozumiałe dla czytelników Biblii, bo zapowiadały tajemnicze zastępstwo, że kto? jeden będzie cierpiał za wszystkich. Gdy dzi? czytamy te słowa widzimy, że spełniły się one na Synu Maryi Dziewicy z Nazatetu. "On się obarczył naszym cierpieniem, on d wigał nasze bole?ci..." Co to znaczy? Rodzi się bunt. Bo jakże te słowa maj? być prawdziwe i aktualne, skoro na ?wiecie tyle cierpienia, także w nas. Cierpienia, grzechy, słabo?ci, które nadal nas przerastaj?. Czyżby Jezus obarczył się tylko czę?ci? cierpienia ludzko?ci, a może wzi?ł na siebie ciężar tylko ludzi swojego pokolenia? Nie! On wzi?ł na siebie cały ciężar ludzko?ci -- wszystkie cierpienia i grzechy -- pocz?wszy od pierwszego człowieka, aż do ludzi, którzy będ? żyli w czasie Jego drugiego, chwalebnego przyj?cia. Wzi?ł, nie oznacza zabrał, pozbawił nas cierpień. Od Wielkiego Pi?tku mamy szansę nasze cierpienia przeżywać razem z Nim. Od tego czasu nasze grzechy i cierpienia, owszem, przerastaj? nas, tzn. s? od nas większe, nie potrafimy sobie z nimi poradzić, ale nas nie przytłaczaj?, tzn. nie maj? mocy skierowania naszego życia na manowce, już nie maj? mocy determinować nasze życie -- ale tak będzie tylko wtedy, gdy swoje życie złożymy Chrystusowi, je?li powiemy Mu: "Panie, proszę Cię we i moje grzechy na Drzewo Krzyża, bo tylko Ty masz moc pokonać zło. Tylko Ty, Jezu, masz moc zwyciężyć to zło we mnie". Nie bójmy się tak prosić Go o pomoc w naszym życiu, bo -- jak pisze ?w. Paweł w li?cie do Hebrajczyków, a daje nam to Ko?ciół jako drugie czytanie tego dnia, Jezus współczuje naszym słabo?ciom, bo On jest do?wiadczony we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyj?tkiem grzechu. A więc On wie co nas boli, on zna nasze serce. Jezus nie jest nieczuły na ludzkie problemy. Dlatego wypowiadajmy Mu to, co jest w naszym sercu. On tego pragnie -- szczero?ci, zaufania, wypowiedzenia siebie.

Ewangelia wg ?w. Jana. Proponuję zobaczyć swoje życie -- jak w lustrze -- w Ewangelii dzi? czytanej. Ile w nas jest do?wiadczeń bolesnych: niesłuszne oskarżania, zdrady drogich na ideałów i osób, bezsilnego szarpania się, jak Piotr, wobec sytuacji przegranych, s?dów ludzi, które pojmowali?my jako wyrok ?mierci na siebie, odrzucenie, wreszcie ?mierć, opuszczenie, dno. Ile rozbitych małżeństw, ludzi opuszczonych, zagubionych, oddanych nałogom, bezdomnych, nieuleczalnie chorych może odnaleĄć siebie i swoj? sytuację w ?wietle tej Ewangelii?

Po Ewangelii i homilii następuje modlitwa powszechna, na któr? czekam zawsze cały rok. W tej modlitwie modlimy się za wszystkich, za cały ?wiat, za wierz?cych i niewierz?cych. Bo Ofiara Chrystusa obejmuje wszystkich ludzi, wszystkie czasy. Nie ma człowieka za którego Jezus nie umarł. Modlimy się, aby ta Ofiara została przyjęta przez wszystkich, aby ?wiat przyj?ł to, że jest odkupiony. Ileż byłoby mniej wojen i tragedii ludzkich, gdyby?my sobie u?wiadomili, że żyjemy w czasie dobra, bo w czasie odkupionym. Modlimy się zatem, aby?my przyjęli do swoich serc Chrystusa Ukrzyżowanego. Czy to jest łatwe? Nie jest łatwe, bo kto z nas lubi patrzeć na cierpienia, uczestniczyć w nich, kto z nas lubi cierpieć?

Nie chodzi jednak o to, by polubić cierpienie, ale przez przyjęcie Chrystusa, akceptację Jego sposobu zbawiania ?wiata, zaakceptować swoje cierpienia. Dlatego w drugiej czę?ci nabożeństwa adorujemy Krzyż. Kapłan stopniowo odsłania pasyjkę i ?piewa: "Oto drzewo Krzyża, na którym zawisło Zbawienie ?wiata". Co to oznacza? Oznacza to, że Zbawienie -- Chrystus wybrał taki sposób zbawienia nas: przez cierpienie, tzn. wzi?ł na siebie nasze cierpienia. Inny sposób zbawiania, nie doprowadziłby do zbawienia całego człowieka, wraz z jego uczuciami, słabo?ciami, wreszcie z grzechami. A ten sposób oznacza zbawienie poprzez utożsamienie się z całym człowiekiem, także ze złem w nim. Całuj?c Krzyż Jezusa módlmy się w głębi serca, aby?my umieli zaakceptować nasze cierpienia, złożyć je na Krzyżu Jezusa. Bo przez akceptację własnej słabo?ci i grzeszno?ci robimy miejsce na wyzwalaj?c? moc Krzyża Jezusowego, aby nasze grzechy i słabo?ci już nas więcej nie przytłaczały. Zaakceptować swój krzyż -- to wielka i trudna rzecz i niech nam w tym pomoże ten dzień.

Trzecia czę?ć to Komunia ?w. Pokarm ?więty, "obcowanie ?więtych" jak nazywali Naj?w. Sakrament pierwsi chrze?cijanie. Bo istotnie, przyjmuj?c Ciało Chrystusa stajemy się współuczestnikami życia ?więtego, umocnieni na życie nasze. Ten Pokarm jest kolejnym dowodem Miłosierdzia Bożego dla nas i umocnieniem w cierpieniu. Jezus nawet w chwilach Męki nie przestał nas kochać!

Po Komunii ?w. i modlitwie odbywa się procesja do Grobu. Odprowadzamy Tego, który wyrwał z grobu każdego człowieka -- z grobu ?mierci spowodowanej grzechem, odej?ciem od Boga i drugiego człowieka, odej?ciem od siebie samego.

"Prawda Krzyża jest wszechstronna. Sięga ona do samego rdzenia Rzeczywisto?ci, wchodzi we wszystkie wymiary dobra i zła. Jest w neij zawarte perfectum opus laudis -- takie uwielbienie Boga nieskończonego Majestatu, jakiego nie mógł i nie może wyrazić absolutnie nikt, żadne stworzenie, choćby najdoskonalsze. Jest w nim zwycięstwo miło?ci. Amor Dei usque ad contemptum sui... Jest w nim wreszcie wypowiedziana do końca sprawa człowieka, miara człowieka, słabo?c i wielko?ć człowieka, cena człowieka. Tak go Bóg umiłował, że Syna swojego Jednorodzonego dał (J 3,16) [Kard. Karol Wojtyła].

Oto drzewo Krzyża, na którym zawisło zbawienie ?wiata. -- PójdĄmy, pokłońmy mu się.

Norbert Frejek SJ

 

WIELKA SOBOTA

Pracowałem kiedy? w?ród kobiet uzależnionych od alkoholu. Niektóre z nich opowiadały mi o swoim życiu. Mówiły o wielkim poczuciu winy i odrzuceniu, jakiego doznawały. Ten stan powodował, że nie porzucały wtedy picia, lecz jeszcze bardziej -- dla zabicia tego stanu -- zanurzały się w alkohol. Tak tworzył się łańcuch nie do rozerwania. Dopiero gdy trafiły do domu przeznaczonego dla osób uzależnionych, który prowadz? zakonnice, wobec Chrystusa, którego tam spotykały, mogły wypowiedzieć historię swojego życia, odzyskiwały zdrowie i pokój duszy. Wła?nie! Je?li naszych grzechów nie będziemy odnosić do Boga, nie wypowiemy przed nim siebie, je?li nie powiemy: Panie, Ty wiesz wszystko..., to popadniemy w poczucie winy, tzn. grzechy stan? się naszym grobem, nie wydobędziemy się spod nich i będziemy przywaleni ciężkim kamieniem, którego odsunięcie będzie ponad nasze siły. Będziemy żyli w piekle.

I dzi? wspominamy wła?nie piekło -- zst?pienie Jezusa w to miejsce. Teolodzy dyskutuj? czy Jezus zst?pił do miejsca przebywania szatana, czy do Otchłani -- Szeolu, miejsca gdzie dusze sprawiedliwych ludzi Starego Przymierza czekały na Odkupienie. Starożytna homilia na Wielk? i |więt? Sobotę, któr? można znaleĄć w brewiarzu w dzisiejszym oficjum wskazuje raczej na zst?pienie Jezusa do miejsca, gdzie przebywali przeznaczeni na zbawienie, a nie na potępienie. Takie słowa autor homilii wkłada w usta Chrystusa zwracaj?cego się do Adama: Oto ja, twój Bóg, który dla Ciebie stałem się twoim synem. Oto teraz mówię tobie i wszystkim, którzy będ? twoimi synami i moj? władz? rozkazuję wszystkim, którzy s? w okowach: WyjdĄcie! A tym, którzy s? w ciemno?ciach, powiadam: Niech zaja?nieje wam ?wiatło! Tym za?, którzy zasnęli, rozkazuję: Powstańcie! Te słowa s? skierowane także do nas, którzy jeste?my zamknięci w grzechach, poczuciu winy czy nawet odrzucenia przez społeczeństwo. S? to słowa skierowane do zepchniętych na margines życia, do tych, którzy stracili wszelk? nadzieję, którzy chcieli ze sob? skończyć nie widz?c sensu dalszego życia. To jest wasz szczególny dzień -- mówi dzi? Jezus -- aby?my ujrzeli ?wiatełko nadziei, które się dzi? ukazuje. Bóg umarł, ale jutro powstanie i przemieni nasze życie z doczesnego na wieczne, a nasze piekło zostanie pokonane.

Ta sama starożytna homilia mówi: Co się stało? Wielka cisza spowiła ziemię; wielka na niej cisza i pustka. Cisza wielka, bo Król zasn?ł!. O ile wczoraj milczeli?my na widok cierpi?cego i umieraj?cego Jezusa, tak dzi? milczymy, bo jakby Boga nie było. Kogo? zabrakło: punktu odniesienia i oparcia, sensu życia, ochoty do pracy nad sob?, pragnienia zmiany siebie i tego ?wiata na lepszy, dobra i szczę?cia. Jeszcze wczoraj z nami był, choć poraniony i męczony, a dzi? leży w grobie.

W Pi?mie ?w. Trudno znaleĄć słowa odnosz?ce się wprost do tajemnicy dzisiejszego dnia. Mamy jedynie fragmenty, które zdaj? się wskazywać na tę rzeczywisto?ć w sposób niebezpo?redni. I tak s? to słowa 1P 3,19n -- ...poszedł ogłosić [zbawienie] nawet duchom zamkniętym w więzieniu; Ef 4,9 -- Słowo za? "wst?pił" cóż oznacza, je?li nie to, że również zst?pił do niższych czę?ci ziemi?; Mt 12,40 -- Albowiem jak Jonasz był trzy dni i trzy noce we wnętrzno?ciach wielkiej ryby, tak Syn człowieczy będzie trzy dni i trzy noce w łonie ziemi; Ps 130 -- Z głęboko?ci wołam do Ciebie, Panie...

Bóg umarł? "Bóg umarł -- a my?my Go zabili!" -- tak krzyczał kiedy? Nietzsche. Jednak wiara w Chrystusa dla twórcy ideologii nadczłowieka na tym się kończyła. To prawda, że my?my zabili Chrystusa, w jaki? sposób czyni?c to nie?wiadomie, ale jednocze?nie ta ?mierć ma wymiar zbawczy, została "użyta" w celach dot?d niespotykanych. Bóg umarł w ludzkim ciele, lecz na tym sprawa Jezusa z Nazaretu nie skończyła się. Grób nie jest ostatnim aktem tego dramatu. Czy wierzysz w to? Czy masz wiarę Maryi, która (nie mówi o tym Pismo ?więte, lecz zapewnia nas o tym Tradycja Ko?cioła, ale także nieugięta wiara matki kochaj?cej swoje dziecko) nie załamała się t? tragedi?, lecz oczekiwała poranka Zmartwychwstania? Czy masz wiarę w Jezusa, który ma moc wyprowadzić Cię z Twoich najgorszych sytuacji życiowych, z Twojego grobu?

W tym dniu, gdy Jezus leży w grobie warto się zastanowić nad naszym stosunkiem do Niego. Tak już jest, że gdy odchodzi kto? znany nam, to wspominamy chwile z nim, nasze relacje, bycie ze sob?, także te chwile przykre, nieprzyjemne. Dzisiaj dokonajmy rachunku sumienia z naszej dotychczasowej znajomo?ci z Jezusem. Je?li wspominamy przykre chwile, zło, którym dotknęli?my zmarł? osobę, to wzbudzamy wtedy żal, przepraszamy tego, który już jest "tam". Spróbujmy także dokonać takiego żalu za grzechy wobec Jezusa: za co On doznawał od nas tylu przykro?ci; nasze grzechy, odrzucanie Go, Jego Dobrej Nowiny, odrzucanie prawdy o nas samych. Gdy będziemy o tym my?leć i tak się modlić, zwróćmy uwagę, że może być w nas żal za grzechy dwojakiego rodzaju: albo to będzie żal Piotrowy, albo Judaszowy. Żal Piotra, poprzez jego trzykrotne zaparcie się Jezusa. Piotr zapłakał, ale zrozumiał swoj? słabo?ć, zechciał powrócić do Mistrza. Jezus przebaczył Piotrowi i zmazuj?c jego winę, poprosił go o trzykrotne wyznanie miło?ci. Owszem, Piotr czuł się rozgoryczony, w?ciekły na siebie, ale nie zamkn?ł się w swojej trudnej sytuacji, bo gdyby tak było, to nie spotkałby już Chrystusa. Zamknięcie się w ?wiecie swoich grzechów, zamyka na Boga i Jego miłosierdzie. Tak wła?nie stało się z Judaszem. On także zdradził Jezusa. Żal za grzechy "zablokował" go, zamkn?ł horyzont. Judasz stwierdził, że nie ma już dla niego przebaczenia, że Bóg mu nie wybaczy takiego postępowania. Zamkn?ł się w sobie. To spowodowało takie poczucie winy, że nie wytrzymał i popełnił samobójstwo.

Jezus przez swoj? ?mierć wszedł w nasz? samotno?ć, w poczucie winy, grzeszno?ć -- w nasze piekło. Je?li On ma nas zbawić "w cało?ci", wszystkie sfery naszego życia, to musi wej?ć także w nasze piekło. Skoro Jezus zst?pił do piekieł, to wszedł w to, co najbardziej dla nas nieprzyjemne i bolesne -- w nasze serce pełne piekielnych idei i pomysłów na to jak urz?dzić ?wiat bez Boga, wszedł w nasze tragedie życiowe: wszedł w piekło kobiety, która zabiła swoje poczęte dziecko, w piekło mężczyzny, który zabił w przypływie szału swoj? rodzinę, wszedł w rozbite małżeństwa, porzuconych starców, wszedł w piekło ludzi czekaj?cych bezsilnie na koniec w łóżku szpitalnym, przytulisku dla bezdomnych, czy pod mostem.

On poszedł na dno ludzkich serc, gdzie kryje się zło?ć, nienawi?ć, przewrotno?ć, bezsilno?ć, chęć ucieczki przed życiem i ?wiatem. Wszedł w to, aby zjednoczyć się tam z nami i wyrwać z tego stanu, aby uzdrowić nasze uczucia.

Kiedy będziemy umierać i zstępować do krainy Szeolu, Jezus będzie zstępował razem z nami. I jak On umieraj?c do?wiadczał pustki i ciszy wołaj?c: "Boże mój, Boże mój, czemu? mnie opu?cił!", tak i my będziemy tego do?wiadczać, ale już razem z Chrystusem, który przeszedł przez bramę ?mierci do życia.

|więcenie pokarmów w Wielk? Sobotę symbolizuje nie tylko wielkanocny stół, ale także uznanie, że to Bóg -- poprzez te pokarmy -- jest Ąródłem naszych sił, naszego działania. Po?więcanie pokarmów symbolizuje także oczyszczenie ?wiata ze zła, odkupienia całego stworzenia, po?więcenie Bogu, po?więcenie także nas -- Bogu żyj?cemu, a nie umarłemu, bo trupom nikt się nie po?więca.

Wieczorem, gdy będziemy rozpoczynać ?więty czas Wielkanocy, zapalaj?c paschał -- symbol Zmartwychwstałego Chrystusa, ukaże się nam pełny sens uniżenia Syna Bożego przez Drogę Krzyżow?, ?mierć i zst?pienie do piekieł. On zmartwychwstał i przeprowadził nas ze ?mierci do życia nowego, dobrego. Teraz, wyzwoleni z naszego piekła możemy Mu ?piewać pie?ń dziękczynn?. To, co dotychczas było naszym piekłem zostało odkupione.

Czy wierzysz w Jezusa z Nazaretu, który za Ciebie umarł, zst?pił w najgorsze zakamarki Twojego serca, gdzie było tyle trucizny i żółci i przynosi Ci wyzwolenie z tego stanu?

Oby nasza wiara nie kończyła się na grobie.

Norbert Frejek SJ

 

NIEDZIELA ZMARTWYCHWSTANIA PAŃSKIEGO

"Niech id? do Galilei, tam Mnie zobacz?..."

(por. Mt 28,1-10)

Poranek zmartwychwstania. Najbardziej niewiarygodny i najbardziej niemożliwy z wszystkich jakie widział ?wiat. Poranek-?wiadek, który wła?ciwie nie miał ?wiadków. To trochę tak, jakby prowadzić kogo? długo przez pustynię do Ąródła i nagle, wskazuj?c palcem na horyzont powiedzieć: "Dalej idĄ sam. To będzie w tamtym kierunku..." Czy my, chrze?cijanie wieku dwudziestego, nie toniemy przypadkiem u brzegu wiary? Czy nie czujemy, że wobec misterium zmartwychwstania po prostu brak nam głębszego oddechu i że topi? nas nasze własne w?tpliwo?ci?

Ewangeliczne opisy zmartwychwstania Pańskiego różni? się między sob?. Nie zawsze te same postacie zjawiaj? się u grobu. Ich zachowanie i rozmowy nie zawsze wygl?daj? nie tak samo. Wiele elementów jest jednak wspólnych. Maria Magdalena, Piotr i Apostołowie to zawsze pierwszoplanowi bohaterowie tych spotkań. Po drugiej stronie jest Jezus -- odmieniony, zmartwychwstały, ale także aniołowie, bohaterowie niewidzialnego ?wiata. Czy to nie zastanawiaj?ce, że tak wyraĄna obecno?ć aniołów zdarza się w Ewangeliach tylko dwukrotnie, a mianowicie na pocz?tku i na końcu ziemskiej misji Jezusa? Co oznacza ta anielska obecno?ć? Przede wszystkim wytycza one pewne granice, podobne do tych jakie w odniesieniu do każdego z nas wytaczaj? nasze narodziny i ?mierć. Znany z imienia archanioł Gabriel, a póĄniej chóry anielskie towarzysz? narodzinom Jezusa. Inni aniołowie towarzysz? Jezusowi w chwili jego narodzin "dla nieba". Między narodzinami i ?mierci? rozci?ga się zwyczajne ludzkie życie Syna Bożego, dostępne mi prawie tak samo, jak moje własne życie, bo przecież poddane tym samym prawom, namiętno?ciom, nadziejom, lękom. Między narodzinami i ?mierci? ja i Chrystus jeste?my w pewnym sensie tacy sami lub przynajmniej -- możemy być tacy sami. "Ja i Chrystus", czyli "ja i Bóg".

Jest to niesłychanie ważna prawda. Bo skoro człowieczeństwo Jezusa Chrystusa utkane jest z tych samych elementów, co moje własne, to znaczy, że wszystkie zagadki życia, wszystkie misteria ?wiata i wszystkie sekrety Boga s? w nim zapisane. Nie muszę zatem wcale czekać na to, co będzie po ?mierci, nie muszę też pytać gwiazd czy wróżek, ani też nie muszę z wysiłkiem medytować natury ducha, żeby dowiedzieć się czego? o Bogu, o sobie i o ?wiecie. Wystarczy tylko, że upodobnię jeszcze bardziej swoje człowieczeństwo do Chrystusowego człowieczeństwa, a wszystko będzie mi dane. Dlaczego? Dlatego, że w Jego człowieczeństwie, tym umęczonym z Wielkiego Pi?tku, i tym przebóstwionym z góry Przemienienia, zapisana jest prawda o szczę?ciu samego Boga -- jedynym szczę?ciu jakie istnieje.

Dzisiaj jednak przychodzę razem z Magdalen? i innymi do pustego grobu. Spotykam Jezusa Zmartwychwstałego, którego nie umiem nawet dobrze rozpoznać. Dzisiaj, w Wielkanocny poranek jestem oszołomiony. Zmartwychwstanie wymyka się mi z r?k. Nie daje żadnych szans mojej mojej wyobraĄni...

Ale czy nie tak wła?nie powinno być? Je?li chcę spotkać Jezusa Chrystusa już nie jako Jezusa z Nazaretu, ale jako Zmartwychwstałego Pana i Boga, to czy najlepszym dowodem prawdziwo?ci tego spotkania nie powinno być wła?nie to, że On jawi się jako kto? niepojęty i inny? Zmartwychwstały Jezus różni się od Mistrza z Nazaretu tak, jak moje życie między narodzinami i ?mierci? różni się od życia po ?mierci.

W Ewangeliach i Dziejach Apostolskich te różnice wyraĄnie s? opisane. Jezus z Nazaretu jest przede wszystkim kim?, kto daje, kto zaprasza, żeby dać się Mu prowadzić, żeby pój?ć za Nim. Bóg w ludzkim ciele to kto?, kto chce, żeby spodziewać się po Nim jak najwięcej -- kto?, kto naucza, uzdrawia, czyni cuda, a także karci i przygarnia do serca. Jezus z Nazaretu chce dawać jak najwięcej i najdosłowniej w ?wiecie daje. Tymczasem Jezus Zmartwychwstały jest kim? innym. Co najbardziej uderza w tych ewangelicznych spotkaniach ze Zmartwychwstałym? To, że On przede wszystkim prosi o pomoc! Marię prosi o to, żeby powiadomiła Piotra. Piotra prosi o to, żeby był dobrym papieżem. Uczniom każe czuwać w Galilei. Prosi ich o podanie czego? do jedzenia, żeby w ten sposób móc ich przekonać, że rzeczywi?cie żyje. To trochę tak, jakby bez naszej pomocy nie mógł nas przekonać, że w ogóle jest dostępny i widzialny. Chrystus Zmartwychwstały to kto?, kto stale odwołuje się do tego, co wydarzyło się i co zostało powiedziane w pomiędzy narodzinami i ?mierci?. Jego spotkania Wielkanocne z uczniami po?więcone s? wył?cznie temu, żeby to, co już się wydarzyło, lepiej wyja?nić, a przez to umożliwić przyjęcie zbliżaj?cej się pełni Ducha |więtego.

"Je?li chcesz dowiedzieć się czego? o Mnie -- zdaje się mówić Chrystus -- to wiedz, że żyję. Patrz na moje ziemskie życie, na moich uczniów i mój Ko?ciół. Wszystko tam zostało zapisane. Kontempluj to, a coraz bardziej upodobnisz się do Mnie. Je?li natomiast chcesz spotkać się ze Mn? Zmartwychwstałym i tylko Zmartwychwstałym, to patrz raczej na swoje dobre pragnienia, modlitwy i czyny. Ja żyję wła?nie tam. I tam chcę żyć jak najwięcej. Moje życie w tobie to największy z wszystkich ?wiadków Zmartwychwstania."

o. Krzysztof M?del SJ

 

PONIEDZIAŁEK WIELKANOCNY

Trzy Księgi

por. Dz 2,14.22-32; Ps 16; Mt 28,8-15

Dzisiejsza Ewangelia przedstawia chwile tuż przed rozprzestrzenieniem się informacji o zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa: w przenikliwym chłodzie poranka zaskoczenie splata się z po?piechem i bojaĄni?. Chwilę póĄniej kobiety, które jako pierwsze chciały opowiedzieć innym o tym, co ujrzały, zostały zatrzymane w biegu przez zmartwychwstałego Jezusa a wtedy opanowała je niesamowita rado?ć. Po spotkaniu jeszcze szybciej pobiegły aby wypełnić Jego polecenie: "IdĄcie i oznajmijcie moim braciom: niech id? do Galilei, tam Mnie zobacz?".

Druga księga, Dzieje Apostolskie, pokazuje ?w. Piotra jak czyni to samo, co w pierwszej pobiegły spełnić kobiety -- oznajmia, ogłasza fakty o życiu, ?mierci i zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa. O tym, że jego komunikat, głoszony zgromadzonym wyznawcom Jahwe ze wszystkich stron ówczesnego ?wiata, również dotyczy osobi?cie przeżytych wydarzeń ?wiadcz? słowa: "Tego wła?nie Jezusa wskrzesił Bóg, a my wszyscy jeste?my tego ?wiadkami". W pierwszej Księdze obie Marie pobiegły ogłosić fakty: pusty grób i spotkanie żywego Jezusa Chrystusa. Zadanie to obie Marie wypełniły skutecznie, skoro apostołowie uwierzyli, nawet je?li nie przyszło im to od razu (jak usłyszymy w ?rodę -- wiadomo?ć ta napełniła ich przerażeniem). Kobiety jednak podprowadziły Apostołów do uwierzenia przez to, że Apostołowie pofatygowali się do Grobu Pańskiego. Widać jak różne s? drogi do łaski, któr? jest wiara -- nie inaczej bywa dzisiaj. Nauczanie tychże apostołów również było skuteczne, choćby dlatego, że... obecnie my wierzymy (o bezpo?rednich nawróceniach w?ród Żydów usłyszymy już w jutrzejszym pierwszym czytaniu).

Zapytajmy się w tym miejscu o trzeci? Księgę, któr? bynajmniej nie jest żadna z odczytanych na dzisiejszej Eucharystii. To Księga, która powstaje, ci?gle jest pisana przez każdego z nas -- choćby "po obu stronach" tego ekranu; t? księg? s? nasze życiorysy, które kiedy? będ? publicznie odczytane i nagrodzone. Je?li zatem jeste?my tego ?wiadomi i wierzymy w zmartwychwstanie Jezusa, to Jego Słowa "Nie bójcie się. IdĄcie i oznajmijcie moim braciom (...)" tak zasługuj? na wykonanie, jak zasługuje na nasze zaufanie prawdziwo?ć słów odnosz?cych się do Tego, na Którym się one spełniły i dzięki Któremu obejmuj? one wła?nie nas:

"Dlatego cieszy się moje serce i dusza raduje,

a ciało moje będzie spoczywać bezpiecznie,

bo w kraju zmarłych duszy mej nie zostawisz

i nie dopu?cisz, bym pozostał w grobie."

Przykład kobiet z Ewangelii jest pytaniem o gorliwo?ć i po?więcenie w oznajmianiu ludziom tego, co stało się z Mężczyzn?, Który 1966 lat temu został ukrzyżowany, "Lecz Bóg wskrzesił Go, zerwawszy więzy ?mierci, gdyż niemożliwe było, aby ona panowała nad Nim". Relacja z drugiej księgi zachęca do zapisywania swojej własnej z odwag?, bez ukrywania tego, że Jezus Chrystus żyje i jest naszym Panem.

Od czasów Dwunastu Apostołów trwaj?, jak je nazwał |więty Paweł, "zawody", w których występuje również druga strona, o czym ?wiadczy dzisiejsza Ewangelia: Arcykapłani ze starszymi "(...) po naradzie dali żołnierzom sporo pieniędzy i rzekli: Rozpowiadajcie tak: Jego uczniowie przyszli w nocy i wykradli Go, gdy?my spali. A gdyby to doszło do uszu namiestnika, my z nim pomówimy i wybawimy was z kłopotu." Wynika st?d, że ten, kto wierzy a nie przekazuje dalej prawdy o zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa potwierdzonej swoim życiem, ten staje po stronie przeciwnej i ułatwia zadanie wyrafinowanym fałszerzom faktów czyli kłamcom; oddala natomiast od siebie pewno?ć zmartwychwstania do rado?ci wiecznego życia z Jezusem Chrystusem.

Warto zatem nie pozwolić oszustom zabazgrać swojej Księgi jak?kolwiek liter? fałszu -- milczenia i bezczynno?ci. Opłaca się natomiast zapisywać i zdobić j? najzwyklejszym przekazywaniem faktów, czyli prawdy, wyrażanej uczynkami miło?ci, której nie zatuszuje żadna suma pieniędzy. Warto zdobić tę Trzeci? Księgę uczynkami powstałymi z wdzięczno?ci za wydarzenia męki, ?mierci i zmartwychwstania Jezusa Chrystusa, a po których zaskoczy nas obiecany szczę?liwy epilog.

Maciej Tomaszewski SJ

 

Wtorek w oktawie Wielkanocy

Pokusa komfortu

por.: Dz 2,36-41; Ps 33; Ps 118,24; J 20,11-18

Rozpacz Marii Magdaleny, która szła do Grobu Pańskiego, wydaje się naturalna. Dziwne jest jednak, że nawet rozmowa z dwoma aniołami nie wyrwała jej z tej zapa?ci. Nie rozpoznała Jezusa nawet wtedy, kiedy Go zobaczyła. Wobec braku wiary opanowały j? jej własne wyobrażenia i ograniczenia. Złudzenie, jakiemu, uległa wynikało z głębokiego przekonania o nieodwołalno?ci tragedii, która wydarzyła się przed kilkoma dniami. Z tragicznej pewno?ci wydobył Marię Magdalenę, wzywaj?c j? po imieniu, dopiero sam Jezus. Tak duża była siła niewiary, że tylko sam Bóg mógł j? obudzić.

Eksplozja rado?ci, ?wiat nagle nabrał sensu, życie stało się inne. Wydawać by się mogło, że nareszcie wszystko się wyja?niło, skoro poznała prawdę. Jezus jednak powiedział: "Nie zatrzymuj Mnie". Na tle tego radosnego spotkania te słowa brzmi? jak okropny zgrzyt. Tymczasem Jezus daje, nie tylko Marii Magdalenie ale nam wszystkim, cenn? lekcję: ostrzeżenie przed pokus? komfortu, odizolowania się znowu w ułudzie tym razem w złudzeniu uniesień religijnych, w których On miałby być nasz? doraĄn? pociech?. Prawda o zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa ma być "spożytkowana" nie na sposób hedonistyczny -- aby nam było przyjemnie już tu na ziemi -- ma ona być Ąródłem mocy do wypełnienia Jego woli: "Udaj się do moich braci i powiedz im..." To od naszej pomysłowo?ci, a więc talentów, wła?ciwego odczytania natchnień, zależy w jaki sposób wypełnimy, każdy na swoim odcinku, to wezwanie u progu XXI wieku. Cel pozostaje ten sam: pełnić Boż? wolę.

|wiat w oczach Marii Magdaleny nagle odmienił się, ale przecież ten ?wiat wcale nie przestał być taki sam: wrogi lub obojętny, naszpikowany trudno?ciami, kłopotami i nie załatwionymi sprawami, które zostawili?my przed |więtami, aby dzi? znowu do nich powrócić; aby wej?ć w ten ?wiat niewiedz?cy a przede wszystkim niewierz?cy. Jezus wyraĄnie chce, by?my szli do tego ?wiat, a nie zamykali się w ułudzie komfortu. Do takiego ?wiata po Wielkanocy Roku Pańskiego 1999 jeste?my posłani, razem z Mari? Magdalen?.

Z pewno?ci? każdy z nas przeżył sytuacje, w których w sposób wyraĄny, szczególny, odczuł działanie Boga. Mimo, że była to może tylko maleńka wysepka na szarych, wzburzonych wodach oceanu zwyczajno?ci, na których tak ciężko utrzymać kurs, to warto jednak wracać do nich, by?my wzmocnieni rozpamiętywaniem Jego działania, wypełniali polecenie Jezusa. Wszystkie poszczególne łaski s? dane ale i zadane, czyli żaden z tych darów, które otrzymali?my nie jest przeznaczony wył?cznie dla mnie, lecz każdy został powierzony jako talent, do pomnożenia, by przyniósł również pożytek dla innych sióstr i braci, którzy nie wiedz?, zapomnieli albo zniechęcili się. Dlatego warto uważnie przyjrzeć się dzisiejszej scenie ewangelicznej, by wzmocnieni wielkimi darami, które dostali?my i które zostały nam przypomniane podczas |wi?t Wielkiej Nocy, tak jak Maria, ?wiadczyć o tym, że Jezus Chrystus zmartwychwstał.

Maciej Tomaszewski SJ

 

|roda w oktawie Wielkanocy

Pan rzeczywi?cie zmartwychwstał

por.: Dz 3,1-10; Ps 105; Ps 118,24; Łk 24,13-35

Rok temu, w Sanktuarium Miłosierdzia Bożego Krakowie-Łagiewnikach wysłuchałem krótkiego kazania. Zapamiętałem z niego opowie?ć o następuj?cym wydarzeniu:

Do pewnej wioski chrze?cijańskiej na terenie obecnej Turcji wpadł oddział Turków. Mieszkańcy zd?żyli zamkn?ć się w maleńkiej ?wi?tyni w nadziei na ust?pienie zagrożenia. Niestety najeĄdĄcę interesowali ludzie. Szybko zlokalizowano kryjówkę i po krótkim oblężeniu do jej wnętrza wdarła się grupa uzbrojonych janczarów. Mroczn? ciszę ?wi?tyni przerywał szmer modlitwy i sapanie zdyszanych żołnierzy, którzy zatrzymali się na wyłamanych wrotach, staj?c na wprost przerażonej grupki ?ci?niętych wie?niaków.

Dowodz?cy wszedł do ?rodka i rozejrzawszy się po jej wnętrzu jednoznacznym gestem zaż?dał od chrze?cijan przyniesienia głównej ikony, przedstawiaj?cej Chrystusa Zmartwychwstałego. Wydawało się, że rozkaz został zignorowany, ale po chwili znalazł się ochotnik, który po?piesznie udał się po ni?. Po przyniesieniu nakazano mu podeptać i opluć j?. Gdy spełnił ż?danie, odsunięto go na bok i to samo polecono innemu mężczyĄnie, który stał z brzegu. Kiedy i ten wypełnił polecenie, postawiono go z boku, razem z poprzednim. Wówczas dowodz?cy aga schwyciwszy upatrzon? w grupie dziewczynę wywlókł j? na ?rodek ?wi?tyni, przed strwożon? grupę, żeby również ona sponiewierała ikonę.

Dziewczyna uklękła i delikatnie, z namaszczeniem, wytarła zmaltretowany wizerunek swoj? sukni?, po czym ucałowała postać Jezusa. Następnie podniosła się i bez słowa stanęła wyprostowana, twarz? w twarz, przed milcz?cym ag?. Ten, nie ruszaj?c się z miejsca, błyskawicznym poci?gnięciem zakrzywionej szabli ?ci?ł tych dwóch stoj?cych obok mężczyzn, odwrócił się wydaj?c gardłowym głosem komendę powrotu. Oddział w milczeniu wyszedł ze ?wi?tyni i opu?cił chrze?cijańsk? wioskę, pozostawiaj?c j? nietknięt?.

Maciej Tomaszewski SJ

 

Czwartek w oktawie Wielkanocy

W prawdzie

por.: Dz 3,11-26; Ps 8; Ps 118,24; Łk 24,35-48

Pokój jest pierwsz? wiadomo?ci?, z jak? sam zmartwychwstały Jezus przychodzi do apostołów. Boży Pokój nie spotyka się jednak z entuzjastycznym przyjęciem, ale ze zmieszaniem i w?tpliwo?ciami.

Ciężko jest człowiekowi zdobyć się na my?lenie bezinteresowne, pełne prostoty, które przejawiałoby się w dosłownym braniu sensu wypowiedzi, bez szukania aluzji i podtekstów. Bo przecież jak to możliwe -- my?my się Go zaparli, uciekli i opu?cili w potrzebie pomimo wcze?niejszych zapewnień o naszej wierno?ci -- a On teraz, bez żadnego rozliczania czy wypominania, ot tak po prostu, przychodzi i wita nas słowami "Pokój wam" -- jakby o wszystkim zapomniał. I tak w rzeczywisto?ci jest: Miło?ć nie pamięta złego.

Podobnie Apostołowie w pierwszym czytaniu: bez jakiejkolwiek zawi?ci, głosz? Dobr? Nowinę i wzywaj? zgromadzony lud do tego, co niezbędne: "Pokutujcie więc i nawróćcie się, aby grzechy wasze zostały zgładzone (...)". W pierwszej chwili mogłoby się wydawać, że słowa te bardziej pasuj? do okresu Wielkiego Postu niż do Oktawy Wielkanocy. Konieczno?ć nawrócenia staje się jednak oczywista w kontek?cie relacjonowanego uzdrowienia: "I przez wiarę w Jego imię temu człowiekowi, którego widzicie i którego znacie, imię to przywróciło siły. Wiara wzbudzona przez niego dała mu tę pełnię sił, któr? wszyscy widzicie."

Na uzdrowienie jest również miejsce w moim życiu: uzdrowienie z niemocy wyci?gnięcia dłoni do tego, kto mnie zdradził; uleczenie z braku sił do ofiarowania pokoju tym, którzy zachowali się podle wobec mnie.

Proces każdego nawrócenia rozpo?ciera się między dwoma biegunami: zła i dobra. W przypowie?ci o Synu Marnotrawnym tytułowy bohater sam uznaje swoj? winę. Nawrócenie jest możliwe tylko wtedy, gdy dowiem się, poczuję i zrozumiem, od czego mam się odwrócić się ku czemu. Dlatego Bóg często posyła ludzi, którzy maj? za zadanie nazywanie po imieniu zła, od którego mam się odwrócić. Wysłuchanie ich bywa bolesne, ale jest konieczne, życiodajne.

Po całej plejadzie proroków, z których ostatnim był |więty Jan Chrzciciel, Bóg posłał Swojego Syna. Teraz tę trudn?, u?wiadamiaj?c? rolę, z odwag? spełniaj? Apostołowie. Dzisiaj takie nazywanie rzeczy po imieniu zupełnie nie jest w modzie, bo uważane za "stresogenne" b?dĄ utożsamiane z brakiem tolerancji wobec inno?ci. Na szczę?cie nie przez wszystkich.

Tymczasem przyjęcie prawdy o zmartwychwstaniu Jezusa ma potwierdzić się konkretn?, gruntown? zmian? mego życia, czyli nawróceniem, bo wiara bez uczynków martwa jest. Nawrócenie zawsze kosztuje ponieważ wymaga odej?cia od tego, co zostaje zdemaskowane a do czego przywykłem. Apostołowie nazywaj? rzecz po imieniu: "Zaparli?cie się |więtego i Sprawiedliwego, a wyprosili?cie ułaskawienie dla zabójcy. Zabili?cie Dawcę życia (...)."

Dalszy ci?g Dziejów Apostolskich pokazuje, że na ziemskie losy Apostołów maj? wpływ ci, którzy słysz? od nich słowa prawdy (...)

A co spotyka tych, którzy maj? odwagę powiedzieć mi j? prosto w oczy?

Maciej Tomaszewski SJ

 

Pi?tek w oktawie Wielkanocy

Kryterium

por.: Dz 4, 1-12; Ps 118; Ps 118,24; J 21,1-14

Dzisiejsze pierwsze czytanie mówi o konsekwencje głoszenia Ewangelii. Przepowiadanie Dobrej Nowiny o zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa napotyka na utrudnienia, przeciwno?ci i prze?ladowania wymierzone przeciw tym, którzy j? głosz?. Zastanawia prawidłowo?ć najbujniejszego rozwoju Ko?cioła wła?nie w czasach ucisku. |wiadectwo jest wówczas szczególnie czytelne: "A wielu z tych, którzy słyszeli naukę, uwierzyło. Liczba mężczyzn dosięgała około pięciu tysięcy."

Spełniły się zapowiedzi Jezusa o zmartwychwstaniu, spełnić się również musz? i wypełniaj? się Jego słowa o prze?ladowaniach: "Jeżeli Mnie prze?ladowali, to i was będ? prze?ladować" (J 15,20b). Sprawdza się to w dzisiejszym fragmencie z Dziejów Apostolskich. Rodzi się zatem pytanie o warunki, w jakich dzisiaj działa Ko?ciół. W Polsce dostrzec można pewn? dwoisto?ć: z prawnego punktu widzenia wydaje się, że Ko?ciół, jako instytucja, cieszy się potrzebnymi swobodami; z drugiej jednak strony widać, że również obecnie nikomu, kto należy do Ko?cioła, nie brakuje okazji do takiego postępowania, które ?wiadczyłoby wyraĄnie, o celu życia człowieka i sposobie jego osi?gnięcia. A takie postawy nie zyskuj? już powszechnego uznania.

Szybko zmieniaj?ca się rzeczywisto?ć domaga się od każdego wyraĄniejszego udzielenia odpowiedzi na dwa pytania, przed którymi nie sposób uciec: kim jestem? i dok?d zmierzam? W dobie widocznych, odczuwalnych przekształceń ekonomicznych, naznaczonych pogłębiaj?cym się dystansem między bogatymi, "ustawionymi w życiu", a biednymi, coraz pilniejsza staje się potrzeba okre?lenia celu życia, by móc dostosowywać do niego swoje postępowanie. Dlatego trzeba wła?ciwie okre?lać przydatno?ć wszystkiego, co nam zostało dane jako możliwo?ci, do naszej dyspozycji tu i teraz na ziemi. Apostołowie nie ukrywali prawdy i postawili sprawę jasno mówi?c o Jezusie Chrystusie: "I nie ma w żadnym innym zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym mogliby?my być zbawieni." Jeste?my zaproszeni do zrelatywizowania w ?wietle tych kluczowych słów wszystkich dóbr, talentów, darów, zdolno?ci oraz wszelkich propozycji ?wiata -- idei, haseł, perspektyw, obietnic, możliwo?ci, z którymi spotykamy się w codzienno?ci. Tym samym jeste?my wezwani aby używać je o tyle, o ile s? pomoc? do osi?gnięcia naszego ostatecznego celu; wynika st?d również potrzeba unikania tego wszystkiego, co jest przeszkod? do naszego celu.

Dzisiaj natrętna propaganda ideologii użycia, konsumpcji pocz?wszy od jednorazowych opakowań po mierzenie warto?ci osoby jej dochodem, stara się poci?gn?ć człowieka w przeciwn? stronę, jakby upatruj?c pełni szczę?cia w tym, o czym krzycz? reklamy. Tymczasem (nie przes?dzaj?c i nie przekre?laj?c prawdziwej warto?ci tych rzeczy) trzeba nam odnie?ć je do ostatecznego celu człowieka -- do życia wiecznego. Dost?pimy go, gdy uznamy, że Jezus Chrystus jest Synem Bożym, to znaczy gdy zapragniemy podejmować trud życia, ktore zmierza do zgodno?ci z wyznawan? wiar?.

Maciej Tomaszewski SJ

 

Sobota w oktawie Wielkanocy

Dylemat

por.: Dz 4,13-21; Ps 118; Ps 118,24; Mk 16,9-15

Dzisiejszy fragment Dziejów Apostolskich jest jakby relacj? z przesłuchania Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego. Apostołowie nauczali i czynili dobro -- uzdrowili człowieka, przez co wzbudzili powszechne zainteresowanie, ale przez co narazili się na represje ze strony wykształconej elity. Uczeni i faryzeusze nie mogli jednak nic im zrobić, ponieważ fakty przemawiały jednoznacznie za apostołami: "(...) dokonali jawnego znaku, oczywistego dla wszystkich mieszkańców Jerozolimy. Przecież temu nie możemy zaprzeczyć." Głoszenie Dobrej Nowiny nie może być oddzielone od pełnienia dobrych uczynków, bo inaczej nikogo nie zainteresuje, nie przyci?gnie, nie zwróci niczyjej uwagi jako jałowe i nieskuteczne. Ewidentne dobro nie zmieniło jednak postawy prze?ladowców, którzy "zakazali im w ogóle przemawiać i nauczać w imię Jezusa."

Nie jest to jaka? historia, która wydarzyła się tylko raz, incydentalnie, gdzie? tam w Jerozolimie, ale pewien typ, model sytuacji, która powtarza się przez wieki ponieważ wynika z podejmowania Jezusowego polecenia: "IdĄcie na cały ?wiat i gło?cie Ewangelię wszelkiemu stworzeniu!".

Mamy tu nakre?lony wyraĄny konflikt między władz? doczesn? a Bogiem; konflikt, wobec którego kiedy? musiał zaj?ć stanowisko Pan Jezus. Teraz, Jego Apostołowie stawiaj? sprawę jasno: "Rozs?dĄcie, czy słuszne jest w oczach Bożych bardziej słuchać was niż Boga?" Znowu można postawić pytanie o stosowalno?ć tych słów dzi? w Trzeciej Rzeczpospolitej. Czy wcielanie w życie błędnie rozumianej tolerancji, a więc: zgody (wyrażonej bezczynno?ci?) na zalew przemoc? z ekranów telewizji, neutralny [bez Boga] ?wiatopogl?d w programach szkolnych zacieraj?cy różnicę między dobrem a złem, milcz?ce przyzwolenie na kampanię konsumpcjonizmu i użycia rzeczywi?cie s? podjęciem słów Apostołów, że bardziej trzeba się słuchać Boga niż ludzi?

Ile jeszcze złych duchów ma być wyrzuconych przez Pana Jezusa z każdego z nas by stać nas było na odważne powiedzenie "nie" takiemu ?wiatu? Trzeba zatem prosić Boga o dar męstwa, by z odwag? tworzyć kulturę, która nie będzie ukrywała za króliczkami i zaj?czkami faktu, że Jezus Chrystus zmartwychwstał. Nie da się tak żyć, by się nikomu nie narazić, bo "nikt nie może dwom panom służyć".

Maciej Tomaszewski SJ

 

 

 

 

 

na pocz±tek strony
© 1996-1999 Mateusz